Opinie

Kredyty „frankowe”: Siedem grzechów głównych

Krzysztof Oppenheim

Krzysztof Oppenheim

ekspert finansowy od kredytów hipotecznych, restrukturyzacji i konsolidacji zobowiązań, związany z bankowością od 1993 r. Specjalizuje się także m.in. w upadłości konsumenckiej oraz pomocy frankowiczom. Autor ekspertyz dotyczących analiz ustaw „frankowych”, wykonanych na zlecenie Biura Analiz Sejmowych

  • 2 marca 2018
  • 10:28
  • 9
  • Tagi: CHF finanse frank szwajcarski kredyt hipoteczny kredyty frankowe
  • Powiększ tekst

W dniu 13 lutego br. na łamach Dziennika Gazeta Prawna ukazał się tekst, pod tytułem „Frankowicze są w lepszej sytuacji niż złotówkowicze”. Ten absurdalny tytuł nie dziwi, jeśli zważymy kto jest autorem tej publikacji: jest nim Pan Przemysław Barbich, pracownik Związku Banków Polskich.

Argumenty, które podnosi Pan Barbich, aby udowodnić tezę postawioną w tytule są tak samo wiarygodne, jak obiektywny jest stosunek ZBP do problemu z toksycznymi kredytami. Oto przykład, jest to cytat z wymienionej publikacji:

„Portfel kredytów we frankach szwajcarskich jest zdrowy, ponad 95 proc. umów jest obsługiwanych bez jakichkolwiek problemów”.

Może to i racja. Na czym więc polega przekłamanie, które zastosował autor tekstu? Otóż, jeśli dany kredyt niby – frankowy, nie jest spłacany, bank wypowiada umowę i przelicza kwotę tego zobowiązania na złotówki. Czyli już nie jest to dług „frankowy”. Poza tym, co pewien czas banki wyprzedają potężne portfele niespłacanych kredytów w tzw. frankach. Aby ocenić faktyczną szkodowość tego portfela, oczywiście należy także uwzględnić takie kredyty, które już się „wysypały” i przez co wyleciały ze statystyk wolumenu „frankowego”.

Poniżej argumentuję, dlaczego wyłącznie banki powinny ponosić odpowiedzialność za szaloną akcję kredytów w CHF, która spowodowała obecną sytuację. Ciągle nierozwiązaną. W treści poniższego tekstu nie wgłębiałem się w tematykę prawną, dotyczącą zagadnień, czy tzw. kredyt „frankowy” faktycznie istniał. Jako osoba nie posiadająca wykształcenia prawniczego – pozostawiam tę kwestię fachowcom, moja analiza dotyczy oceny akcji „frankowej” od strony bankowości.

1. Bezpieczeństwo depozytów.

Nadrzędną zasadą działania banków jest dbałość o bezpieczeństwo depozytów, to święta od zawsze zasada obowiązująca w tej dziedzinie.

Przedstawiciele sektora finansowego w ten sposób argumentują niemożność przewalutowania kredytów frankowych na złotówki: straty mogą ponieść deponenci danego banku, tracąc swoje lokaty, gdyby bank ten był zmuszony ogłosić upadłość.

Żaden z deponentów przy zakładaniu lokaty nie wyrażał zgody, aby bank podejmował ryzykowne transakcje do prowadzenia akcji kredytowej w CHF, środkami pozostawionymi przez tegoż klienta na bezpiecznym depozycie.

W sposób absolutnie nieuprawniony, banki wystawiły oszczędności swoich klientów na nieprzewidywalne w skutkach ryzyko.

2. Zdolność kredytowa.

Zgodnie z Art. 70.1. prawa bankowego: „bank uzależnia przyznanie kredytu od zdolności kredytowej kredytobiorcy”.

Banki, przy badaniu zdolności kredytowej swoich klientów, dostosowały się wyłącznie do zapisów Rekomendacji S z 2006 r., która błędnie zakładała, że kurs franka może wzrosnąć o maks. 20 proc.

Dodajmy, że kredyty w CHF udzielone przez 1 lipca 2006 roku, nie zawierały nawet takiego „zabezpieczenia”: do zdolności kredytowej banki brały pod uwagę wysokość raty kredytu w CHF na dzień złożenia wniosku o kredyt.

W przypadku kredytów udzielanych w okresie 2007- IX 2008, kurs ten okresowo wzrastał czasem nawet więcej niż o 100 proc. w stosunku do kursu z dnia zawarcia umowy. Gdyby nie tak znaczący błąd w ocenie ryzyka kredytowego, nie doszłoby do tak ogromnych problemów przy spłacie kredytów w CHF. Nie mając zdolności kredytowej na kredyt we frankach szwajcarskich, klienci byliby zdani wyłącznie na zadłużenie się w złotówkach.

 Poprzez błędną politykę departamentów ryzyka kredytowego, udzielono więc setek tysięcy kredytów, w sytuacji kiedy wnioskodawca nie posiadał zdolności kredytowej.  

3. Trzy zasady bezpieczeństwa akcji kredytowej w tzw. „walutach obcych”

Znajomość funkcjonowania i stosowania kredytów „walutowych” nie może stanowić tajemnicy dla członków zarządu banku, czy też dla pracowników departamentu ryzyka kredytowego. Poniżej wymieniam trzy zasady bezpieczeństwa, które muszą obowiązywać  jednocześnie  w przypadku prowadzenia przez dany bank akcji udzielania kredytów hipotecznych w „walucie obcej” (tj. nie w walucie krajowej).

Zasada 1. Nie powinno się udzielać kredytów w walutach egzotycznych dla danego kraju.

Czyli np. w walucie kraju z innego kontynentu. Grożą wówczas nieprzewidywalne w skutkach zmiany kursów, co czyni taką akcję kredytową wyjątkowo ryzykowną.

Zasada 2. Nie powinno się udzielać kredytów w walucie kraju, którego gospodarka jest znacząco silniejsza od gospodarki macierzystej.

Istnieje wówczas zagrożenie stałego osłabiania się waluty narodowej do waluty kredytu, co grozi znaczącej grupie kredytobiorców utratą możliwości spłaty zadłużenia: ze względu na systematyczny wzrost raty kredytu.

Zasada 3. Kredyt w walucie obcej jest bezpieczny wyłącznie w okresie wzmocnienia się tej waluty wobec waluty narodowej.

Zakłada się, że jeśli spełniona jest Zasada 1. i 2., to kursy walut zmieniają się w sposób sinusoidalny, więc bierze się kredyt – ze względów bezpieczeństwa – zawsze w tej „mocnej” w danym okresie walucie.

Są to podstawowe, powszechnie znane, zasady bezpieczeństwa prowadzenia akcji kredytowej w obcej walucie.

Jak widać, w okresie 2007 – IX 2008 (największa sprzedaż kredytów w CHF) chciwość całkowicie zaślepiła bankowców: frank wyjątkowo mocno osłabił się wobec złotówki, więc udzielanie kredytów w CHF w tym okresie, było działaniem w pełni sprzecznym z wiedzą bankową.

4. Błąd zaniechania banków – dotyczy okresu przed „czarnym czwartkiem”

„Czarny czwartek” był to przewidzenia. Przypomnę tu słowa prezesa NBP Marka Belki z 2014 roku dotyczącej kredytów w CHF, były one kierowane wprost do przedstawicieli sektora bankowego:

_ „Kredyty walutowe, są jak społeczna tykająca bomba. Nie dajmy się oszukać, że one nie mają żadnego znaczenia, że ludzie spłacają te kredyty, a wy jakoś sobie radzicie z ich finansowaniem”. _

Cytowane słowa zostały wypowiedziane przez Marka Belkę na Forum Bankowym, które odbyło się w kwietniu 2014 roku, czyli wiele miesięcy przed „czarnym czwartkiem”. Żaden z banków nie podjął - mimo tak poważnego zagrożenia - żadnych działań w sprawie próby rozwiązania problemu frankowego.

Nietrudno jest stwierdzić, że społeczna, „tykająca bomba” nie została do dziś rozbrojona.

5. Odpowiedzialność za wady ukryte produktu.

To producent – a nie nabywca - ponosi odpowiedzialność za wady ukryte produktu. W państwie prawa zasada ta powinna obowiązywać w każdej dziedzinie, nie wyłączając bankowości. Jakie informacje uzyskiwał potencjalny kredytobiorca przed podjęciem decyzji o wyborze waluty kredytu? Od 1 lipca 2006 roku, czyli po wejściu w życie Rekomendacji S, zarówno KNF, jak i banki uwzględniały wzrost kursu franka o 20 procent. Gdyby kurs franka faktycznie wzrósł jedynie o przewidywane 20 proc., dziś nie było by problemu „frankowego”.

6. Trzeba było się ubezpieczyć!

Banki, decydując się na akcję kredytową obarczoną określonym i przewidywalnym ryzykiem (ryzyko kursowe) mogły przed powyższym się zabezpieczyć. Należało przygotować ofertę kredytu walutowego z obowiązkowym ubezpieczeniem od wzrostu kursu franka powyżej 120 proc. w stosunku do dnia uruchomienia. Żaden z  banków takiego ubezpieczenia nie wprowadził do oferty kredytów w CHF. Powyższe także obciąża bank, a nie kredytobiorcę.

7. Kiedy nastąpił kryzys i czy można było go przewidzieć?

W Polsce uznajemy, że kryzys finansowy zaczął się od upadku Lehman Brothers (IX 2008). Natomiast w USA sytuacja wiszącej, nieuniknionej katastrofy nad rynkiem finansowym to okres od 2007 roku. Tej informacji mógł nie posiadać kredytobiorca, ale z pewnością fakty te nie były tajemnicą dla banków działających w Polsce. Przypomnę, że toksyczne aktywa prawie spowodowały upadek Deutsche Banku (ze względu na znaczące zaangażowanie banku w tę nader ryzykowną działalność), zaś właścicielem jednego z banków – GE Money Bank, był amerykański koncern General Electric. Zarządowi GE Money Bank doskonale więc znana była sytuacja rynku kredytów hipotecznych „subprime” w Stanach Zjednoczonych - znacznie wcześniej przed upadkiem Lehman Brothers. Pomimo to, obydwa banki bardzo aktywnie sprzedawały w Polsce kredyty frankowe: zarówno w 2007, jaki i w 2008 roku. Oczywiście wiedza na temat kryzysu finansowego w USA z 2007 nie mogła być obca także dla zarządów innych banków. Ale kto by się tym przejmował?

Prowadzenie tak ryzykownej akcji w okresie 2007-8, to efekt chciwości bankowców. Wraz z ich wiedzą, że za skrajnie nieodpowiedzialne działania i tak nie poniosą żadnych konsekwencji, te zostaną przerzucone na klientów (deponentów lub kredytobiorców), albo na Skarb Państwa. Działanie banków w opisanym zakresie w pełni potwierdza znaną maksymę:

Banki prywatyzują zyski, w zamian - uspołeczniają straty

Kończąc mój polemiczny głos wobec publikacji Pana Barbicha, dodam, iż moją wątpliwość budzi sens dopuszczania do głosu, w tej tak drażliwej sprawie, przedstawicieli ZBP.

Opinie tej instytucji będą zawsze skrajnie nieobiektywne i sprawiają, że taką publikacją rozdrapujemy rany narodowe, jedynie eskalując problem „frankowy”. A przecież powinniśmy próbować ten problem rozwiązać; co wbrew pozorom - nie jest takie trudne. Pod warunkiem jednak, że głos w tej sprawie będą zabierać eksperci z prawdziwego zdarzenia, a nie bankowi lobbyści.

Komentarze