Opinie

Elektrownia / autor: Pixabay
Elektrownia / autor: Pixabay

W walce z ociepleniem klimatu idzie o ogromne pieniądze

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 31 grudnia 2018
  • 09:12
  • 8
  • Tagi: biznes energetyka marketing ocieplenie klimatu paliwa zyski
  • Powiększ tekst

Parę lat temu – a dokładnie to ze dwie dekady, jak ten czas leci – w kinach wyświetlany był film pod tytułem „Wag the Dog” („Fakty i akty”). Z grubsza chodziło o to, że prezydent USA zdecydował się na rozpoczęcie wojenki tylko po to, aby odwrócić uwagę od problemów bodajże obyczajowych, jakie się w Białym Domu pojawiły. Właściwie wojenki nawet nie było, bo państwo, które miało być celem wojny, natychmiast się poddało, ale to nie zaszkodziło prezydentowi w wygraniu kolejnych wyborów.

Pozornie niewiele jest wspólnego między treścią filmu (ten dość wyraźnie nawiązywał do problemów ówczesnego prezydenta USA Billa Clintona, który wtedy wywołał powszechne zgorszenie m.in. niewiedzą, do czego służy cygaro) a obecną odsłoną walki o klimat. Jednak, oczywiście, pozory mylą. Tak naprawdę bowiem podobieństwa są daleko idące, aczkolwiek w walce o klimat idzie o pieniądze, a zamiast wojny mamy „ostatni moment, aby odsunąć zagładę”.

Powiem wprost – uważam walkę z „ociepleniem klimatu” w polskich warunkach za idiotyzm. I to nawet przy założeniu, że człowiek ma jakiś zasadniczy wpływ na klimat, co nie zostało udowodnione (jest różnica między faktem a modelem). Otóż cała walka o klimat ma na celu doprowadzenie do sytuacji, kiedy przyroda wróci w stare koleiny, co oznacza kolejną epokę lodowcową na północnej półkuli. Innymi słowy – mamy wydawać miliardy złotych tylko po to, aby na Mazury wrócił lodowiec, a białe niedźwiedzie pojawiły się zamiast dzików na obrzeżach Warszawy.

Ale moje postrzeganie walki o klimat lodowcowy wynika stąd, że nie zarabiam na niej. Gdybym jednak z tejże walki czerpał korzyści, pewnie też inaczej bym na to całe zjawisko patrzył. Patrzyłbym na tyle przychylnie, że zapewne nawet nie pytałbym o podstawowe dla całej sprawy koszty i wyniki dotychczasowej walki. Dokładnie jak robi to wielu obecnych propagatorów.

Tymczasem jasne jest, że ta cała polityka klimatyczna UE po prostu nie daje żadnych efektów. Wiadomo, że największy truciciel UE, jakim są Niemcy, nie zrealizuje żadnego z wyznaczonych celów klimatycznych. To akurat jest dość oczywiste, jako że owe cele były wyznaczane wtedy, kiedy w Niemczech były jeszcze elektrownie jądrowe, z punktu widzenia klimatycznych proroków zagłady lepsze od węglowych. Tymczasem jednak Niemcy zamknęli swoje siłownie jądrowe i strategia się rozsypała. Oczywiście, o Niemczech żaden z ekologów nie powie nic złego, bo już dawno niemieckie firmy uzależniły organizacje pozarządowe od swoich dotacji. O wiele lepszym celem jest Polska, słabsza, choć przecież mu akurat naprawdę dokonaliśmy redukcji emisji CO2 i to przy wzroście gospodarczym.

Niemcy naciskają na to, aby elektrownie jądrowe zamknęła Belgia (który to kraj od blackoutu ratuje jedynie – oczywiście - ocieplenie klimatu i lekkie zimy), do zamykania siłowni jądrowych przygotowują się Francuzi. Jest to kompletnie idiotyczne z punktu widzenia walki z ociepleniem, ale przecież nikogo tak naprawdę nie obchodzi klimat.

Strategia nie działa również dlatego, że to nie UE jest głównym źródłem wzrostu emisji CO2. Ta rośnie, bo rozwijają się państwa takie jak Chiny czy Indie oraz wiele innych. W ostatnich dekadach widać trend doganiania państw rozwiniętych przez państwa rozwijające się, co oznacza zwiększone zapotrzebowanie na energię, uzyskiwaną najczęściej z węgla.

Ale mimo faktów w UE nadal stawia się na OZE oraz zabezpieczanie stabilności dostaw prądu dzięki elektrowniom gazowym (które – mimo wszystko – też emitują CO2, o czym jakoś nikt specjalnie nie mówi). Tyle że – niestety - coraz częściej słychać głosy, że OZE są po prostu zbyt drogie. Bodajże w ubiegłym roku słyszałem, że ciocia Angela wydaje na OZE ok. 20 mld euro w formie samych dotacji, nie licząc wpływów ze sprzedaży prądu. I że te wydatki już dawno przekroczyły zaplanowany poziom. Na razie Niemcy jeszcze nie założyli żółtych kamizelek, choć tamtejszy system wsparcia jest tak skonstruowany, że wszystkie koszty ponoszą zwykli Schmidtowie i Hessowie, bo przemysł płaci gołą cenę hurtową. W efekcie mamy taką sytuację, że choć cena hurtowa prądu w Niemczech jest niższa niż w Polsce, to jednak rachunki płacone przez tamtejszych Helmutów i Adolfów są znacznie, znacznie wyższe niż u nas (o czym jednak specjaliści od energetyki niechętnie wspominają).

OZE są drogie nie tylko w Niemczech, tak jest w całej UE. Pojawiają się więc sugestie, że te dotacje trzeba ograniczyć. Że nie może być tak, że grupa firm uzyskuje takie wpływy kosztem całego społeczeństwa. Więcej, niektórzy już zaczynają coś z tym robić. Ot, choćby w Polsce zdecydowano się na odejście od systemu dotowania OZE wielkimi pieniędzmi po wsze czasy i zdecydowano się na system aukcji. Chętnych nie zabrakło, ale system jest znacznie tańszy dla państwa – a więc mniej korzystny dla firm. Krajów, które chcą zrezygnować z kosztownego systemu dotacji do OZE jest więcej. Mówi się o tym także w Niemczech. A to może popsuć naprawdę, ale to naprawdę dobry interes.

Proszę sobie wyobrazić – w Niemczech system dotacji pochłania 20 mld euro rocznie. Francja chce zrezygnować z energetyki jądrowej, co oznacza, że tam także jest szansa na zbliżony system dotacji, a więc wpływy rzędu 20 mld euro. Do tego jeszcze Włochy, które mimo znakomitych warunków pogodowych importują prąd z północy, jeszcze Beneluks, a w dalszej perspektywie cała Środkowa Europa. Można spokojnie liczyć na wpływy z dotacji rzędu 80-100 mld euro w skali całej UE. Oczywiście, pod warunkiem, że nikt się nie będzie zastanawiał, czy ta polityka daje efekty oraz czy koszty nie są za duże.

To jest właśnie powód, dla którego mamy tę eksplozję klimatycznego szaleństwa. Chodzi o owe dziesiątki miliardów euro, które mogłyby trafić do niezbyt szerokiego grona firm, w większości niemieckich (w pierwszej aukcji OZE w Polsce udział wzięło 25 podmiotów, z których 24 to firmy zagraniczne). Pamiętacie Państwo, jaka była awantura w Polsce, kiedy okazało się, że państwo chce zmienić zasady przyznawania dotacji dla OZE? Teksty o tym, że jacyś niemieccy bonzowie się obrazili na Polskę? To samo dzieje się na całym kontynencie, bo bonzowie postanowili zaatakować, zanim kolejne kraje zdecydują się odebrać im szanse na kolejne miliardy z dotacji.

Oczywiście, te firmy liczą także na podbój innych rynków, ale biedniejszych krajów na płacenie im haraczu nie stać, a USA jakoś nie przejęły się sprawą klimatu. Zostaje Unia Europejska, która bardzo ochoczo płaci miliardy tylko po to, aby móc potem płacić jeszcze więcej. Wynika to w dużym stopniu stąd, że UE zdominowały Niemcy, gdzie struktura podejmowania decyzji jest wyjątkowo nieprzejrzysta. Prawdziwe decyzje zapadają w różnych dziwnych gronach, w których są i przedstawiciele firm, i rządu, i organizacji pozarządowych (opłacanych przez firmy) – a potem transmituje się to na szczebel parlamentu, i dalej – do UE. Właśnie przez ten całkowicie niedemokratyczny sposób podejmowania decyzji mamy w ostatnich latach takie potworki jak polityka imigracyjna, której nikt nie był w stanie sensownie uzasadnić, ograniczanie konkurencji w wielu sferach w UE a także ciągle mamy tę chorą politykę energetyczną.

A więc mamy wiele szumu w mediach, generowanego przez różnego rodzaju influencerów, dotyczącego końca świata, jaki nadejdzie, jak nie wyłączymy elektrowni węglowych i nie będziemy wydawać owych dziesiątek miliardów euro na dotacje. I nikt, ale to nikt, nie mówi, że lepszym rozwiązaniem byłoby przeznaczenie owych dziesiątek miliardów euro na instalacje, które ograniczałyby emisje zanieczyszczeń zarówno w UE, jak i w krajach takich jak Indie czy Chiny, które są przecież głównym producentem CO2. Że lepiej jest wydać miliardy euro na ocieplenie domów w całej UE, aby ograniczyć pobór energii, niż płacić te pieniądze niemieckim przemysłowcom.

I tutaj wracamy do filmu „Wag the dog”. Tak jak w filmie mamy spreparowaną wojnę – tyle że z globalnym ociepleniem, o którym w sumie niewiele wiemy (choćby nie wiemy, czy nie jest ono powiązane ze spadkiem śmiertelności na świecie). Wojna jest potrzebna tylko po to, aby odwrócić uwagę do faktu, że na OZE niewielka grupa firm zarabia kolosalne pieniądze a jednocześnie nie daje to żadnego efektu. I dzięki tej wojnie te firmy będą w stanie poszerzyć rynek, czyli uzyskać jeszcze większe dotacje, bo przecież żaden polityk nie ośmieli się zakwestionować systemu, który „ma ocalić nas wszystkich”.

Oczywiście, w końcu okaże się, że polityka klimatyczna UE sprawiła, że jeszcze nigdy tak wielu nie zapłaciło tak nielicznym za takie kompletne nic. Ale wtedy już będzie kolejna moda i będzie można ciągnąć pieniądze publiczne na zupełnie inne, kompletnie bezsensowe „szczytne cele”.

Komentarze