Opinie

Seria pomyłek, błędów i wypaczeń

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 4 kwietnia 2018
  • 16:48
  • 5
  • Tagi: biznes ceny ekonomia inflacja pomyłki prognozy
  • Powiększ tekst

Inflacja miała wzrosnąć, tymczasem spadła – taka informacja dzisiaj rano rzucała się w oczach na portalach i w mediach społecznościowych. Oczywiście, fakt, że prognozy ekonomistów nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości, nie jest nowością. Mam jednak wrażenie, że ostatnio wyjątkowo nasiliła się częstotliwość, z jaką ekonomiści nie trafiają ze swoimi prognozami. Pomyłka to – wydaje się – ostatnio norma.

Wniosek z tej sytuacji jest taki, że ekonomia to nauka społeczna, a nie – jak wmawiają niektórzy przedstawiciele tej dziedziny – nauka ścisła. To nie matematyka, gdzie 2 i 2 to zawsze 4. W ekonomii, co tu kryć, to może być i 4, i 22, a czasem wyjdzie jeszcze inna liczba.

To oznacza, że najwyższy czas zrewidować założenia, których ciągle wielu się kurczowo trzyma, a które już po prostu się nie sprawdzają. Jest wiosna, okres, kiedy robi się poważne porządki, wyrzućmy więc parę niepotrzebnych śmieci z ekonomii do kosza.

Dzisiaj jeden z ekonomistów zwracał uwagę, że mamy do czynienia z sytuacją, w której widzimy coś, co jeszcze niedawno było niemożliwe. I wskazał hojne programy socjalne i spadający dług publiczny.

Kłopot w tym, że to jest nie tylko możliwe, ale wręcz sprawdzone – i to całkiem blisko, bo tuż za miedzą. Otóż od lat w Niemczech funkcjonuje świadczenie, nazywane tam Haarz IV, którego zadaniem jest uzupełnianie niskich płac. Jeśli ktoś nie zarabia dostatecznie dużo albo pracuje w niepełnym wymiarze godzin, składa wniosek i jego płaca jest uzupełniana o kilkadziesiąt czy kilkaset euro.

To jest bardzo hojny program socjalny – hojniejszy od polskiego, a mimo wszystko nie wywołuje wzrostu cen w Niemczech. Dlaczego? Być może dlatego, że dzięki temu zasiłkowi obcokrajowcy, którzy przebywają w Niemczech, godzą się pracować za niższe stawki, dzięki czemu nie rosną ceny podstawowych produktów (np. żywności, w której uprawa nie byłaby możliwa bez taniej pracy imigrantów). Może dlatego, że ten zasiłek wyjmuje część pracujących z szarej strefy, na czym zyskuje budżet? A może jest kilka innych powodów, których trzeba poszukać, ale wcześniej należy pozbyć się przekonania wytworzonego w latach 90-tych, że wsparcie socjalne to zło.

Ekonomista zwrócił też uwagę, że innym zjawiskiem, które wydawało się niemożliwe, jest wysoki, 7-8-proc. wzrost płac i jednocześnie niska inflacja.

I znowu – może czas przyznać, że inflacja generowana jest nie przez płace, ale przez ceny. Przyznam, że kiedy sięgam pamięcią wstecz, trudno mi znaleźć przykładu podbicia inflacji przez wysokie podwyżki dawane przez pracodawców (choćby dlatego, że tych podwyżek nie było), ale za to pamiętam mnóstwo przypadków wypiętrzenia inflacji z powodu cen ropy, gazu oraz masła i jaj. Ceny ropy windowane zaś były przez napływy pieniędzy z funduszy inwestycyjnych, nie zaś z powodu zagrożenia wyczerpaniem się złóż tego surowca.

Owszem, być może kiedyś doszło do sytuacji, że wzrost płac doprowadził np. do hiperinflacji albo że podwyżki dawane w handlu sprawiły, że konsumentów przestało być stać na zakupy. Tyle, że to się mogło zdarzyć wiele lat temu, w stosunkowo zamkniętych gospodarkach, które nie były w stanie zareagować na wzrost popytu szybkim przyspieszeniem produkcji albo zwiększeniem importu. Ale teraz jest zupełnie inaczej. A to dlatego, że ekonomia to nauka społeczna, gdzie często zdarza się, że te same czynniki daję zupełnie inne skutki.

Komentarze