Analizy

400 mld zł polskiego eksportu to fikcja!

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 2 września 2017
  • 10:19
  • 8
  • Tagi: biznes eksport handel import statystyka VAT
  • Powiększ tekst

O tym, że dane o polskim eksporcie mogą być zawyżone, było głośno kilka miesięcy temu. Mówił o tym m.in. wicepremier i minister finansów i rozwoju Mateusz Morawiecki. Chodziło o fikcyjny eksport towarów, wykorzystywany przez oszustów do wyłudzenia VAT. Część ekonomistów twierdziła, że te różnice nie mogą być duże.

Niestety, jest inaczej. Wartość polskiego eksportu do 34 krajów w latach 2008-2015 była wyższa od tego, co te państwa zadeklarowały jako import z Polski, łącznie o 110 mld dolarów. Czyli polski eksport mógł być zawyżony o 9 proc., a więc o blisko 400 mld zł!

Takie wnioski płyną z analizy danych UN Comtrade, agendy ONZ, która zbiera dane statystyczne o handlu międzynarodowym. Do UN Comtrade raportuje m.in. nasz GUS oraz pozostałe urzędy statystyczne z 200 państw. Z danych UN Comtrade korzysta również ITC, organizacja związana i z ONZ, i Światową Organizacją Handlu, która również ma swoją bazę danych o handlu. Dzięki obu tym agencjom można więc porównać dane o polskim eksporcie np. do Niemiec czy na Cypr, z danymi o imporcie z Polski, jakie przedstawiają urzędy statystyczne tych państw.

Dziura w handlu z Niemcami największa

Największa dziura – wg danych z UN Comtrade - jest w rozliczeniach miedzy Polską a… Niemcami. Różnica miedzy polskim eksportem w latach 2008-2015 do tego kraju a liczonym wg Niemców importem z Polski wynosi prawie 30 mld dolarów.

Choć kwota robi wrażenie, to pod względem stosunku dziury w rozliczeniach do całej oficjalnej wartości polskiego eksportu jest to „tylko” 8 proc. Są państwa, w przypadku których różnica miedzy polskimi a tamtejszymi danymi jest znacznie większa.

Jednym z takich państw jest Grecja. Wg deklaracji polskich eksporterów, w latach 2008-2015 do tego kraju wysłaliśmy towary za 6,17 mld dolarów, zaś sami Grecy przyznają się do niespełna 4,6 mld dolarów. Różnica wynosi prawie 1,6 mld dolarów, czyli ponad 25 proc. oficjalnej wartości polskiego eksportu.

Innym państwem Unii Europejskiej, w rozliczeniach z którym mamy potężne manko, wg danych UN Comtrade, jest Słowacja. Oficjalny polski eksport do tego kraju to 35,7 mld dolarów, ale Słowacy w swoich danych odnotowali import z Polski w kwocie 25,2 mld dolarów. Wyparowało wiec aż 10 mld dolarów, czyli blisko 30 proc. oficjalnego polskiego eksportu!

Jednak naprawdę oszałamiające rezultaty daje porównanie danych o wymianie handlowej między Polską a Cyprem. Właściwie trudno mówić o wymianie, jako że wg polskich danych wysłaliśmy w latach 2008-2015 do tego kraju towary za 2,06 mld dolarów, tymczasem Cypryjczycy przyjęli od nas import za… 200 mln dolarów. Tak, to nie błąd, chodzi o dwieście milionów dolarów. Czyli „po drodze” zniknęło aż 85 proc. polskiego importu na Cypr. Polski handel z tym krajem to po prostu fikcja.

Poza UE też dziurawo

Te wymienione państwa to kraje unijne. Ale okazuje się, że drastyczne różnice w danych pojawiają się i przy wymianie z państwami nienależącymi do UE. Wśród nich uwagę zwraca Norwegia, będąca jednym z państw należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, łączącego UE z innymi państwami Europy. To oznacza, że Norwegia nie jest krajem UE, ale ma dostęp do wspólnego rynku, za co płaci składki.

Okazuje się, że nasz oficjalny eksport do tego kraju w latach 2008-2015 to 25,3 mld dolarów, a oficjalny import, wg Norwegów, w tym okresie wyniósł 19,1 mld dolarów. Zginęło gdzieś aż 25 proc. naszej sprzedaży do tego kraju.

Jeszcze gorzej jest w przypadku państwa, z którym sąsiadujemy, ale jest on poza granicą Unii Europejskiej, czyli Ukrainy. Tutaj różnica wynosi ponad 31 proc., czyli przeszło 11 mld dolarów. Także i w przypadku Rosji i Białorusi różnice miedzy danymi polskimi a płynącymi z tych krajów wynosi odpowiednio 22 i 24 proc., a więc 3,4 i 14,5 mld dolarów!

Jeśli wziąć pod uwagę wyłącznie wysokość tych różnic w danych z poszczególnych krajów, widać, że największe dziury pojawiają się w wymianie handlowej Polski z sąsiadami. To potwierdza tylko tezę, że stoją za tym oszuści wyłudzający VAT na podstawie dokumentów o fikcyjnym eksporcie. Jak nieoficjalnie dowiedział się portal wgospodarce.pl, to właśnie państwa będące naszymi sąsiadami najczęściej wpisywane są do dokumentów przewozowych przez przestępców, którzy zajmują się karuzelami VAT-owskimi, których elementem jest fikcyjny eksport towarów.

Co ciekawe, są i różnice w drugą stronę. Na przykład polski eksport na Litwę – wg danych UN Comtrade – wyniósł w latach 2008-2015 niecałe 20 mld dolarów. Ale Litwini twierdzą, że kupili u nas towary za 22,5 mld dolarów. Różnica wynosi więc ponad 12 proc., tyle że dziura jest po stronie Litwy. Podobne – znaczące – różnice są w danych dotyczących naszej sprzedaży do Chorwacji („nadwyżka” po chorwackiej stronie na poziomie blisko 8,5 proc.), Finlandii (ponad 9 proc.), Rumunii (przeszło 7 proc.) oraz – uwaga – Chin (15 proc. „nadwyżki”) oraz USA (14,16 proc.).

Metodologia wszystkiego nie tłumaczy

Czy różnice między danymi z Polski a tymi, które płyną z innych krajów, mogą wynikać z innych powodów niż fałszerstwa związane z VAT? Oczywiście, mogą. Przede wszystkim część krajów traktuje nieco inaczej niektóre towary czy usługi niż polski GUS. Przykładem może być tzw. eksport uszlachetniający – my np. możemy wliczać całą wartość towaru, podczas gdy drugi kraj informuje wyłącznie o imporcie na poziomie wartości tego uszlachetnienia. Poza tym pewne różnice mogą być naturalne – ktoś mógł złożyć deklarację z opóźnieniem, mogą być odmienne okresy rozliczeniowe.

Dodatkowo – czego dowodem mogą być dane np. z Ukrainy – problem może być po drugiej stronie. Czyli towar wyjeżdża z Polski, jego eksport jest poświadczony przez polskie służby celne, ale już po drugiej stronie „znika” i informacje na jego temat już nie docierają do ukraińskiego urzędu statystycznego. A więc dziura w danych mogłaby być spowodowana zatajaniem danych o imporcie przez Ukraińcow.

Ale nawet skłonność do unikania podatków przez naszych sąsiadów ze wschodu i północy nie tłumaczy, skąd wzięły się różnice w danych z krajów Unii Europejskiej, jako że wszystkie raportują wg wymagań Eurostatu, a więc posługują się ujednoliconymi danymi. Potwierdza to sam GUS.

W przypadku obrotów z krajami UE nie powinno być zbyt dużych różnic. Obowiązuje nas taka sama metodologia. Pojawiające się niekiedy różnice mogą wynikać z odmiennych progów statystycznych obowiązujących w danym kraju, różnic kursowych lub przesunięć czasowych. Jeżeli chodzi o zaliczenie bądź niezaliczenie do obrotów, to różnicę może tworzyć reeksport – tłumaczy Karolina Dawidziuk, rzecznik prasowa prezesa GUS.

Ale ani kursy oraz progi statystyczne, ani kwestie reeksportu nie tłumaczą tego, czemu różnica w danych polskich i słowackich wynosi aż 30 proc., podczas gdy rozbieżność między danymi z Polski oraz Łotwy to zaledwie 1 proc. , w przypadku Belgii – niespełna 2 proc., a jeśli idzie o Włochy – to niespełna 0,6 proc. W ten sposób nie da się także wyjaśnić, czemu dziury w danych osiągały – w większości przypadków – szczytowe wartości w latach 2009-2013, ani czemu zaczęły się wyraźnie zamykać w roku 2016. Widać to na wykresach.

Trzeba zaznaczyć, że przy ich tworzeniu korzystaliśmy z bazy danych ITC, jako że strona UN Comtrade akurat odmówiła posłuszeństwa. Oba te źródła zawierają nieco inne dane, wiec są i różnice co do wartości polskiego eksportu do danego kraju i importu do tego kraju z Polski, ale efekt – czyli owe dziury w danych – są bardzo zbliżonej wielkości.

To wszystko oznacza, że dane o polskim eksporcie były od lat mocno zawyżane. Jeśli owe 400 mld zł różnicy wynika z wieloletniej działalności oszustów podatkowych, którzy deklarowali fikcyjny eksport, aby dostać nienależny zwrot VAT, to budżet mógł na tym stracić grube dziesiątki miliardów złotych. Przede wszystkim jednak dane o rosnącej sprzedaży zagranicznej mogą być fałszywe, a nadwyżka w obrotach handlowych Polski ze światem to po prostu fikcja.

CZYTAJ TEŻ: Zawsze znajdzie się ktoś, kto dokładnie policzy

Komentarze