Opinie

Frank szwajcarski / autor: pixabay.com/pl
Frank szwajcarski / autor: pixabay.com/pl

Co dalej, frankowiczu?

Krzysztof Oppenheim

Krzysztof Oppenheim

jest ekspertem finansowym w sprawach kredytów hipotecznych, restrukturyzacji i konsolidacji zobowiązań. Związany z bankowością od 1993 r. Specjalizuje się także m.in. w upadłości konsumenckiej oraz pomocy frankowiczom. Od 2016 r. zajmuje się działalnością antywindykacyjną

  • 22 lipca 2019
  • 07:03
  • 3
  • Tagi: frank kredyty frankowe opinie
  • Powiększ tekst

Uchwalona na początku lipca tego ustawa niby-frankowa definitywnie zakończyła dywagacje, czy rząd ulży Polakom pokrzywdzonym przez toksyczny kredyt. Było to jednak do przewidzenia, jasne komunikaty w kwestii braku takiej pomocy padały wcześniej z ust Prezesa PiS i obecnego premiera – Mateusza Morawieckiego.

Od „czarnego czwartku” minęło już 4 i pół roku. W tym czasie wielu frankowiczów podjęło decyzję - wymuszoną brakiem środków na spłatę lub wyborem własnym – w kwestii zaprzestania spłaty kredytu. W sądach, jak szacują eksperci, toczy się blisko 20 tys. pozwów, które dotyczą sporu na tle kredytu „frankowego”. Wciąż jednak, dość duża grupa pechowych kredytobiorców jest w rozterce: co dalej z tym „fantem” zrobić? Dziś przedstawiam wszystkie opcje działania frankowicza, który jeszcze waha się nad wyborem strategii. Naliczyłem dokładnie 5 strategii – więc w sumie wybór jest spory…

Płacę raty i zapominam o sprawie.

Z pewnością dość liczna grupa frankowiczów, szczególnie tych, którym wiedzie się dobrze i nie mają głowy (ani czasu) na spory sądowe, wcześniej już podjęła decyzję, że należy wypić piwo, które się kiedyś nawarzyło. Jak wskazują statystyki, wygrana w sądzie wcale nie jest pewna, a nawet jeśli się wydarzy – czasem korzyść finansowa frankowicza nie jest imponująca. Wedle tej grupy kredytobiorców „frankowych” rachunek zysków i strat przemawia za tym, aby walkę w sądzie sobie odpuścić. Co ma tym większy sens, jeśli rata kredytu nie jest wysoka i „nie boli”. Czyli nie ma istotnego wpływu na sytuację finansową danej osoby.

Upadłość konsumencka

Powyższe rozwiązanie frankowego problemu dotyczy tych kredytobiorców, którzy jednak liczyli na korzystne rozwiązanie systemowe. I zaciskając zęby, odmawiając sobie wszystkiego, płacili regularnie raty znienawidzonego kredytu. Zwykle są to osoby (rodziny), które mają również inne zobowiązania, więc upadłość konsumencka także z tych długów ich oczyści. Powyższa opcja jest tym bardziej uzasadniona, jeśli bieżące obciążenie hipoteki – wedle wyliczeń banku – przekracza wartość nieruchomości. Walka w sądzie ma dla tych osób co najmniej cztery poważne minusy: wcale niemało kosztuje, długo trwa, nie gwarantuje wygranej i nie „neutralizuje” innych długów, które powstały po drodze – mowa tu, na przykład o  pożyczkach, które były wzięte na utrzymanie płynności finansowej.

Decyzja o niepodejmowaniu walki z potężnym wrogiem i pójściem w upadłość konsumencką, często jest w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem. Szczególnie dotyczy to kredytobiorców o słabszej kondycji psychicznej, których marzeniem od lat, jest uwolnienie siebie i rodziny od toksycznego produktu bankowego.

Pozostałe trzy warianty działania, dotyczą tych kredytobiorców, którzy są zdeterminowani do walki o sprawiedliwość. Bo kto ma rację w tym sporze, nie budzi żadnych wątpliwości…

Spór w sądzie: płacę raty i pozywam bank

Ten sposób walki z kredytodawcą, nazywam wariantem „dla bogatych”. Musimy bowiem regularnie płacić raty, ponosić koszty procesu i na dodatek liczyć się ze sporym uszczerbkiem finansowym w przypadku przegranej sprawy. W tym przypadku frankowicz będzie musiał dodatkowo uiścić koszty zastępstwa procesowego, co wyniesie m.in. kilkanaście tysięcy złotych.

W początkowym okresie po „czarnym czwartku”, właśnie ta forma walki zdominowała większość procesów: czyli są to te pozwy frankowiczów, które trafiły do sądów w 2015 roku. W tym okresie kancelarie prawne (wówczas było to ledwie 5-6 renomowanych kancelarii), zdecydowanie odradzały swoim klientom zaprzestanie spłaty rat. Choćby ze względu na to, że wobec sądu może taka osoba wyjść na cwaniaka, który chce się wykpić ze spłaty kredytu. No bo przecież każdy frankowicz podpisał umowę w pełni świadomie…

Przedstawione rozumowanie i opisana taktyka walki nigdy mnie nie przekonywała. Z wielu powodów. Po pierwsze: większość moich klientów nie była w stanie podołać finansowo przy tej formie wejścia w spór. Po drugie: skoro uznaję, że umowa kredytowa nie jest zgodna z obowiązującym prawem, to dlaczego mam kredyt ten spłacać? Po trzecie: w sądzie zawsze łatwiej się bronić, niż atakować.

Znam co najmniej kilkanaście przypadków, kiedy to frankowicz poddawał się po przegranej w pierwszej instancji. Bo nie stać było go na dalszą walkę. Cóż: widać, że adwokat prowadzący tę sprawę, bardziej koncentrował się na własnej gaży, niż na kwestii, czy daną osobę stać na prowadzenie postępowania sądowego w tej formie… Niemniej jednak ta metoda walki czasem jest tą „jedyną słuszną”; plusem tutaj jest brak ryzyka, że coś złego się stanie jeśli przegramy sprawę. Wtedy po prostu dopłaci się ok. 40-50 tys. zł do kredytu, ale bank nie może umowy wypowiedzieć. Jeśli więc kogoś stać na powyższe, a nie chce się denerwować, to kto bogatemu zabroni?

Dwa kolejne warianty walki z kredytodawcą, to metody, które – poczynając od drugiej połowy 2016 roku – systematycznie promowałem w moich publikacjach.

Zaprzestaję spłaty rat i czekam na pozew.

Zaprzestanie spłaty kredytu od paru lat rekomenduję - jako działanie oczywiste - tym frankowiczom, którzy chcą podjąć walkę z bankiem, a ich dług przekracza wartość nieruchomości. Z ekonomicznego punktu widzenia, dalsza spłata rat kompletnie nie ma sensu. Bo to tak, jakbyśmy kupowali od banku posiadaną już nieruchomość powyżej jej ceny rynkowej (dość często: znacząco), na dodatek płacili odsetki i jeszcze byli narażeni na ryzyko kursowe!

Powyższa, oczywista analiza w sposób bezdyskusyjny obrazuje, że w wielu przypadkach spłata kredytu „frankowego” powinna być jak najszybciej odpuszczona. No dobrze, ale co dalej? Bo przecież bank nie zapomni o zobowiązaniu i prędzej czy później pójdzie do sądu z pozwem o zapłatę.

Z punktu widzenia podjęcia walki z bankiem, nasz wróg ma jedną, bardzo korzystną dla śmiałka cechę: jest piekielnie przewidywalny. Dokładnie więc jest wiadome, jakie będą kolejne kroki kredytodawcy, kiedy to, pewnego pięknego dnia zdecydujemy się na zaprzestanie obsługi toksycznego kredytu.

Co zatem nas czeka? Najpierw będzie miękka windykacja (grzeczne maile, smsy i telefony z informacją o powstałej zaległości), potem nieco groźniejsze pisma – wezwania do zapłaty i straszenie wizytą windykatora terenowego (uwaga: jak takowy się pojawi i będzie usilnie chciał wejść do mieszkania - można intruza poszczuć psem!). Potem czeka nas wypowiedzenie umowy. I kiedyś tam, później – pozew o zapłatę.

Od czasu kiedy zaprzestaliśmy spłaty rat mija minimum rok do wezwania nas przez sąd - jako pozwanych w tej sprawie przez bank. Wbrew pozorom: nie jest to czas relaksu, tylko okres, kiedy starannie przygotowujemy się do wojny z wierzycielem. W jaki sposób? Tu już wchodzimy w zaawansowane techniki antywindykacyjne, czyli zabezpieczenie całego majątku (w tym także kredytowanej nieruchomości) oraz – jeśli to możliwe – ochronę przyszłych przychodów, przed skutkami ewentualnej przegranej w sądzie.

Co w ten sposób uzyskamy? Kilka lat spokoju od spłaty rat kredytu, którego i tak nie ma sensu spłacać; ale także: znalezienie się w komfortowej sytuacji do ewentualnych negocjacji z bankiem, jeśli sąd wyda wyrok korzystny dla naszego wroga. Oczywiście musimy starać się, aby tak się nie stało, czyli konieczne jest więc, aby wybrać bardzo mocną kancelarię (najlepiej ze specjalizacją antywindykacja), która w sądzie będzie nas reprezentować.

Powyższa strategia, to walka metodą „partyzancką”, która zawsze jest lepsza, gdy prowadzimy wojnę za znacznie potężniejszym wrogiem. W moich publikacjach ten sposób walki nazwałem jako „technika Rambo”. Wszak wszyscy pamiętamy, jak wspaniale radził sobie bohater pierwszej części tego filmu z liczną grupą ludzi od szeryfa Teasle`a, kiedy Rambo - Stallone wybrał walkę na swoim terenie…

Zaprzestaję spłaty rat i … pozywam bank!

Ta metoda walki, to już jazda – z pozoru – „bez trzymanki”: tylko dla naprawdę odważnych i bardzo wkurzonych frankowiczów.

Jaki jest wielki plus tej strategii? Pozywając bank, np. o unieważnienie umowy kredytowej, jednocześnie … powstrzymujemy pozew wzajemny. Znaczy to, iż dopóki nie skończy się nasza sprawa, kredytodawca nie może pozwać nas o zapłatę – to już niemal wprost wynika z kodeksu postępowania cywilnego.

Naszą sprawę możemy wygrać lub przegrać. Ale ważne jest przy tej metodzie walki, iż … wcale nam się nie spieszy. Dopóki sprawa (lub – sprawy, jeśli w „naszej” polegniemy) jest w sądzie, nie jesteśmy zobowiązani do spłaty rat. Stawiamy bank w mocno niekomfortowej sytuacji: nie dość, że z tytułu kredytu nie dostaje ani grosika, ponosi spore koszty na wynagrodzenie kancelarii prawnej, to jeszcze dodatkowo płaci od spornego kredytu podatek bankowy.

Naszą korzyścią jest więc bardzo długi okres tzw. „darmowych obiadków”: korzystamy z nieruchomości, nie ponosząc żadnych kosztów z tytułu spłaty „frankowego” kredytu.

Podobnie jak w poprzednim przypadku, musimy skorzystać z pomocy speców od antywindykacji, którzy pomogą ochronić nasz majątek przed skutkami ewentualnej przegranej.

Co zatem się dzieje, jeśli nasz pozew zakończy się w sądzie przegraną? Co najwyżej zapłacimy koszty zastępstwa procesowego (czasem da się od tego uchronić). Potem bank będzie zmuszony złożyć do sądu swój pozew o zapłatę. A my dalej nie musimy płacić rat.

Jeśli przyjmiemy, że przy „starannym” prowadzeniu działań w sądzie, każda ze spraw potrwa ok. 5 lat, unikniemy – nawet przy przegranej w obu instancjach - spłaty kredytu przez 10 lat. Dlatego też, w moich publikacjach, tę formę prowadzenia sporu nazwałem: ‘Wojna 10-letnia”.

Opisane w niniejszym opracowaniu dwa ostatnie warianty zakładają – finalnie – że, nawet jeśli w sądzie wygra bank, to uda nam się doprowadzić do takiej sytuacji, kiedy będzie można podjąć z kredytodawcą negocjacje. Ale wyłącznie na naszych warunkach!

Komentarze