Opinie

www.sxc.hu
www.sxc.hu

Wielkie samobójstwo wydawców

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl

  • 10 kwietnia 2017
  • 16:34
  • 12
  • Tagi: gospodarka książka książki księgarnia kultura prawo
  • Powiększ tekst

Ciężko jest zrozumieć upór z jakim część wydawców i księgarzy domaga się wprowadzenia ustawy, która doprowadzi do upadłości ich wydawnictw i księgarni.

W ubiegłym tygodniu wrócił na wokandę temat ustawy o Jednolitej Cenie Książki. Po wypowiedziach grupy wydawców sprzeciwiających się wprowadzeniu ustawy, a także opinii Stowarzyszenia Koliber, które krytycznie odniosło się do projektu wskazując na tragiczne skutki gospodarcze jakie przyniosłoby jej wprowadzenie, głos zabrała inna grupa, tzw. "niezależnych wydawców" (w skład której wchodzą maleńkie oficyny - fakt istotny, do którego odniesiemy się później) a także wielki orędownik wprowadzenia ustawy w życie - wydawca Tadeusz Zysk.

Przypomnijmy - ustawa o Jednolitej Cenie Książki to projekt forsowany i lobbowany przez Polską Izbę Książki - jest to ogólnokrajowa organizacja samorządu gospodarczego, zrzeszająca zarówno wydawców, jak i księgarnie, hurtownie książek, drukarnie, a także wszelkie przedsiębiorstwa powiązane z rynkiem książki. Jednym z celów istnienia PIK jest forsowanie zmian legislacyjnych korzystnych dla branży.

Czy to coś złego, że pewna grupa przedsiębiorców działających w obrębie tej samej branży lobbuje za korzystnymi dla siebie rozwiązaniami prawnymi? Absolutnie nie. Dziwna jest natomiast sytuacja gdy tego rodzaju organizacja lobbuje na rzecz ustawy, która poważnie zaszkodzi lub wręcz zrujnuje część jej członków, innym zaś na długie lata zagwarantuje dominującą pozycję monopolisty. A najdziwniejsze jest już to, gdy owa ustawa jest sprzedawana właśnie w narracji odwrotnej, to jest - ma jakoby uderzać w największych graczy w danej branży i umacniać "maluchy". Ot - jak dobre opakowanie może przekonać do siebie i sprzedać produkt bezwartościowy lub wręcz szkodliwy.

PIK jest bowiem organizacją zrzeszającą zarówno maleńkie instytucje jak i gigantów, pokroju Agory czy Empiku. Każdy kto ma podstawowe pojęcie o biznesie i działaniu gospodarki wie, że nie ma takiej branży w której wprowadzenie jednolitej regulacji wesprze zarówno największych graczy jak i maleńkie firmy, dopiero startujące na rynku. Jedynym wyjątkiem od tej reguły są ustawy obniżające obciążenia podatkowe, o takich rozwiązaniach jednak w wypadku ustawy PIK nie może być mowy.

Przejdźmy do samej ustawy. Trzeba przyznać, iż jej założenia są doprawdy daleko idące jeśli chodzi o ingerencję w życie przedsiębiorców (wydawców) a także naturalne mechanizmy rynkowe.

Przypomnijmy - "ustawa o Jednolitej Cenie Książki zakłada między innymi iż, cena książki przez 12 miesięcy od daty wprowadzenia jej na rynek będzie mogła być obniżona maksymalnie o 5 proc. Po tym czasie księgarz będzie mógł dowolnie zmieniać cenę. Projekt ustawy o jednolitej cenie książki, przygotowany przez Polską Izbę Książki nakłada na wydawców i importerów książek obowiązek ustalenia, na okres 12 miesięcy, jednolitej ceny danej książki przed wprowadzeniem jej do obrotu. Będzie ona obowiązywała wszystkich tzw. sprzedawców końcowych - księgarzy, księgarnie sieciowe, sklepy wielobranżowe, kioski itp. Jednolita cena będzie obejmowała wszelkie dodatki sprzedawane wraz z książką, takie jak zdjęcia, taśmy magnetyczne czy inne nośniki utworów muzycznych i audiowizualnych. Wydawca będzie umieszczał na książce cenę, jedyną różnicą jest to, że będzie podany także miesiąc wydania, np. marzec 2016, co znaczy, że do marca 2017 r. ta cena będzie musiała obowiązywać w detalu" - tak mówi prezes PIK Włodzimierz Albin. Detalista, czyli księgarz, jeżeli będzie chciał i mógł, będzie miał możliwość dawania rabatu na książkę do 5 proc.

Co więcej projekt przewiduje również zakaz dodawania darmowych książek dla prenumeratorów gazet i czasopism.

Pomysłodawcy projektu wskazują, iż te rozwiązania mają na celu wyrównania szans na rynku wydawniczym, między księgarniami internetowymi, gigantami franczyzowymi takimi jak Empik czy Matras (sieci, które mają większą możliwość sprzedawania nawet nowych pozycji z rabatem) a maleńkimi, lokalnymi księgarniami, które - jak wiemy - z roku na rok nie tylko generują coraz mniejsze dochody dla właścicieli, ale często muszą też być zamykane jako nieopłacalne.

O ile powyższe zapisy są pewnym konkretem do którego można się odnieść o tyle przewidywane przez PIK i oczywiście pozytywne skutki ustawy dryfują gdzieś w okolicach fantastyki. Pomysłodawcy bowiem wskazują, iż czytelnictwo z roku na rok w Polsce spada (co jest faktem obiektywnym z którym nie dyskutujemy) a przyczyną tego ma być między innymi wysoka cena książek a także zbyt mała ich dostępność, właśnie z powodu upadających, lokalnych księgarń. I to te dwa ostatnie argumenty są kompletnie nie do obrony.

Fakt pierwszy - dostęp do literatury jest obecnie dla przeciętnego Polaka większy niż był kiedykolwiek w całej historii naszego kraju - właśnie dzięki istnieniu sprzedaży internetowej. Nawet w najmniejszych miejscowościach i wsiach mieszkańcy mają szansę zamówić i otrzymać w ciągu 24 do 48 godzin każdą pozycję książkową (czy to nowość czy tzw. białe kruki dostępne dzięki takim serwisom jak Allegro) jaką tylko sobie zażyczą. Wystarczy spędzić dziesięć minut w internecie i skorzystać z usług którejś z licznych księgarni internetowych. Oto właśnie przewaga owych firm nad podnoszonym do rangi świętości "małym księgarzem", mającym być - według zwolenników ustawy - jakimś pasterzem kultury noszącym kaganek literatury do najciemniejszych zakątków naszego kraju, do dzikiego interioru polskiej prowincji. Jest to kompletny fałsz, co więcej - fałsz krzywdzący dla rzeszy naszych Rodaków mieszkających na wsiach lub mniejszych miejscowościach. Polska Anno Domini 2017 naprawdę nie jest krainą nad którą "nie świecą gwiazdy" a mieszkańcy wsi czy małych ośrodków nie są dziczą, która nigdy nie widziała na oczy komputera zaś wieczorne wiadomości ogląda na jedynym w całej wsi telewizorze, umiejscowionym w lokalnej świetlicy Partii. Co więcej - ostatnie lata wyraźnie pokazują, iż tak pogardzana przez lata "prowincja" coraz częściej jest domem osób zamożnych, które budują tam domy i przenoszą się na wieś uciekając niejako z męczącego, miejskiego gwaru. Polska wieś jako zapadła dziura jest już tylko mitem. Oczywiście - są w naszym kraju mieściny wymierające, z których spora część młodych ludzi uciekła do wielkich miast bądź wyemigrowała, jednak w tych miejscowościach akurat księgarni nie ma i nigdy nie było, stąd i posłużenie się takim przykładem świadczy o nieznajomości sytuacji poza murami głównej siedziby PIK.

Ale zostańmy jeszcze chwilę przy owym "małym księgarzu", "małych księgarniach" za którymi coraz częściej w wywiadach ujmuje się wicepremier Piotr Gliński. Otóż ratowanie tych przedsiębiorstw (nazywajmy rzeczy po imieniu - księgarnia, bez względu na to, że sprzedaje dobra kultury, jest po prostu firmą, przedsiębiorstwem takim samym jak każde inne i które musi podlegać prawom rynkowym) przy pomocy ustawy w żadnym wypadku nie jest uzasadnione. Jakkolwiek boleśnie to dla księgarzy zabrzmi ich branża nie jest gałęzią strategiczną gospodarki taką jak energetyka czy przemysł, toteż ratowanie jej przy pomocy specjalnej legislacji poprawiającej sytuację rynkową nie jest w żaden sposób uzasadnione. I uprzedzam argument, który niechybnie padnie, jakoby właśnie księgarnie były branżą od energetyki, przemysłu czy górnictwa nawet istotniejszą bowiem są nosicielem kultury, która jest niezbędna dla przetrwania Narodu. Otóż - powyżej czarno na białym udowodniłem, iż Naród nie ma się czym martwić, bowiem dzieło jego ochrony i przetrwania przejęły właśnie księgarnie internetowe, co więcej są one na tym polu o wiele od małych księgarenek skuteczniejsze.

Ale sam argument jakoby ustawa gwarantowała "wyrównanie szans", "obniżenie cen książek" i tym samym miała ocalić małe księgarnie jest kompletnie fałszywy. Z dwóch powodów. Po pierwsze - dlatego, iż ustawa jest przede wszystkim bublem legislacyjnym, który nawet dla niewprawnego oka człowieka który nie ukończył studiów prawniczych pozwala na szereg możliwości obejścia zapisów - giganci z kolei zawsze będą na dominującej pozycji, mogąc sobie pozwolić na prawników, którzy odnajdą "loopholes" w ustawie o wiele skuteczniej niż ja, toteż wskażę tylko jedną możliwość obejścia ustawy od zaraz. Przykładowo - ustawa przewiduje rabaty na nowe książki jeśli egzemplarz jest uszkodzony, nie mam więc wątpliwości, że wszelkie nowości trafiać będą od razu do działów promocji z uciętymi rogami jako "egzemplarze uszkodzone". A to tylko jeden przykład.

Drugą sprawą jest "obniżenie cen książek". PIK albo naprawdę nie wie albo tylko udaje, że nie wie tego, iż cena książki (tak jak cena każdego innego produktu) nie jest jakimś widzimisię wydawcy, który złośliwie podnosi cenę danej pozycji, bo taki z niego pazerny na kasę kapitalista. Wręcz przeciwnie - działalność większości wydawców w Polsce (około 80 proc. wydawnictw w naszym kraju to małe wydawnictwa, często składające się z jednej osoby - właściciela tylko zlecającego pewne prace podwykonawcom - redaktorom, korektorom, drukarniom) prowadzona jest na granicy rentowności albo i nawet pod nią. Sam jestem w stanie wskazać co najmniej trzy, cztery przykłady znanych wydawnictw, które - nie będąc gigantami - działają jako metoda realizacji pewnej pasji ze strony właścicieli, nie przynosząc przychodów na tyle dużych by uzasadniały ich istnienie.

Cena książki jest, powtarzam, jak cena każdego produktu, wypadkową wielu czynników i kosztów ponoszonych przez wydawcę. Jakiekolwiek jej usztywnianie czyli uniezależnianie od czynników rynkowych doprowadzić musi tylko do spadku czytelnictwa - sztywna cena, która byłaby za wysoka zniechęci do nabywania nowości (tak było właśnie w Izraelu, do którego dojdziemy). Z kolei na nadanie danej pozycji niskiej ceny pozwolić będą mogli sobie tylko wydawniczy giganci (który to już raz słyszymy, że ustawa ma chronić maluchy?), a mniejsi wydawcy będą mieli wybór - dopłacać do interesu z własnej kieszeni albo zamknąć interes i zmienić branżę. Ten ostatni efekt nie dotknie tylko wydawców (dlaczego mam wrażenie, że ci z nich, którzy popierają ustawę liczą właśnie na to, iż wykosi ona z rynku sporą część ich konkurencji?) ale też branże powiązane - tłumaczy, redaktorów, korektorów, drukarnie (nowych książek będzie na rynku sporo mniej, mniej będzie więc zleceń) oraz, na samym końcu - tak zgadli Państwo - te małe księgarenki tak hołubione przez PIK.

Odejdźmy więc od Polski i skupmy się na przykładach zagranicznych. Otóż zwolennicy ustawy lubią powoływać się na przykłady innych państw, gdzie podobne (podkreślenie - podobne!) rozwiązania do tych proponowanych przez PIK funkcjonują. Sama Izba na swoich stronach apeluje o spokojną, racjonalną debatę na temat proponowanych przez siebie rozwiązań. Dobrze, właśnie ją prowadzę, więc pozwolę sobie odnieść się i do przykładu zagranicznego. Spośród 20 państw o największych rynkach księgarskich tylko 9 ma w swoim ustawodawstwie projekty regulujące ceny książek na rynku, pozostałe 11 takich regulacji nie wprowadziło, pozostawiając kwestię do rozstrzygnięcia mechanizmom rynkowym - już tutaj widać, iż trend by rynek ów regulować nie jest dominujący, ale też i argument jakoby ustawa działająca za granicą musiała działać i u nas jest do fałszywy - poszczególne państwa także i w tym zakresie skrajnie różnią się między sobą. Rynek wydawniczy inny jest we Francji, w Niemczech, w Czechach (PIK chętnie sięga po przykład maleńkich Czech jako kwitnącego rynku literackiego i do porządku dziennego przechodzi nad faktem, iż tam ustawy regulującej ceny książek nie ma), inny jest też w Polsce. Wpływa na to mnóstwo czynników, zarówno rynkowych, jak i takich "drobiazgów" jak wysokość populacji, jakość szkolnictwa wyższego, wreszcie takie "banały" jak istnienie tradycji czytelniczej (silnej na przykład w Rosji). Są to więc czynniki naprawdę liczne i złożone, przystępując więc do regulacji należałoby więc chyba wyregulować je wszystkie. Polski rynek wydawniczy jest nie tylko mały, ale też ze względów ekonomicznych (dopiero ostatnie dwa lata pokazują wzrost realnej siły nabywczej złotówki - dwa lata, w okresie prawie trzydziestu) Polacy nabywają książek niewiele, a jeśli już to właśnie korzystają z promocji lub przecen książek, których premiera miała miejsce lata temu. Mimo to niski poziom czytelnictwa w Polsce nad którym tak wiele środowisk załamuje ręce nie jest efektem tylko czynników ekonomicznych. Wręcz przeciwnie - kwestie gospodarcze mają tu znaczenie tylko marginalne, ale przejdziemy do tego za chwilę.

Wróćmy do przykładów zagranicznych. Wielki rzecznik ustawy, sam będący wydawcą, Tadeusz Zysk (który będzie również ubiegał się o fotel prezydenta Poznania z ramienia PiS w nadchodzących wyborach samorządowych) w niedawnym artykule publikowanym u nas pozwolił sobie na polemikę z... no właśnie - trudno przy jego tekście stwierdzić jednoznacznie z kim bądź czym. Jest to bowiem (i przepraszam - staram się w tym artykule unikać słów wartościujących ale w tym wypadku nie sposób tego uniknąć) dość kuriozalny tekst, będący dość zmyślnym i eleganckim - jak przystało na człowieka obcującego na co dzień z literaturą - zestawem ogólników i twierdzeń, których sam autor nawet nie kwapi się by udowodnić, odsyłając głodnego wyjaśnień odbiorcę do niedookreślonej "empirii". Pozwolę sobie przytaczać poszczególne fragmenty. Zysk pisze: "Co musi mieć w sobie książka, a nie np. piwo czy cola (niech któraś z sieci zacznie sprzedawać te produkty poniżej ceny sugerowanej przez producenta), by wywoływać aż takie emocje, że niektórzy dyskutanci stają się ślepi na fakty i doświadczenie zdobyte przez praktyków?" Chciałoby się złośliwie napisać, iż faktycznie - coca-cola przecież nigdy nie jest dostępna w dużych sieciach handlowych "na promocji", mocno poniżej ceny rynkowej, i że na owe promocje nie mogą sobie pozwolić drobni sklepikarze. Tym samym wniosek nasuwa się sam - po regulacji cen książek bezwzględnie należy wyregulować też ceny napojów, alkoholu i w ogóle wszystkiego, jak nie przymierzając w Rosji gdzie Władimir Putin raz na jakiś czas wizytuje sklepy i ojcowskim okiem w obecności kamer domaga się obniżki ceny tego czy innego produktu, bo "w latach 90-tych był on tańszy". Ale przejdźmy dalej, bo Tadeusz Zysk nie poprzestaje tylko na słownej atletyce: "Ale nie jesteśmy wyjątkiem w świecie. W Izraelu, by odwołać już uchwaloną ustawę regulującą rynek książki – fakt, ustawy kompleksowej i może zbyt rozległej – pani minister kultury i sportu posunęła się do tego, że przedstawiała w Knesecie nieprawdziwe, negatywne dane o skutkach jej działania". Zawsze twierdziłem, że Żydzi to naród niezwykle inteligentny i pomysłowy, ale nigdy nie wpadłbym na to, iż będą oni gotowi zamykać prosperujące wydawnictwa i ogłaszać bankructwo sprawnie działających księgarń tylko po to by udowodnić fałszywe przecież tezy swojej minister - ot, sprytni ci Żydzi! Tymczasem taki właśnie był efekt wprowadzenia ustawy w Izraelu - sprzedaż nowych tytułów spadła o 35 proc., zaś ogólna sprzedaż o 15 proc. Wydawanie nowości praktycznie przestało się opłacać, wielu wydawców spakowało manatki i zmieniło branżę, podobnie sprawa miała się z księgarzami, którzy szybko stali się antykwariuszami. Sytuacja była na tyle tragiczna, iż ustawę zniesiono już po dwóch latach (dwóch, a nie jak upiera się Tadeusz Zysk - trzech) i to mimo tego, iż w kraju tym obowiązuje zwyczaj który zakłada funkcjonowanie ustaw przez 4 lata po ich uchwaleniu. Po prostu tak tragiczne były skutki owej ustawy i tak dalekie było spustoszenie rynku literackiego w tym zamożnym przecież kraju. Jak wyglądałoby to w Polsce? Strach pomyśleć! Ale z drugiej strony czasami chciałbym aby ustawa przeszła, choćby po to by obserwować jak jej zwolennicy piją piwo, które sami naważyli.

Wróćmy jednak do argumentacji Tadeusza Zyska.

"We Francji w latach 1998-2008 ceny książek rosły o połowę wolniej niż średnia cena innych towarów i usług konsumpcyjnych (wskaźnik CPI), a także czterokrotnie wolniej niż wskaźnik cen produkcji budowlanej." Pominę oczywiste pytanie o związek między branżą budowlaną a branżą wydawniczą, poza oczywistym - że w obu branżach niekiedy, choć w różnym znaczeniu, używa się słowa "cegła", ale już argument sięgający hen do roku 1998 jest doprawdy uroczy, bowiem pokazuje on jasno, iż ustawę francuską wprowadzano w okresie kiedy rynek internetowej sprzedaży książki praktycznie nie istniał.

"Czy podawać więcej przykładów? Nie, bo zaraz padnie odpowiedź, że Polska to nie Izrael, Francja, Wielka Brytania, Włochy czy każdy inny kraj. Bo przecież widać, mówią niektórzy, że słońce krąży wokół ziemi, więc o co chodzi. Przecież Hegel już mówił, że jeśli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. Ja jako zwolennik wolnego ryku, wolności wyboru i osoba mocno osadzona w realiach, ceniąca nade wszystko fakty i dopiero z nich wyprowadzająca wnioski, jestem przekonany, że ustawa jest w Polsce potrzebna." Tutaj dotarliśmy do sedna - "jestem przekonany" - no właśnie, w ekonomii nie można opierać się na "przekonaniu" czy "empirii" tylko na twardych danych. Inwestujący w amerykański rynek nieruchomości przed 2008 rokiem także byli "przekonani", iż jest to złota inwestycja.

"Na koniec podkreślę, że nie jest to ustawa o regulowanej cenie książki, ale ustawa o prawie wydawcy do ustalania ceny książki na rynku przez krótki, określony okres po debiucie tytułu. Cena ustalana przez wydawcę jest szacowana na podstawie poniesionych przez niego i innych uczestników rynku książki kosztów. Są to przede wszystkim tantiemy autora i koszty druku, jak i ogromne znaczenie ma oczekiwany poziom sprzedaży książki." Przepraszam, ale przy tych tantiemach pozwoliłem sobie parsknąć śmiechem, mimo, iż staram się przecież tutaj zachować powagę. Otóż każdy kto wydał książkę wie (pan Tadeusz Zysk bez wątpienia też), że tantiemy dla autora to ok. 10 proc. ceny książki, choć nie wątpię, że właściciel wydawnictwa Zysk i Spółka swoim autorom płaci o wiele więcej, stąd to oparte na "empirii" doświadczenie. Ale uderzające są też słowa o "krótkim, określonym okresie po debiucie tytułu". Ten "krótki okres" to dwanaście miesięcy. Dwanaście, podczas gdy "żywotność" książki na rynku literackim to okres około szeciu miesięcy, potem - nawet mimo sporej promocji, dana książka zapada gdzieś w odmęty czytelniczego zapomnienia, no chyba, że mamy do czynienia z prawdziwym literackim objawieniem. Te sześć miesięcy to zresztą też informacja ze źródła, które pan Tadeusz Zysk bardzo ceni - "empirii" innych wydawców.

Czy pan Tadeusz Zysk tych faktów nie zna? Jako wydawca, a więc, podkreślmy to znowu, do oporu - przedsiębiorca, działający od długiego czasu na rynku i to z sukcesami, musi to wiedzieć. Skutki ustawy dotkną przecież także i jego i nawet posiadanie dużego wydawnictwa może tutaj sprawy nie załagodzić, tak samo jak posiadanie w swoim portfolio przynoszącego rokroczne zyski George'a R. R. Martina z jego fantastycznym cyklem. Dlaczego? Dlatego, że widzieliśmy efekt działania tego typu ustawy w innych krajach a Polska z naszą wciąż słabowitą, dopiero odbijającą się od dna gospodarką, ubogim społeczeństwem, niską kulturą czytania i słabą siłą nabywczą złotówki może stać się po wprowadzeniu "lex PIK" literacką ziemią jałową, gdzie prosperować będzie antykwariusz albo pan oferujący jak w PRL książki "spod lady" albo płaszcza.

Zresztą, już na sam koniec - odnieśmy się do zarzutu jaki Tadeusz Zysk stawia nieokreślonemu interlokutorowi w swojej polemice - jakoby ów nieokreślony, nieznany interlokutor domagał się tego by książka była tania. Mniejsza, że już po jednym akapicie sam Tadeusz Zysk wskazuje, iż ustawa ceny książek obniży (a więc ma być tania czy droga? Ceny mają rosnąc czy maleć - nie pojmuję) ale ja pozwolę sobie zadać pytanie do bólu ekonomiczne: Książka ma być tania? A właściwie dlaczego?

Dominującą jest narracja środowisk literackich stawiających akt czytania na piedestale, uwznioślających go do rangi nowej świeckiej świętości zaś z czytających czyniąc jakąś, aż chce się rzec, "nadzwyczajną kastę ludzi", świeckich świętych nowej, czytelniczej religii. Nie wierzą Państwo? Proszę szybko zerknąć na internetowe, czytelnicze fora i powiedzieć mi, że przesadzam. Mówiąc krócej - czytanie, obcowanie z literaturą to czynność elitarna, podobnie jak elitarne jest środowisko literackie. Elitarne, to znaczy - rzadkie. I zgodnie z prawem popytu i podaży - cenne.

Dlaczego więc sprzedaje się nam ustawę PIK jako remedium na spadek czytelnictwa poprzez usztywnienie a więc spadek cen (tak, gdy zawrzeć to w jednym zdaniu widać brak logiki, czyż nie?), skoro czytanie jest tak elitarną czynnością? Niech książka będzie faktycznie droga, a sięgać niech sięgają po nie elity, a nie, jak chciał jeden z komentujących niedawną dyskusję, jakiś cham który chcąc uzyskać egzemplarz będzie musiał go nabyć w Biedronce gdzie pani "losowo rozłoży te książki między pietruszką a nabiałem".

Albo - potraktujmy książkę jak każde inne dobro materialne, bez niepotrzebnego uwznioślania jej wartości. To dobro jak każde inne i podlegać powinno takim samym mechanizmom. Dorabianie do literatury nimbu świeckiej świętości jest cokolwiek śmieszne.

Wiecie Państwo jaka książka w naszym katolickim kraju sprzedaje się wyjątkowo słabo? Pismo Święte. Tę książeczkę znaleźć można tylko w sklepach z dewocjonaliami i działach "Religia" wielkich sieci, gdzie siedzi zwykle między jakimiś podręcznikami do uprawiania Yogi oraz mądrościami Dalekiego Wschodu na temat przystrzygania drzewek Bonsai. A jest to księga, której wydanie generuje niesamowite koszty, poczynając od uzyskania praw do nielicznych a więc - bardzo drogich tłumaczeń. Czy Kościół Katolicki domaga się uregulowania jej ceny? Skądże znowu. W efekcie nawet najtańsze Biblie są na tyle drogie, iż przeciętna polska rodzina nawet jak chce to ma trudności z jej nabyciem.

Oto więc przykład skrajny ale pokazujący skalę - święta księga jednej z najważniejszych religii świata poddana jest mechanizmom rynkowym tak samo jak pietruszka czy wspomniana już coca-cola.

Wróćmy do kwestii najistotniejszych. PIK utrzymuje, iż celem ustawy ma być wzrost czytelnictwa. Szlachetnie, tylko jak już wspomnieliśmy - czytelnictwo w Polsce nie jest skrajnie niskie tylko z przyczyn rynkowych. Dlaczego więc Polacy, mówiąc hasłowo, nie czytają? Cóż - przede wszystkim dlatego, że nie za bardzo jest co. Polska literatura współczesna, tzw. mainstream nie ma Polakom zbyt wiele do zaoferowania, polscy pisarze raczej przodują w powielaniu, niemalże kserowaniu trendów zachodnich w literaturze lub obracaniu się w bardzo wąskiej grupie odbiorców i tematów, z których najpopularniejszym jest od lat niezmiennie obrzydzanie Polakom ich tradycji, zwyczajów czy "odbrązawianie historii" sprowadzające się do wynurzeń, jakoby nasi rodacy w czasie II wojny światowej zamordowali więcej Żydów niż Niemców. O wiele lepiej jest w polskiej fantastyce - zawsze (aż chce się napisać - od czasów Mickiewicza) oferującej o wiele głębszą refleksję nad rzeczywistością niż to co oferuje mainstream, co więcej gromadzącą czytelników wiernych i gotowych wydawać na swoje literackie pasje spore zasoby pieniędzy. Ci czytelnicy stają się zresztą z czasem samodzielnymi animatorami lokalnej kultury, organizując zjazdy i spotkania miłośników gatunku (konwenty - gdyby ktoś nie wiedział), tym samym stając się o wiele skuteczniejszymi nosicielami kultury niż tak wynoszeni pod niebiosa przez PIK drobni księgarze. Może to właśnie ich na konsultacje powinno zaprosić Ministerstwo Kultury, ciężko mi bowiem znaleźć środowisko, które w Polsce robiło by więcej dla promocji czytelnictwa i które byłoby w tym dziele skuteczniejsze.

Ale zakończmy ten dość przydługi wywód optymistycznie. Czy uważam, iż zmiany na polskim rynku książki są potrzebne? Zdecydowanie tak. Jednak propozycje PIK to taka próba wyleczenia cholery przy pomocy dżumy. Są natomiast możliwości inne, delikatniejsze, które wprowadzając w długim okresie mogłyby sytuację poprawić albo przynajmniej zatrzymać trend (gdyż, jak mówiłem, niski poziom czytelnictwa w Polsce ma podłoże w kulturze, edukacji, wychowaniu młodzieży a nie w ekonomii).

Przede wszystkim należałoby całkowicie znieść VAT na książki. W drugiej kolejności należy (jeżeli nie traktujemy ich jako książek) obniżyć stawkę VAT dla e-booków (książek elektronicznych) do 5 proc. lub także - znieść ją całkowicie. Już to byłoby najbardziej kulturotwórczym działaniem tego rządu i odbiłoby się pozytywnie na rynku i czytelnictwie, doprowadzając do tak upragnionego przez niektórych spadku cen.

Drugą kwestią - jeśli jednak palce nas świerzbią do regulowania rynku - ustalenie maksymalnego pułapu marży, jakie od wydawcy może pobierać dystrybutor. Obecnie jest to bowiem 50 lub 60 proc. W latach 90-tych, dla porównania, było to 9 proc.

Dalej, skoro regulujemy - uporządkować niezdrową sytuację jaką są 140 lub 180 dniowe terminy płatności.

Wreszcie na koniec (i to miłośnikom regulowania rynku gdzie tylko się da i jak tylko się da na pewno się spodoba) wprowadzenie na rynku książkowym zasad antymonopolowych, obecnie bowiem głównymi ruchami w tym segmencie są konsolidacje pionowe. Wprowadzenie czegoś tak prostego jak zakaz skupiania jednej grupy kapitałowej firm dystrybutorskich, wydawnictw wreszcie drukarń pomogłoby rozbić obecną karuzelę, w której wielkie grupy kapitałowe finansują wydawanie swoich książek z pieniędzy, które w ich sklepach zostawiają klienci lub mali księgarze, płacący za towar małych wydawców. I owszem, chodzi o tych samych gigantów, którzy owe fundusze po wejściu w życie ustawie o Jednolitej Cenie Książki przeznaczą na prawników wyspecjalizowanych w wyszukiwaniu "loopholes" i bubli (jest ich w tej ustawie sporo) tak by jej zapisów uniknąć a jednocześnie na tej bazie tylko umocnić swoją pozycję, tworząc już realny oligopol.

Czy naprawdę to właśnie w interesie tych gigantów i lobbowanej przez nich ustawy gotów jest rząd zarżnąć ostatecznie polski rynek książkowy a czytelnictwo zepchnąć już nawet nie do getta ale na jakąś wewnętrzną emigrację?

Bo tak to się właśnie, niestety, skończy.

Komentarze