Opinie

Europa ma syndrom bitej kobiety

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 30 stycznia 2018
  • 06:56
  • 2
  • Tagi: gaz Niemcy Nord Stream 2 polityka prawo Unia Europejska
  • Powiększ tekst

Jednym z ciekawych zjawisk, jakie widoczne są na marginesie obecnej awantury o zmianę ustawy o IPN, która zakazuje szkalowania Polski, jest stosunek, jaki „oburzeni” prezentują w stosunku do Niemiec.

Od dawna już wiadomo, że II wojnę światową wywołali nie Niemcy, ale naziści. Oczywiście, to byli niemieccy naziści, ale jednak naziści, którzy przecież mordowali również Niemców. Nikt nie stara się wchodzić w takie niuanse, że przecież to nie naziści strzelali do ludności cywilnej w Polsce, że to nie naziści pełnili służbę wartowniczą w obozach koncentracyjnych i nie naziści pokazywali wyższość gazowania ludzi nad ich rozstrzeliwaniem – to wszystko robili zwykli Niemcy. Inna rzecz, że swoimi działaniami sformułowaniu „zwykli” nadali szczególną – że tak powiem – jakość.

Tę dbałość o samopoczucie Niemców widać nie tylko w kwestii II wojny światowej i braku ochoty do przypominania, kto gazował ludzi i potem palił ich zwłoki, dbając wcześniej o usunięcie złotych zębów. Widać także w podejściu do Niemców w Unii Europejskiej.

Wiadomo, że wiele aktów prawnych Unii Europejskiej przyjmowanych jest po to, aby umocnić niemiecką pozycję dominującą. Przykładem mogą być normy spalin, oficjalnie służące poprawie jakości powietrza, nieoficjalnie mające gwarantować niemieckim autom czołową pozycję w UE. Inna rzecz, że tych norm sami Niemcy nie byli w stanie spełnić, ale przecież to nie zakłóca sprzedaży samochodów z niemieckich fabryk (ciekawe, czy ktoś naprawdę myśli, że silniki, które nie były w stanie emitować odpowiednich spalin, teraz – nagle – zaczęły emitować wyłącznie parę wodną?).

Projektem, który ma wzmocnić niemiecką pozycję dominującą, jest także Nord Stream 2. Nie trzeba specjalnej błyskotliwości, aby dostrzec, że druga nitka tego gazociągu budowana jest po to, aby Rosja mogła bez problemu szantażować gazowo Polskę i inne kraje regionu oraz, aby na pośrednictwie w sprzedaży gazu zarabiali Niemcy. Oczywiste jest też, że ten projekt utrwala podział na „lepsze” i „gorsze” kraje Unii Europejskiej. A mimo to Komisja Europejska bardzo bojaźliwie zabiera się do ingerencji w projekt, na dodatek Niemcy mają wsparcie wielu innych krajów.

Niemcy bezwzględnie wykorzystują również euro, aby utrzymać swoją dominację. Wiele krajów z powodu wspólnej waluty popadło w kłopoty, ale Berlin nie zamierza zmieniać swojej polityki tylko po to, aby pomóc Grecji czy Włochom. Jednak nadal euro stanowi europejską świętość, a jeśli są politycy, wzywający do rezygnacji ze wspólnej waluty, to zmieniają zdanie natychmiast po dojściu do władzy.

Tę pobłażliwość w stosunku do Niemców widać również w rozmowach, jakie prowadzę na Twitterze. Wszyscy zaskakująco łatwo przechodzą do porządku dziennego nad tym, że Niemcy nadużywają swojego bogactwa i pozycji najsilniejszego kraju UE. Ta bezwzględność uważana jest za normę ewentualnie podziwiana przez tych, co chcieliby, abyśmy też robili „jak Niemcy”.

Ta europejska pobłażliwość w stosunku do Niemców kojarzy mi się ze stosunkiem kobiety do wybuchowego, ale nieźle zarabiającego męża. Boi się ona wspomnieć, że parę razy została przez niego pobita, aby go „nie zdenerwować”. Nie odpowiada wprost na pytanie o powód, dla którego utyka na jedną nogę, aby mąż nie obraził się, że mu wypomina dwa „niewielkie” złamania. Bo mąż, jak się zdenerwuje, może albo przestać dawać pieniądze na dom, albo – co gorsze – znowu pobić i coś złamać.

To zachowanie oczywiście pokazuje skalę traumy, jaka w Europie Zachodniej – a więc stosunkowo słabo dotkniętej niemieckim szałem zabijania – pozostała po ostatniej wojnie światowej. Pokazuje również to, jak bardzo brakuje odwagi europejskim elitom. Prawda bowiem jest taka, że mąż brutal prędzej czy później żonę pobije znowu. Pretekst przecież zawsze się znajdzie, choćby zwolnienie z pracy (czytaj: spadek popytu na niemieckie wyroby).

Komentarze