Opinie

Fejk fejkiem pogania, czyli kto nad tym zapanuje

Anna Raciniewska

Anna Raciniewska

dziennikarka ekonomiczna, architekt

  • 8 listopada 2017
  • 23:59
  • 3
  • Tagi: biznes fake news Ministerstwo Cyfryzacji polityka prasa wiarygodność
  • Powiększ tekst

Bombardowani wiadomościami, często nie zastanawiamy się nad ich jakością. Łykamy informacje, nie zadając sobie trudu sprawdzenia ich wiarygodności. A przecież to z nich wyłania się nasza wizja świata. Głupio – gdy okazuje się, że budujemy na fałszu…

Czy to naprawdę sprawa czytelnika: rozsądzać, porównywać źródła i dochodzić prawdy? Skoro nie potrafią tego dziennikarze, których zadaniem jest uczciwe i rzetelne odzwierciedlenie rzeczywistości. Zakładając brak umiejętności, aby nie sugerować rozmyślnego wprowadzania w błąd czytelników…

Dawniej było nieco trudniej fałszowac rzeczywistość. Odpowiedzialnośc za własne słowo drukowane gwarantowała, że przynajmniej niektórzy autorzy osobiście sprawdzali u źródła co właściwie się wydarzyło – starając się nawet w pogoni za sensacją trzymać pewien poziom. Nie wszędzie tak było. Patrząc na realia PRL doskonale widzimy, że media tamtych czasów to czysta propaganda. Tu trudno nawet mówić o fejkniusach, to było prawdziwe bajkopisarstwo. Tych nieprzekonanych do takiego stylu pisania wycinała cenzura na etapie publikacji.

Wraz z internetem przyszła rewolucja w mediach. Publikować można bez końca, usuwać tyle samo. Nawet gdy Google zdążył zaindeksował wklepane bzdury, zawsze pozostaje powszechna praktyka „przeprosin”. I jeszcze ta nieograniczona dostępność: tyle źródeł, tyle informacji. No i jeszcze: reklama, sponsorzy – bo za kreowaniem rzeczywistości stoją potężne pieniądze. A dziennikarstwo to przecież nie wolontariat…

Ta pozorna wygoda rozleniwiła rzesze dziennikarzy i publicystów. W pośpiechu („pierwsi ujawniamy”) strzelają informacjami zanim gruntownie je zbadają. Co ciekawe: sprawdzenie informacji u źródła często oznacza porównanie z równie „rzetelnie” przygotowanymi niusami kolegów po fachu. Upolitycznienie dziennikarstwa sprawia, że manipuluje się faktami, informacje idą w pakiecie z opinią, pewne tematy i osoby są nietykalne, o innych należy regularnie pisać, niekoniecznie pozytywnie. Ogólnemu galimatiasowi służy zaś zanik tradycyjnego podziału mediów. Dziś w telewizji obejrzymy screeny z twittera, a w tygodniku przeczytamy fragment wypowiedzi z fejsbuka.

Trudno się w tym połapać? A jeszcze trudniej wyłowić te perły, które w rzeczywistości na naszą uwagę zasługują.

Zaufanie czytelników nie jest widocznie wystarczającym motorem dla dzisiejszych dziennikarzy, aby pisac wiarygodnie. I płacą za to odbiorcy. W powodzi informacji nie filtrują tych fałszywych. Szczególnie dotkliwe skutki mogą przynieść zmanipulowane wiadomości gospodarcze. Nawet wydawałoby się drobne przekłamanie zaczyna żyć własnym życiem. Jest powtarzane w kolejnych publikacjach, wplecione w dane do analiz, staje się podstawą wydawanych decyzji i proponowanych rozwiązań. Niezależnie czy są to liczby, czy tezy. Są wśród nas zwolennicy teorii, że dane statystyczne z natury oznaczają pomyłkę (mam dwie nogi, a mój pies cztery – statystycznie więc sprawe ujmując: każdy z nas jest trójnogiem) i od lat błądzimy im ufając. Pomimo to dążąc do poznania prawdy musimy zdecydować się na wybór – i to nie tylko my fotelowi czytelnicy tygodnika, ale również decydenci kreujący swoją opinię między innymi poprzez fachowe publikacje.

Kto w tym pomoże? Kto mógłby odsiewać „fałsz”? Troche strach zdecydować komu powierzyc takie zadanie. Historia Polski przypomina niechlubne nazwiska tych, którzy wyrokowali co jest prawdą, a co nie.

Nie ulega jednak wątpliwościom, że to jest palący problem. Zdawałoby się – dla wszystkich. Mimo to daje się słyszeć głosy, że Ministerstwo Cyfryzacji zbierając pomysły próbuje ograniczyć wolność słowa. Gdy zastanawia się nad „społeczną formy weryfikacji informacji tak co do źródła, ich prawdziwości oraz rzetelności” – ci, którzy walczą o „obywatelską Polskę” straszą, że oznacza to rządy anonimowych internautów.

Minister Streżyńska ma trudny orzech do zgryzienia: jak bez ograniczania swobód obywatelskich, szczególnie wolności wypowiedzi, ochronić jednych użytkowników sieci przed drugimi.

Komentarze