Informacje

Sieć Biedronka znowu na bakier z pracownikami. / autor: Fratria
Sieć Biedronka znowu na bakier z pracownikami. / autor: Fratria

TYLKO U NAS

„Biedronka” i jej „propozycje nie do odrzucenia”. Strach

Grażyna Raszkowska

Grażyna Raszkowska

dziennikarka

  • Opublikowano: 23 czerwca 2020, 11:09

    Aktualizacja: 23 czerwca 2020, 11:28

  • Powiększ tekst

W Biedronce nowy mega problem pracowniczy. Tym razem chodzi o „dobrowolne” wyjazdy pracowników do nadmorskich miejscowości. Mają oni podjąć „atrakcyjną” pracę nad Bałtykiem.

Jeszcze nie przebrzmiał skandal pracowniczy w Biedronce związany ze zwolnieniami i karaniem pracowników za udział w promocji towarów feralnej sobotniej nocy 26 kwietnia, a już pojawił się nowy poważny problem. Pracownice, bo dotyczy to przede wszystkim pań – nie chcą, głównie z powodu epidemii i zagrożeń z nią związanych wyjeżdżać nad morze.
„Praca w Biedronce i wakacje w jednym? Dla nas to pestka!” - pisze w komunikacie prasowym sieć „Biedronka”.

Podczas nadchodzących wakacji pracownicy sieci Biedronka otrzymali możliwość połączenia pracy w nadmorskich sklepach z letnim wypoczynkiem. Z czasowego przeniesienia się w regiony turystyczne skorzystają pracownicy, którzy na co dzień zatrudnieni są w sklepach Biedronka położonych w różnych częściach Polski. Sieć zaoferuje im nie tylko nagrodę letnią, ale również elastyczny grafik, zakwaterowanie oraz pokrycie kosztów przejazdu. Biedronka proponuje również zatrudnienie nad morzem w oparciu o umowę zlecenie – czytamy w komunikacie prasowym pt: „Praca w Biedronce i wakacje w jednym? Dla nas to pestka!”.

Nasz wakacyjny program cieszy się ogromną popularnością. W ubiegłym roku  skorzystało z niego aż 240 ochotników, którzy na czas wakacji zdecydowali się przenieść do wybranych nadmorskich kurortów. Dzięki temu zapewniamy klientom obsługę na najwyższym poziomie także podczas wakacyjnych miesięcy w sklepach, gdzie ruch jest największy. Tym, którzy zechcą skorzystać z wyjazdu, oferujemy premię letnią w wysokości 350 zł brutto za miesiąc pracy – wypowiada się w komunikacje Joanna Bukała, dyrektor HR makroregionu w sieci Biedronka.

Pracownicy sieci mają możliwość wyboru pracy m.in. w Jastarnii, Nowym Dworze Gdańskim, Stegnie, Dziwnowie i Władysławowie – podaje komunikat, ale nie wspomina np. o Mielnie. To, co dla firmy jest „pestką” dla pracowników już nie. Sprawdziliśmy, jak rzecz się ma od strony zatrudnionych tam ludzi.

Z moich rozmów z pracownikami wynika, że wyjazd do pracy traktują jak przymus, a nie nagrodę. Oczywiste, część osób może być zainteresowana takim wyjazdem, chociaż trzeba pamiętać, że to nie są żadne wczasy, ale bardzo ciężka praca. Obrót towaru jest ogromny, pracuje się głównie na nockach. – mówi Anna Gonera, ze związków zawodowych „Solidarność” w „Biedronce” z Piły.

I wyjaśnia, że pracownice z Piły w tym roku pojadą do Mielna.

Rozmawiałam z nimi i widzę, że są przestraszone, bo to duża miejscowość atrakcyjna turystycznie, do której przyjadą ludzie z całej Polski, również ze Śląska. Koleżanki rozmawiały z kierownictwem i zgłosiły swoje obawy związane z epidemią i wyjazdem, zgłaszając, że nie chciałyby tam jechać. Zapewniono je, że nie ma się czego bać, bo są maseczki, przyłbice, rękawiczki. Taka praca 8 godzin w maseczce przy np. sprzedaży namiotowej? Ich obawy nie zostały do dziś rozwiane – komentuje Anna Gonera.

Atmosfera jest ciężka – pierwsze kobiety mają wyjechać 1 lipca.

Wiele osób nie chce jechać, bo się obawia epidemii, ale także po prostu z powodów rodzinnych. Nie chcą zostawiać rodzin, a przede wszystkim dzieci – wyjaśnia Piotr Adamczak, szef „Solidarności” w Biedronce.

  • Nikt nie ogłosił końca epidemii i pracodawca powinien to wziąć pod uwagę. Może oddelegowywać pracowników, ale nie w sytuacji zagrożenia – dodaje.

Sieci handlowe po nowemu

Walka sieci handlowych o konsumentów i pozycję na rynku przybiera na sile – koronawirus tylko przyspieszył niektóre strategiczne decyzje. W zeszłym tygodniu usłyszeliśmy o wyjściu Tesco z Polski i przejęciu tej sieci przez inną – duńską Netto. Jednak działania strategiczne to nie tylko wielkie fuzje i przejęcia, ale także polityka personalna i wizerunkowa firmy.

A „Biedronka” - absolutny lider pod względem liczby placówek handlowych w Polsce - od początku obecności w Polsce miała z tym problem.

Przed koronawirusem, w czasach rynku pracownika - wszystkie największe sieci handlowe walczyły o ludzi – podnosiły pensje i dogadzały warunkami pracy, a w każdym razie głośno się tym chwaliły. Również „Biedronka”.

Kryzys koronawirusa i zaostrzająca się walka o klientów spowodowały, że w grę zaczęły wchodzić częste superpromocje, w tym słynna już „promocja sobotniej nocy” z 26 kwietnia – kiedy to przy zakupie 20 produktów trzy można było dostać gratis. Miały to być trzy najtańsze, ale wskutek błędu w systemie informatycznym zamiast najtańszych, klienci otrzymywali bezpłatnie trzy najdroższe. Pracownicy również z promocji skorzystali, a spółka Jerónimo Martins ich za to ukarała: zwolnieniami, naganami, upomnieniami. Nawet jeśli oddali towar.

A teraz „dobrowolne” wyjazdy.

Anna Gonera podkreśla:

Pracownicy wyjazdu nie traktują jako rezultatu swojej w pełni suwerennej decyzji, ale wynik działania na nich pod presją. Niektórzy używają jednego słowa: „przymus”, przynajmniej w Pile. Jedna z koleżanek, która stanowczo odmówiła wyjazdu usłyszała od kierownika: ja nikogo nie zmuszam, ale też nikogo w pracy nie zatrzymuję.

Obawa, że starci prace jest oczywista.

Tym bardziej, że w komunikacie jest mowa o „ochotnikach”.

Pracownicy „Biedronki” z Piły będą brać udział w tej „letniej akcji” już po raz kolejny, bo to nie pierwsza taka oferta.

Na początku rzeczywiście były to prawdziwe dobrowolne wyjazdy. Ale od dwóch lat wielu pracowników jedzie pod presją, że odmowa można oznaczać ich zwolnienie. Jest wywieranie presji np. w taki sposób, że  nie przedłuży się umów, albo, że nie dostanie się rocznej premii – mówi Anna Gonera.

Z każdego sklepu mają wyjechać dwie osoby- po dwa tygodnie: przez cały lipiec i sierpień.

Pracownice zgłaszają mi, że nie znają żadnych szczegółów, nie wiedzą nawet czy muszą zabrać własną pościel, nie wiedzą, gdzie będą zakwaterowane. Boją się. A poza tym, czy gdyby któraś z pracownic zakaziła się koronawirusem i wróciła do sklepu do Piły, to taka placówka zostanie zamknięta – zastanawia się nasza rozmówczyni.

I są to w pełni uzasadnione obawy w związku z tym, co wydarzyło się w Portugalii. Pisaliśmy dwa dni w naszym portalu, że portugalskie związki zawodowe zarzuciły grupie Jeronimo Martins ukrywanie zakażeń SARS-CoV-2 wśród pracowników należącej do detalisty sieci sklepów Pingo Doce w Portugalii. Koncern, który w Polsce jest właścicielem m.in. sieci Biedronka, odpiera zarzuty.

Największa centrala związkowa w Portugalii CGTP-IN poinformowała w komunikacie, że grupa Jeronimo Martins w „swoich sklepach nie chroni pracowników i klientów przed pandemią” - przypomniał w piątek internetowy dziennik „Observador”. Taka sytuacja przymusu, a nie dobrowolności wyjazdu, w której niepewność i obawy są dominujące, dotyczy również pracownic z Wałcza.

Koleżanki mówią, że działanie pracodawcy odbierają jako nakaz pracy. Przez dwa lata w ogóle nie jeździły, a w tym roku są wystraszone, że muszą pojechać. Oczywiście nie wszystkie, bo część osób chce skorzystać z tej oferty, ale to jest najwyżej 10 proc. załogi. To nieprawda, że to dla wszystkich atrakcja i nagroda – podkreśla przedstawiciela związków zawodowych.

Czytaj także: „Biedronka” znów konkuruje o miano najgorszego pracodawcy?

Czytaj także: „Biedronka” zwalnia ludzi za feralną „białą noc”

Czytaj także: Szef WHO: pandemia koronawirusa wciąż przyspiesza

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych