Informacje

autor: fot. Wikimedia Commons
autor: fot. Wikimedia Commons

Kamil Muzyka: "Mamy do czynienia z walką programów kosmicznych"

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl

  • 17 marca 2018
  • 19:19
  • 0
  • Tagi: Donald Trump Elon Musk gospodarka Innowacje kosmos NASA Polityka USA
  • Powiększ tekst

Administracja Trumpa, projektanci narodowej polityki kosmicznej oraz twórcy budżetu NASA, tudzież Office of Space Commerce muszą w końcu zacząć trzymać jedną założoną linię programową i pilnować budżetu - mówi Kamil Muzyka z z Polskiego Towarzystwa Transhumanistycznego.

Arkady Saulski: Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, Donald J. Trump, oświadczył we wtorek, że jego administracja dokłada starań aby zapewnić Ameryce przywództwo w badaniach kosmosu. Ocenił, że „w najbliższej przyszłości polecimy na Marsa”. Czy prezydent USA pozazdrościł Elonowi Muskowi?

Kamil Muzyka: Nie nazwałbym tego zazdrością. Gdyby o to chodziło, powiedziałby, że wybudują większą rakietę, za większe pieniądze i będzie to najpiękniejsza rakieta jaką widział świat. Ale poza żartem, administracja Trumpa, projektanci narodowej polityki kosmicznej oraz twórcy budżetu NASA, tudzież Office of Space Commerce muszą w końcu zacząć trzymać jedną założoną linię programową i pilnować budżetu. Nie powinno być tak, że co zmiana w administracji lub kongresie budżet NASA przechodzi dokumentą przeróbkę, a specjaliści opracowujący przez kilka lat niezbędne technologie kosmiczne trafiają na „Stypendium Nixona” (eufemizm zasiłku, używany wśród dawnych pracowników NASA lub podwykonawców, zwolnionych po cięciach budżetowych w agencji w latach 70ych). Proszę nie zrozumieć tego źle, ale NASA za każdym razem musi udowadniać sens swojego istnienia i wartość misji ludziom, którzy mają mierne podstawy w tej tematyce, lub słabo rozumieją zagadnienia. W amerykańskiej popkulturze nawet został zarchetypizowany senator William S Proxmire, wielki przeciwnik programu post-Apollo, idei elektrowni orbitalnych i czy planowanej w latach 70ych i 80ych industrializacji przestrzeni kosmicznej przez Stany Zjendoczone. Jeżeli się prześledzi publikacje Wernera von Brauna, Briana O’Leary’ego, Edwina (Buzza) Aldrina, czy Roberta Zubrina, koncepcji nawet lądowań w stylu Apollo było już wiele, NASA nawet przeprowadzała studium wykonalności. Rozbijało się to o budżet. Owszem, będą lecieć łaziki, ale załogowa misja na Marsa czy załogowy przelot nad Księżycem przy obecnej biurokracji i problemach związanych z wolą polityczną, mogą spocząć w rękach SpaceX i ich konkurencji.

Kto ma w takim wyścigu większe szanse? Prywatny inwestor z nowoczesną technologią czy państwo z praktycznie nieograniczonymi (bo budżetowymi) środkami?

Ciężko powiedzieć o nieograniczonych środkach przy budżecie państwa. Chyba że mówimy o wyidealizowanym państwie totalitarnym, zdolnym zagłodzić obywateli by dokonać jakiegoś zamierzonego celu. Historia NASA pokazała jak bardzo agencje są podatne na szybkozmienne środowisko polityczne. Prywatny sektor z kolei musi mieć kapitał i odbiorcę produktów lub usług. Saturny i wahadłowce były budowane przez Boeinga, Lockheed-Martin i innych, nie przez administracje. Żyjemy już w czasach, gdy kolejny udany lot falconów jest taką powszechnością, że tylko zapaleńcy oglądają relacje. W przeciwieństwie do startu Falcon Heavy oczywiście. To dobrze, technologia się sprawdza. Można szybciej powiedzieć że w tej walce mamy do czynienia z walką programów kosmicznych i podwykonawców. Z jednej strony wielkie United Launch Alliance, z którego każdy z podmiotów ma własną wizję utylizacji przestrzeni okołoksiężycowej, która ma stanowić poligon doświadczalny dla podróży na Marsa. Z drugiej mamy firmy o zupełnie innych korzeniach i innym portfolio wykonanych zadań zleconych przez rządy i podmioty pozarządowe. Jedni są oficjalnym partnerem NASA w danym przedsięwzięciu, pozostali działają bardziej na własną rękę. Jednak przestrzegałbym przed antagonizowaniem Państwa z sektorem prywatnym. Państwo samo w sobie powinno stać na straży przestrzegania prawa na swoim terytorium, oraz odpowiada za działalność swoich podmiotów prywatnych w przestrzeni kosmicznej.

Prezydent USA deklaruje też, iż nie wyklucza utworzenia amerykańskich sił kosmicznych. Szkielet prawny i pion dowódczy pod takie ramię sił zbrojnych już istnieje, ale czy nie byłoby to pogwałcenie prawa międzynarodowego, zakładającego demilitaryzację przestrzeni kosmicznej?

Najpierw o prawie międzynarodowym. Stacjonowanie personelu wojskowego w pojazdach kosmicznych w celach pokojowych nie jest zabronione. Zabronione są testy broni masowego rażenia, przeprowadzanie manewrów, budowa fortyfikacji na ciałach niebieskich. Zakaz niszczenia lub groźby zniszczenia obiektu kosmicznego nie wszedł do porządku prawa międzynarodowego, w wyniku porażki Porozumienia Księżycowego z 1979 roku. Oczywiście nie wchodzą w to lasery z programów SDI czy Polus, kinetyczna broń orbita-planeta, żaden traktat tego nie zmieni. Nawet Opracowywany przez Uniwersytet McGilla Manual on International Law Applicable to Military Uses of Outer Space (MILAMOS) w swoim założeniu ma służyć za swoistą „konwencje genewską” w przestrzeni kosmicznej, nie zaś zapobiegać wykorzystaniu środków kosmicznych do celów militarnych. W projekcie „American Space Commerce Free Enterprise Act of 2017” widnieje przepis § 80111, który wyraźnie stanowi, że prezydent zapewnia ochronę amerykańskim podmiotom prowadzącym działalność w przestrzeni kosmicznej, w tym wykorzystującą surowce kosmiczne, przed wszelkimi wrogimi i szkodliwymi działaniami ze strony podmiotów zagranicznych. Mamy tu pewien przyczółek do rozważań. Teraz to, co powiedział prezydent Donald J Trump – Można to nazwać przejęzyczeniem, można też nazwać to jego autorską wizją tej koncepcji. Koncepcją jest „Space Corps”, nie „Space Force”. Jej pomysłodawcą jest pułkownik dr M.V, Smith, zwany „Coyote”. Nie zakłada ona w ogóle tworzenia jednostek kosmicznych marines, bardziej kosmiczną straż przybrzeżną. Jest to jednostka obronna, ochrony infrastruktury kosmicznej USA. Jej celem nie będzie abordaż na chińską stacje kosmiczną, jedynie zabezpieczenie własnej infrastruktury satelitarnej i bezpieczeństwo sektora cywilnego.

Na koniec - Donald Trump deklarując wyprawę na Marsa kreśli śmiały plan, ale czy technologicznie jest to dla USA opłacalne?

Osobiście nie mam nic przeciwko stworzeniu misji przelotu i lądowania na powierzchni Marsa. Jednak czy im się to opłaca? To zależy jak na to patrzeć. Z odpowiednią wolą polityczną i postawieniem budżetu NASA na poziomie procentowym zbliżonym do tego, jaki posiadał program Apollo byliby w stanie coś takiego osiągnąć, pod warunkiem doboru właściwych podwykonawców. I oczywiście stworzona na cele misji technologia i infrastruktura musiałaby służyć także stricte komercyjnym celom, takim jak serwisowanie satelitów, górnictwo kosmiczne, pojazdy transferu orbitalnego, nowe stacje kosmiczne. Nie stać ich na taniość ani powtórkę z cięciami po z przełomu lat 60-70ych. A co podkreślają w swych książkach Freeman J Dyson oraz John S Lewis, zmienność programu kosmicznego USA i brak długofalowości jest tym, co zabije nawet najpiękniejsze idee. Więc to nie kwestia samej technologii, co finansowania i poparcia politycznego. Zobaczymy też, czy wszystko się nie zmieni, jeśli zobaczymy udany start SpaceXowskiej BFR.

Rozmawiał Arkady Saulski.

Komentarze