Opinie

Szwaczka / autor: Pixabay
Szwaczka / autor: Pixabay

Niezbyt dostosowani przedsiębiorcy

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 22 listopada 2018
  • 21:01
  • 9
  • Tagi: biznes płace polityka prawo przedsiębiorcy zatrudnienie
  • Powiększ tekst

Od dawna wiadomo, że czasy się zmieniają i że pracownicy muszą być bardziej elastyczni, bardziej skłonni do zmian i doszkalania się. Nie mówię, że wszyscy pracownicy stosują się do tych zasad, ale wydaje mi się, że niewiele spośród zatrudnionych to kwestionuje. Ale ostatnio nie mogę się oprzeć wrażeniu, że takie doszkalanie, douczanie i elastyczność przydałaby się dużej, naprawdę dużej grupie przedsiębiorców, bo oni nadal żyją w latach 90-tych.

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany – zawód przedsiębiorcy jest ciężki, pochłania mnóstwo czasu, kosztuje często zdrowie. Wiadomo, że najgorszą zmorą przedsiębiorców jest ryzyko, które starają się oni za wszelką cenę zminimalizować i przerzucić na kogoś innego. Nie ma w tym nic dziwnego, jest to normalny element tej pracy.

Być może jednak dlatego właśnie przedsiębiorcy – może nawet bardziej niż przedstawiciele innych zawodów – mają skłonność do popadania w rutynę. To, co raz przyniosło dobre rezultaty, chętnie jest powtarzane. A im częściej jakieś działanie się powtarza, tym łatwiej jest zrobić z tego trudny do przezwyciężenia schemat.

W taki schemat, wzięty z lat 90-tych, popadło wiele firm. Z grubsza rzecz biorąc starają się one minimalizować koszty, związane z pracownikami, za to bardzo ostrożnie inwestują w nowoczesne technologie niewymagane przez kooperantów. Główną swoją przewagę upatrują w niskiej cenie swoich produktów, przy zachowaniu dość wysokiej jakości. Przykładem może być producent ręcznie robionych dachówek, który sprzedawał (spotkałem go jakieś dwa lata temu) swoje produkty do Wielkiej Brytanii, dbając o to, aby cena jego wyrobów była o 40 proc. niższa niż produkcja miejscowa.

Często firmy takie są poddostawcami zakładów zachodnich, które nie chcą rezygnować z jakości, ale nie zamierzają też płacić za dużo. Tak działają szwalnie, często pracujące na rzecz firm na przykład francuskich, często bardzo znanych.

Nie jest łatwo uzyskać kontrakt na kooperację ze znanymi firmami odzieżowymi z Zachodniej Europy, nie jest łatwo uzyskać odpowiednią jakość wyrobów. Podobnie nie jest łatwo zdobyć klientów firmie z dalekiej Polski, i to klientów z jednej strony zamożnych, a więc mających spory wybór, a jednocześnie dość wymagających. Tyle że to, że nie jest to łatwe, nie oznacza, że będzie to wieczne.

Bez podwyżek płac bowiem takie firmy nie będą miały wkrótce pracowników. Oczywiście, zapewne szwaczki, które pracują w tym zawodzie od lat, nie odejdą, ale nie pojawią się nowe. Wybiorą inne możliwości – a więc inne zawody czy wręcz inne kraje. Za kilka lat może się okazać, że nie da się uszyć tyle, ile potrzeba, bo nie będzie miał kto trzymać igły.

To samo będzie w przypadku firmy od dachówek. Tak, pewnie da się utrzymać produkcję, ściągając nisko kwalifikowanych pracowników do napełnienia form, ale przecież trzeba douczać także specjalistów, odpowiedzialnych za proces wypalania gliny. A tych zabraknie, bo nikt nie będzie chciał iść do pracy, gdzie na początku zarabia się niewiele czy bardzo mało.

Przedsiębiorcy, choć dobrze radzą sobie na rynkach europejskich, zdają się nie pamiętać, że jesteśmy w UE także pod względem przepływu siły roboczej. Że tak, jak wyjechało 2 mln osób, tak mogą wyjechać kolejni. Że polityka płacowa, w której ludziom płaci się tak mało, jak tylko można, albo nawet mniej, odpowiada za nasze problemy demograficzne co najmniej w takim samym stopniu jak ogólna moda i widoczne wokół zniechęcanie do rodzicielstwa.

Muszą także uwierzyć, że stan, w którym mają problemy ze znalezieniem pracowników, a ci, którzy są, mają spore wymagania, nie jest tymczasowy. Tak już będzie. To się nie zmieni za rok czy za dwa, tak będzie, więcej – będzie jeszcze gorzej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość, zwłaszcza taką, którą się współtworzyło, trzeba się dostosować.

Polscy przedsiębiorcy muszą skończyć z polityką oszczędzania na pracownikach, a powinni zastanowić się, jak zwiększyć ich efektywność. Chodzi co to, aby ludziom płacić więcej i zyskiwać dzięki temu. To wymaga nakładów na automatyzację. I dotyczy to każdej firmy. Od razu wyjaśniam, że nie chodzi tutaj o zastąpienie polskich szwaczek automatami, ale o takie zorganizowanie pozostałych elementów ich pracy, aby szyły więcej. A być może konieczne okaże się stworzenie własnej marki odzieżowej, co pozwoli na zwiększenie sprzedaży i poprawienie marży dzięki sprzedawaniu swoich wyrobów po wyższych cenach. Tę drogę przeszło wiele firm i inne też powinny spróbować.

Wyższe płace mają zasadnicze znaczenie z jeszcze jednego powodu. Otóż wyższe zarobki pogłębiają rynek, dają szansę innym przedsiębiorcom na zwiększenie sprzedaży. Wiadomo, że jeśli kogoś stać tylko na zaspokojenie własnych potrzeb, to nie pójdzie do kina, ale jeśli tylko uzyska dodatkowe wynagrodzenie, pójdzie na film, co oznacza stworzenie nowego wielkiego rynku.

Jak powiedziałem, przedsiębiorcy muszą się dostosować do sytuacji, jaką mamy, i muszą się z nią zmierzyć. Tak samo jak zrobili to w latach 90-tych, kiedy budowali polską gospodarkę z dużym, jak widać, sukcesem. Tyle tylko że konieczna jest zmiana narzędzi i celów – kiedyś sposobem na rozwój było wykorzystywanie taniej siły roboczej. Teraz muszą się nauczyć używać drogiej siły roboczej.

Komentarze