Informacje

W nowym numerze „wSieci Historii”: Narodziny mocarstwa

Zespół wGospodarce

Zespół wGospodarce

Portal informacji i opinii o stanie gospodarki

  • 12 czerwca 2019
  • 21:05
  • 1
  • Tagi: biznes historia polityka wSieci Historii
  • Powiększ tekst

W podwójnym, lipcowo-sierpniowym numerze „wSieci Historii” czytamy o zawartej 450 lat temu unii polsko-litewskiej i jej znaczeniu, nie tylko dla ówczesnych narodów. Historia unii zawartej w lipcu 1569 r. z inicjatywy króla i dzięki jego determinacji uczy nas, że bez silnego stanowiska władcy – dziś centralnych instytucji państwa – żadna poważna reforma ustrojowa nie może się wydarzyć – pisze Jan Żaryn, redaktor naczelny miesięcznika.

Henryk Litwin w artykule „Sejm unijny 1569” pisze, że połączenie Polski i Litwy od początku było doskonałym sposobem na wzmocnienie obu państw i prowadzenie wspólnej polityki, co zapoczątkowano już po koniec XIV w. w odpowiedzi na agresywną ekspansję zakonu krzyżackiego. Dwa wieku później idea wspólnego borykania się z zagrożeniami zewnętrznymi nie straciła na aktualności. Z całą pewnością niezwykła trwałość systemu państwowego, jaką stworzyły Korona i Litwa, budzi podziw i nie powinna odejść w zapomnienie.

Powołany do życia w Lublinie system państwowy przetrwał, choć z pewnymi ubytkami terytorialnymi, do roku 1791, gdy uchwalono Konstytucję 3 maja, która całkowicie przebudowała państwo. Rzeczpospolita Obojga Narodów przetrwała zatem 222 lata. Aby uświadomić sobie, co to w rzeczywistości oznacza, trzeba przypomnieć, jak trwałe były inne systemy polityczno-państwowe. Weźmy zatem pod uwagę, że hiszpańskie imperium Habsburgów istniało 184 lata (1516–1700), Francja Bourbonów 200 lat (1589–1789), Anglia Tudorów i Stuartów nieco ponad 170 lat (od 1485–1646/9) i wszystkie te podziwiane przez historiografię systemy kończyły swój żywot spektakularnymi katastrofami. Nie zapominajmy też, iż III Rzesza przetrwała zaledwie 12 lat, Związek Radziecki 70, a Stany Zjednoczone dopiero niedawno mogły obchodzić 222. urodziny (w 1998 lub 2005). Rzeczpospolita była zatem trwałym i stabilnym elementem europejskiego systemu politycznego epoki nowożytnej, a jej istnienie miało decydujący wpływ na ukształtowanie się mapy tożsamości etniczno-kulturowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Idąc za tą myślą, można zaryzykować tezę, że dla tego wielkiego europejskiego regionu istnienie ZSRS było kontynuacją systemu porozbiorowego, a rozpad sowieckiego imperium był równoznaczny z powrotem do spuścizny kulturowej dawnej Rzeczypospolitej – podsumowuje historyk.

Jan Żaryn w artykule „Polacy w Wersalu” opisuje rolę i znaczenie Polaków podczas słynnej konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 roku. 18 stycznia w Sali Zegarowej Pałacu Quai D’Orsay (siedziba MSZ) konferencję kończącą Wielką Wojnę otworzył prezydent Francji Raymond Poincaré. Polska delegacja należała do obozu zwycięzców. Znaczące było to, że Polacy posiadali aż dwa oficjalne miejsca przy stole negocjacyjnym. Dużą zasługę w uzyskaniu tak renomowanej pozycji dla naszego kraju miał Roman Dmowski.

Dmowski był już postacią znaną, szczególnie wśród polityków Ententy, którzy zamierzali dyktować warunki pokoju zarówno przegranym, jak i – poniekąd – współkoalicjantom. Ceniono przywódcę Komitetu Narodowego Polskiego jako wybitnego analityka i sprawnego obrońcę polskich interesów. Jednocześnie nie zawsze był lubiany, bo zbyt często miał… rację. Reprezentujący Anglię Lloyd George i jego otoczenie nie było przychylne postulatom Dmowskiego. Pomocna okazała się charyzma Paderewskiego, który ocieplał chłód Anglików. Anglicy ciągle są wściekli – pisał nie bez ironii Dmowski do Stanisława Grabskiego w maju 1919 r., w sprawie nacisków polskiej strony na to, by przyznano nam bezapelacyjnie całą Galicję Wschodnią, do Zbrucza. – Może ich Paderewski udobrucha. Patrzą oni na Mistrza, jako na tego, który by się chętnie do ich planów nagiął, gdyby mu łajdaki nie przeszkadzali. Za jednego z gorszych łajdaków, niestety, uważają mnie.

W artykule „Powrót do kraju dowódcy batalionu »Zośka«” Mariusz Olczak przybliża sylwetkę Ryszarda Białousa, ps. Jerzy, dowódcy Batalionu „Zośka”. W lipcu urna z jego prochami zostanie pochowana na Powązkach Wojskowych. Olczak przytacza informacje na temat wojennych działań Białousa: to jeden z najlepszych dowódców Kedywu Armii Krajowej. Wywodzący się z harcerstwa, we wrześniu 1939 r. saper w 8. Dywizji Piechoty, potem w akcji »N«, dowodzący OS »Jerzy«, Batalionem »Zośka«, w powstaniu warszawskim, pełnił funkcję zastępcy i dowódcy Broda 53, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Awansowany w czasie wojny do stopnia kapitana oraz odznaczony Krzyżem Walecznych i Orderem Virtuti Militari. Opisuje również jego powojenne losy – pobyt w Londynie, a następnie w Argentynie: Był bardzo aktywnym działaczem wielu organizacji emigracyjnych i żołnierskich. Nawiązywał nowe kontakty, pomagał swoim żołnierzom z »Zośki« […]. W Buenos Aires nie zatrzymał się długo. Szybko pojawiła się nostalgia, dały o sobie znać trudności finansowe. Olczak wskazuje, że potem Białous udał się do Patagonii: Żona Białousa tak określiła to miejsce: »Był to najszczęśliwszy dzień naszego życia. […] Po przeżyciach wojny było Quillén dla nas prawdziwym sanatorium…«. Autor opowiada, że Białous zajmował się tam budową drewnianych domów: Białous sprowadził z Buenos Aires ok. 20 Polaków, w większości weteranów spod Monte Cassino […]. Dom Białousów stał się z czasem miejscem spotkań okolicznej Polonii, ale również innych Polaków przybywających często z odległego Buenos Aires. Olczak opisuje, że z czasem Białous przeniósł się do Zapala, gdzie w 1963 r. został doceniony przez rząd prowincji, który zaproponował mu wraz z Polką, architekt Haliną Bukowińską, zaprojektowanie osiedla turystycznego i uzdrowiska dla 20 tys. ludzi. Kariera Białousa w tym obszarze rozwijała się.

Artur Adamski rozmawia z Romanem Zwiercanem, współzałożycielem Solidarności Walczącej Oddziału Trójmiasto („Niepodległość była celem najważniejszym”) o walce z reżimem komunistycznym, młodzieńczej odwadze, domu rodzinnym, wydarzeniach Grudnia ’70, konspiracji i innych ważkich tematach. Choć działalność konspiracyjną rozpoczął już jako nastolatek, do Solidarności Walczącej dołączył wiele lat później dzięki gazetce z programem, którą otrzymał od Wiesi Kwiatkowskiej. To przyniosło nową nadzieję na prawdziwą walkę o niepodległość.

Do tego podziemna Solidarność właśnie przygotowywała ogólnopolski strajk. Byłem wtedy zatrudniony w Stoczni im. Komuny Paryskiej, bardzo liczyłem na to, że ten protest przeobrazi się w coś wielkiego. W dniu, w którym mieliśmy zacząć, należałem do tych, do których nie dotarła nagła decyzja Lecha Wałęsy o odwołaniu protestu. O ustalonej porze, wraz z kolegą, wyłączyliśmy maszyny. A że byliśmy w tym odosobnieni – za te w sumie 15 minut protestu natychmiast wyrzucono nas z pracy. Postanowiliśmy żądać cofnięcia tej decyzji, rozpoczynając następnego dnia strajk głodowy w takim miejscu, z którego nie będzie nas można wynieść. Przed świtem udało nam się dostać na teren stoczni, wdrapaliśmy się na szczyt najwyższego komina, na którym wielkimi literami wymalowaliśmy, o co nam chodzi i że tam właśnie prowadzimy głodówkę. Zaczął się zbierać coraz większy tłum stoczniowców, więc zaczęto z nami negocjować. Zgodziliśmy się zejść po oświadczeniu dyrektora, że zostaniemy przywróceni do pracy. Zaproszono nas do biura pod pretekstem załatwienia niezbędnych formalności. Gdy weszliśmy do gabinetu dyrektora, okazało się, że to pułapka, w której czekali na nas esbecy. Spędziliśmy w gabinecie kilka godzin, aż do końca zmiany. Kiedy stocznia opustoszała, wyprowadzili nas i prawie dwie doby spędziliśmy w areszcie. Spodziewali się, że jeśli nie zostaniemy wypuszczeni przed upływem 48 godzin – potrafimy im narobić kłopotów. Tym bardziej że upominała się o nas część załogi stoczni. Aby uspokoić nastroje, po upływie 47 godzin przewieziono więc nas do szpitala psychiatrycznego. Formalnie nie byliśmy aresztowani, ale przetrzymywali mnie ponad miesiąc. Dopiero po podjęciu głodówki po dwóch czy trzech dniach zostałem zwolniony – wspomina Zwiercan.

Janusz Odziemkowski w artykule „Bohaterowie spod Radzymina” analizuje jedno z najbardziej znanych wydarzeń Bitwy Warszawskiej 1920 r. bardziej z perspektywy pamiętników i relacji frontowych. Z ich lektury wyłania się ogromny dynamizm, ładunek napięcia, czyny wielkiego heroizmu i momenty załamań krańcowo wyczerpanego żołnierza. Odziemkowski zauważa, że żołnierz polski dążący latem 1920 r. na pole bitwy nad Wisłą był wykrwawiony, wyczerpany marszami, obszarpany, przygnębiony odwrotem – ale nie czuł się pokonany. Wielką radość armii nad Wieprzem sprawiła wiadomość o kontrofensywie, powitano ją wiwatami. (…) Jan Ziółek z 8 Dywizji Piechoty zanotował w pamiętniku, że gdy 13 sierpnia odczytano rozkaz o obronie Warszawy: „…z naszych piersi rozległ się potężny okrzyk: «Zwycięstwo do ostatniej kropli krwi!». Od razu wrócił w nas duch bojowy…”. 

Z odsieczą zajętemu przez Rosjan Radzyminowi ruszyli ochotnicy z Kresów. Tak opisała ich ówczesna „Gazeta Warszawska”: „Mowa u nich śpiewna, wiara gorąca, w obejściu łagodność i miękkość, odróżniająca ich od żołnierzy z Królestwa i Galicji, a jednak w walce taki animusz, taka zaciekłość i pogarda śmierci…”. Wileński pułk strzelców zagrzewał do walki generał Rządkowski. Takie słowa skierował do żołnierzy: „Chłopcy drodzy! Witam was imieniem bohaterów. Kości dziadów i pradziadów waszych spod Grochowa i Olszynki pomsty wołają. Brońcie Warszawy. W męstwie waszym jej ocalenie. Musicie zdobyć Radzymin!”. 

Więcej w lipcowo-sierpniowym numerze miesięcznika „wSieci Historii”, w sprzedaży już od 13 czerwca br., dostępnym również w formie e-wydania na stronie internetowej http://www.wsieciprawdy.pl/e-wydanie-sieci-historii.html Zapraszamy też do subskrypcji miesięcznika w Sieci Przyjaciół www.siecprzyjaciol.pl oraz oglądania audycji telewizji wPolsce.pl

Komentarze