Informacje

Czym zajmowała się KNF kierowana przez Andrzeja J.?

Kajetan Kutnowski

  • 6 grudnia 2018
  • 13:20
  • 13
  • Tagi: finanse KNF nadzór bankowy prawo
  • Powiększ tekst

Miał chronić pieniądze Polaków przed pazernością banksterów, a pod jego nosem setki tysięcy naszych rodaków traciły miliony złotych. Do niedawna finansista trzęsący całym polskim sektorem bankowym, dziś „Andrzej J.”

Problemy, jakie wywołał były szef Komisji Nadzoru Finansowego odbijają się dziś czkawką milionom polskich rodzin. Dlaczego człowiek, który dopuścił się takich zaniedbań dotarł tak wysoko w drabinie administracji publicznej?

O zatrzymanym w czwartek Andrzeju J. głośno było przez lata. Jako szef KNF dzielił i rządził na rynku finansowym. Po zakończeniu kariery w administracji przeszedł do sektora prywatnego, który wcześniej sam nadzorował. Utaił się w mBanku. O byłym przewodniczącym KNF znów stało się głośno, kiedy odpowiadając przed komisją śledczą mającą wyjaśnić aferę Amber Gold przyznał, że sam sobie udzielił pozwolenia na dysponowanie aktami KNF. Miał to robić nawet wtedy, kiedy przestał już pełnić funkcję przewodniczącego Komisji. Oburzenia postawą J. nie kryła przewodnicząca komisji śledczej Małgorzata Wasserman - A jaka jest podstawa, że pan wyniósł te akta poza budynek Urzędu Komisji? Kto panu udzielił zgody na wyniesienie akt z budynku KNF? – pytała poseł.

Ta postawa Andrzeja J. uzmysławia nam, że przez wiele lat szef KNF mógł czuć się zupełnie bezkarny w swoich działaniach. Niestety przekładało się to także na pracę kierowanego przez niego urzędu.

Tak było m.in. w przypadku polisolokat, gdzie przy całkowitej bierności KNF tysiące naszych rodaków straciło oszczędności swojego życia Polisolokaty były misternie zastawioną pułapką, w którą wpadły setki tysięcy Polaków. W toksycznych produktach ulokowaliśmy blisko 50 miliardów zł. Na czym polegała ta pułapka? To, w teorii, połączenie ubezpieczenia i funduszu inwestycyjnego. Na papierze nabywca takiego produktu nie tylko zabezpieczał się na wszelki wypadek, ale i miał zarabiać wielkie pieniądze, pomnażane poprzez inwestycje w rozmaite instrumenty finansowe. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Zamiast zysków inwestycje przynosiły straty, a kiedy klient chciał zerwać niekorzystną umowę, okazywało się, że z powrotem nie dostaje nic lub zaledwie niewielką część wpłacanych regularnie pieniędzy.

W 2014 roku gdy sprawa polisolokat toczyła się już w Sądzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów (SOKiK) w cały proces na prawach prokuratora postanowił się włączyć Andrzej J. przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Był zaniepokojony postanowieniami sądu, który zarzucał obchodzenia prawa ubezpieczycielom sprzedającym polisolokaty. J. w specjalnym uzasadnieniu przesłanym 13 stycznia 2014 roku do SOKiK stwierdził, że ustalenia sądu mogą zachwiać obrotem na rynku ubezpieczeniowym i podważyć zaufanie klientów do towarzystw ubezpieczeniowych. A to z kolei stanowi „zagrożenie dla realizacji celów nadzoru nad rynkiem finansowym” Wprawdzie z drugiej strony 18 lutego br. KNF, nie mogąc dłużej zamykać oczu na kolejne skandale z polisolokatami, rejestrowane chociażby przez UOKiK, zażądała aby umowy polisolokat były przejrzyste i jednoznaczne, ale na tym się skończyło – już w 2014 roku pisał na portalu wPolityce.pl Wojciech Surmacz.

Zdaniem opinii publicznej, Komisji Nadzoru Finansowego kierowanej przez Andrzeja J. nie interesował los poszkodowanych klientów tylko ewentualne straty instytucji finansowych. Podobnie rzecz się miała w przypadku kredytów frankowych, gdzie na skutek wzrostu wartości franka szwajcarskiego tysiącom Polaków drastycznie wzrosła rata kredytu hipotecznego. Komisja Nadzoru Finansowego od początku wiedziała o ryzyku kredytowym i mimo swojego ustawowego obowiązku nie ostrzegła klientów.

Choć kredytobiorcy zostali zmuszeni do spłacania o kilkaset złotych droższych rat, dla ówczesnego prezesa KNF, to nie był żaden „armagedon”, a normalne prawidła rynku. Tyle tylko, że największym beneficjentem zaistniałej sytuacji została część banków. Do jednej z takich instytucji – mBanku trafił po odejściu z KNF. Eksperci rynku finansowego zgodnie orzekli, że tego typu transfery to skandal i w tym przypadku mieliśmy do czynienia z ogromnym konfliktem interesów. Jak się okazuje, w przypadku Andrzeja J. nie pierwszy raz.

Zanim J. został szefem KNF był zastępcą Hanny Gronkiewicz-Waltz w warszawskim ratuszu. Wiceprezydent zajmował się m.in. postępowaniem dotyczącym rozliczenia przez miasto zobowiązań wynikających z przejęcia dróg i nieruchomości na terenie Wilanowa. J. prowadził negocjacje w wyniku, których FM Bank (należący do PL Holdings) nabył w 2011 roku od jednej ze spółek deweloperskich (należących jeszcze wówczas do Ryszarda Krauzego) zobowiązania względem stolicy. Nabycie przez FM Bank wierzytelności od spółki Krauzego, uratowało ją wówczas od bankructwa. Rozmowy między miastem a bankiem zostały jednak zerwane, bo współpracownik Gronkiewicz-Waltz został przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego. I tu mamy do czynienia z całą serią dziwnych zdarzeń.

J. jako przewodniczący Komisji doprowadził do sytuacji, w której FM Bank pozostawał przez kilkanaście miesięcy bez zarządu. Co więcej, po tym okresie podjął całkowicie niezrozumiałą decyzję o pozbawieniu właściciela banku (ABRIS Capital Partners) prawa głosu z akcji i nakazując przymusową sprzedaż udziałów w banku. Między 8 kwietnia 2014 r., a 19 maja 2014 r. doszło do serii spotkań przedstawicieli FM Bank i Komisji Nadzoru Finansowego, które jednak nie doprowadziły do żadnego porozumienia. Grupa ABRIS Capital Partners, do której należy FM Bank, rozpoczęła proces sprzedaży banku, a jednocześnie szukając sprawiedliwości w nierównej walce z Komisją, złożyła wniosek do arbitrażu międzynarodowego. Wartość odszkodowania, o które wniósł ABRIS Capital Partners w postępowaniu to niebagatelna kwota ponad dwóch miliardów. Sąd przyznał grupie rację, a za nieudolność urzędnika będzie musiało zapłacić państwo, czyli my. Jak ogromne są to pieniądze niech świadczy fakt, że za tą kwotę można sfinansować całe miesięczną wypłatę świadczenia 500 plus.

Komentarze