Opinie

Nuda, czyli kolejna afera na rynku finansowym

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 23 maja 2018
  • 17:00
  • 4
  • Tagi: banki finanse fundusze GetBack obligacje prawo ubezpieczenia
  • Powiększ tekst

Mamy obecnie sprawę GetBacku. Chodzi o firmę windykacyjną, która wyemitowała obligacji za parę miliardów a potem przestała je obsługiwać, zostawiając na lodzie wiele instytucji finansowych oraz około 9 tys. inwestorów indywidualnych. Sprawą „zajęła” się KNF (radząc poszkodowanym, aby poszli do prokuratury), swój smutek wyraził nawet prezes Związku Banku Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz, ponoć też ma być zespół w Prokuraturze Krajowej, który zajmie się jednym komunikatem GetBacku. Ziew.

Od razu powiem, że wszystko rozejdzie się po kościach, KNF wyda komunikat, że cieszy ją stabilność systemu finansowego, ZBP zajmie się kolejnymi zmianami w prawie, aby bankom żyło się lepiej i sprzedawało łatwiej, zaś Prokuratura Krajowa – kto wie – może nawet osiągnie jakiś sukces i skieruje sprawę do sądu. No i oczywiście wszyscy będą sprzedawać jak szaleni do momentu, aż nie wybuchnie kolejna afera.

Jasne jest, że problem, jaki uwidocznił się przy sprawie GetBacku, nie wiąże się z kłamliwym – jak twierdzi część instytucji – komunikatem spółki. Wiąże się z tym, że mamy w Polsce chory system sprzedaży produktów finansowych. I że ta choroba jest wręcz pielęgnowana przez wszystkie co ważniejsze instytucje, związane z rynkiem. Ta choroba nieustannie toczy nasz rynek, od czasu do czasu przechodząc ze stadium przewlekłego w stan zapalny.

Takie krótkie wyliczenie: Na początku tego wieku pojawił się problem tzw. polis inwestycyjnych, które sprzedawane były na potęgę klientom i które przyniosły im straty. Liczba zerwanych polis w latach 2001-2003 liczona była w milionach. Potem zaczęły się złote lata machlojek, związanych z rynkiem finansowym. Na potęgę ruszyła sprzedaż polisolokat a przedsiębiorcy zaczęli inwestować w opcje walutowe. Przyznam, że nie jestem pewien, czy większe były straty przedsiębiorców na opcjach, czy też Kowalskich na polisach, ale obstawiam, że jednak więcej zarobiły firmy ubezpieczeniowe.

Kolejne problemy były cichsze, ale było ich sporo. Nie tak dawno pisaliśmy np. o funduszach WI, które zebrały około 500 mln zł a teraz nie wiadomo, co właściwie stało się z tymi pieniędzmi. Teraz mowa jest o GetBacku i jego stracie rzędu 1,2 mld zł, choć w grę wchodzą znacznie większe kwoty.

Żadnej z tych afer by nie było, gdyby nie ogólnopolskie przymykanie oczu na działalność sprzedawców. To znaczy – oczy przymykał nadzór, rząd, posłowie, bo podmioty z rynku finansowego doskonale sobie zdawały sprawę z tego, co wyprawiają sprzedawcy. Więcej – wymuszały na nich takie działania.

Przykładem mogą być polisolokaty. Największym problemem z tymi instrumentami był ten, że w razie wcześniejszego zerwania polisy jej właściciel tracił całość albo większość zainwestowanej kwoty. Działo się tak dlatego, że firmy ubezpieczeniowe płaciły bardzo duże pieniądze za sprzedanie takiej polisy klientowi – pieniądze wynoszące czasem tyle, ile wynosi cała wpłacona składka roczna. Kowalski myślał, że coś zainwestował, tymczasem faktycznie włożył zwitek pieniędzy do kieszeni agenta ubezpieczeniowego lub firmy, zatrudniającej agenta.

Potem zrobiło się jeszcze gorzej. Część firm była świadoma, że przy wysokich cenach dystrybucji – które firma miała odzyskać w kolejnych latach – zyski klienta będą minimalne, za to ewentualne straty bardzo dużo. Firmy spodziewały się więc, że klienci zaczną masowo zrywać polisy i tak komponowały opłaty, aby zarabiać na zerwaniu. W rezultacie wszyscy byli zadowoleni – poza klientami, ale tych nasze instytucje mają gdzieś.

Ten schemat powtarzał się przy każdej okazji. Ot, jaki sens miałoby sprzedawanie klientom banków opcji, skoro było jasne, że w razie problemów oznacza to utratę tych przedsiębiorców – albo z powodu ich rozzłoszczenia, albo z powodu bankructwa. Wiadomo, że zyski ze sprzedaży tych instrumentów musiały być dla banków większe niż ewentualne straty.

Jaki sens miało sprzedawanie klientom funduszy WI, skoro dla każdego jest jasne, że aktywa tych podmiotów muszą być mało płynne a ich wycena musi być utrudniona? Oczywiście, wysokie prowizje na rzecz banków i pracujących w nich doradców. Wyższe niż ewentualne straty z powodu rezygnacji klientów.

Ostatnio zastanawiałem się ze znajomym ekonomistą, czemu obligacje GetBacku miały oprocentowanie 8 proc.? Według informacji, jakie uzyskał, wynagrodzenie sprzedawców sięgało nawet 6 proc. Innymi słowy – papier był tak skonstruowany, że musiał przede wszystkim zarobić na prowizje dla sprzedawcy.

Najśmieszniejszy w tym wszystkim jest argument, jaki się ostatnio zaczął się pojawiać, a mianowicie wypowiedzi różnych „mądrych”, że „klienci powinni się orientować, że jak cos daje 8 proc. przy niskich stopach, to jest z tym coś nie tak”. Jest to śmieszne, bo słowa padają często z ust instytucji, które powinny reagować, kiedy „coś jest nie tak”, a tego nie zrobiły. Jest to śmieszne, bo jest głupie – w końcu po to inwestuje się w inne instrumenty niż depozyt, aby uzyskać wyższą stopę zwrotu. Jest to śmieszne także dlatego, że właśnie owymi 8 procentami kusili klientów sprzedawcy, którzy sami z tej transakcji mieli znacznie większy procent niż ten, który wynika „z niskich stóp procentowych”.

I teraz najlepsze – otóż nikt ale to nikt nie został ukarany za te wszystkie złe praktyki, z którymi przez ostatnich kilkanaście lat mieliśmy do czynienia. I to mimo faktu, że ich naganność została udowodniona przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który nałożył kary za fatalne praktyki np. przy sprzedaży polisolokat. A mimo to nie słyszałem, aby jakikolwiek sprzedawca poniósł konsekwencje swojego zachowania. Nie zdarzyło się, aby szef sprzedaży jakiejkolwiek instytucji finansowej został ukarany za to, jak podlegli mu ludzie podchodzą do klientów. Nie słyszałem, aby jakikolwiek członek zarządu banku czy firmy ubezpieczeniowej stracił stanowisko za to, że klienci potracili setki milionów oszczędności. To takie niezwykłe – że są setki tysięcy ofiar i wiadomo, że było oszustwo, ale nikt za to oszustwo nie odpowiada i nie ponosi odpowiedzialności.

Wszystkie instytucje nadzorcze – z KNF na czele – udają, że w ogóle nie ma żadnego związku między sprzedawcami a instytucjami, w których interesie dokonuje się sprzedaży. Po prostu nie ma związku między ubezpieczycielem X a sprzedającym jego polisy agentem z firmy „Ubezpieczenia Jockera”. Nikt nie jest w stanie się doszukać relacji między bankiem, który bierze część prowizji, a jego pracownikiem, który sprzedaje opcje jakiegoś zagranicznego podmiotu. Kiedy tylko pojawiają się złe informacje, okazuje się, że nikt nie jest w stanie ustalić, czym właściwie kierują prezesi instytucji finansowych, bo za nic nie odpowiadają.

To jest właśnie chore w polskim systemie finansowym. Otóż przed funkcjonującymi na nim firmami stawiany jest wybór: Mogą one nie sprzedawać lipnych instrumentów finansowych i nie zarabiać milionów albo sprzedawać tę lipę, zarabiać miliony i nie ponosić żadnych konsekwencji w razie wpadki. Chyba jasne jest, że mało kto wybierze tę uczciwszą ale biedniejszą drogę. Na dodatek ci uczciwsi nie mogą liczyć na premię za rzetelność i wiarygodność, bo fatalna opinia o „przewalaczach” z rynku finansowego rozlewa się na wszystkich.

Ale chore jest jeszcze jedno – mianowicie fakt, że klienci polskich instytucji finansowych nie uczą się na złych doświadczeniach. Kowalski nigdy nie wróci do sprzedawcy używanych samochodów, który sprzedał mu rozlatujące się auto jako pojazd, którym „Niemiec tylko do meczetu jeździł”. Ale ten sam Kowalski, nabrany przez jednego sprzedawcę finansowej lipy, da się nabrać znowu, jeśli tylko usłyszy te magiczne słowa, że „zarobi znacznie więcej niż wynika z niskich stóp procentowych”. Wszyscy oglądają „Wilka z Wall Street” i śmieją się z tego, jak grany przez di Caprio bohater wciska klientom śmieciowe akcje, a potem odbierają telefon i decydują się na kupno obligacji GetBacku.

Nie ma mowy o tym, aby udało się z polskiego rynku wyeliminować nieuczciwe praktyki sprzedażowe instytucji finansowych czy ich agentów, jeśli nie nałoży się odpowiedzialności na ludzi w tych instytucjach zatrudnionych. Dopóki będziemy udawać, że szef sprzedaży ubezpieczyciela nie odpowiada za to, z kim współpracuje jego firma, będziemy przechodzić przez kolejne afery. I będziemy obserwować to, co widzimy właśnie teraz. Czyli przedstawiciele banków będą wyrażać ubolewanie, nadzór będzie „reagował”, spychając problem na prokuraturę, a dystrybutorzy zarabiający krocie na wciskaniu lipy będą tworzyć programy rozwijające etykę w biznesie albo tworzyć kodeksy dobrych praktyk. Ziew.

PS Wszystkie te instytucje i wszyscy ci sprzedawcy przebierają już nogami, aby tylko zacząć sprzedawać Pracownicze Programy Kapitałowe. To sugeruje, że będzie to kolejny sukces, może nawet większy niż OFE. Oczywiście, sukces sprzedażowy.

Komentarze