Opinie

Fot.sxc.hu
Fot.sxc.hu

Ameryki samobójstwo na raty

Kazimierz Dadak

Kazimierz Dadak

Professor of Finance and Economics Hollins University

  • Opublikowano: 21 października 2013, 21:31

    Aktualizacja: 21 października 2013, 21:35

  • Powiększ tekst

Zaraz po ogłoszeniu przez Lehman Brothers bankructwa w 2008 r. administracja prezydenta Bush’a wystąpiła do Kongresu z wnioskiem o przyznanie jej 700 mld dolarów na zakup „toksycznych” papierów wartościowych. Na prawicy zawrzało, ponieważ projekt tej ustawy był w praktyce wystawieniem czeku in blanco bankierom, bez wątpienia bezpośrednim sprawcom zapaści sektora finansowego. Ów pakiet nie wymagał wprowadzenia żadnych zmian w zarządach instytucji finansowych, ani nie gwarantował odzyskania przez podatników tej ogromnej sumy.

Ku zdumieniu wszystkich, a ku oburzeniu elit, zdecydowana większość Republikanów w izbie niższej Kongresu nie poparła tego projektu. Ustawa przeszła dopiero po tym, gdy prezydent Bush zawarł porozumienie z Demokratami i zdołał „zachęcić” nielicznych Republikanów do zagłosowania „tak”. Cała sprawa została przyjęta przez konserwatywną większość jako zdrada – pieniądze podatnika zostały w praktyce przekazane na cele prywatne. Tym samym stworzono niebywale podatny grunt pod powstanie ogromnego ruchu oddolnego zwanego Tea Party.

Nazwa Tea Party nawiązuje do czasów tuż przed Rewolucją Amerykańską, gdy Koloniści niezadowoleni z ceł i podatków nałożonych przez rząd brytyjski urządzili tak zwaną Herbatkę Bostońską. Dla wielu Amerykanów wydarzenia z jesieni 2008 r dobitnie świadczyły o tym, że elity w Waszyngtonie przestały reprezentować ich interesy i że najwyższy czas na kolejną rewolucję.

Richard Fuld, były prezes Lehman Brothers, w latach poprzedzających bankructwo zarobił 350 mln dolarów. Podobnie prezes Merrill Lynch, największego domu maklerskiego, który doprowadził swą firmę na skraj bankructwa, dostał odprawę w wysokości 161 mln dolarów. Te fakty to tylko wierzchołek góry lodowej, uposażenie kadry zarządzającej bankami może przyprawić o zawrót głowy przeciętnego Amerykanina, a to właśnie ci fantastycznie opłacani ludzie rozłożyli gospodarkę USA na obie łopatki. 

Wybawienie banków z kłopotów finansowych kosztem podatnika było jednym z wielu powodów ruchu niezadowolenia na prawicy. Sytuacji nie poprawił np. artykuł słynnego inwestora, Warren’a Buffett’a, w którym domagał się sprawiedliwego opodatkowania. Podał on na swoim przykładzie, że mimo iż zarabia najwięcej w swojej firmie, to płaci najniższe podatki. W 2010 r. zapłacił on podatki na sumę prawie 7 mln dolarów. Ale kwota ta była równoważna tylko 17,4% dochodu. Inni pracownicy, zarabiający dużo mniej, w zapłacili podatki federalne w granicach 33-41% dochodów.

Zjawisko to wynika z tego, że dochód z pracy jest opodatkowany dużo wyżej niż dochód z kapitału. W pierwszym przypadku najwyższa stawka wynosi 35%, zaś w drugim tylko 15%. Co więcej, system podatkowy pozwala dyrektorom firm na zakwalifikowanie dochodu pochodzącego w istocie rzeczy z pracy jako dochodu z kapitału, stąd tak niewielki ciężar podatkowy w przypadku Warren’a Buffett’a. Prezydencka kampania wyborcza z roku 2012 nie zmieniła nastrojów przeciętnego obywatela. Kandydat Partii Republikańskiej, po wielu naciskach, wyjawił, że w 2011 r. przy dochodach w wysokości 13,7 mln dolarów. jego stopa podatkowa wyniosła tylko 14%.

Wielu członków Tea Party to libertarianie i nie w głowie im podwyższenie podatków, ale wydarzenia te potwierdziły to o czym wielu było od dawna przekonanych, system podatkowy jest wynikiem lobbingu i zwykły człowiek jest okradany przez waszyngtoński establishment.

Kwestie podatkowe to bynajmniej nie jest domena Partii Republikańskiej. Timothy Geithner, w latach 2009-12 sekretarz skarbu, odpowiednik polskiego ministra finansów, zapłacił zaległe podatki dopiero po tym gdy uzyskał nominację na to stanowisko. Mniej szczęścia miał inny Demokrata, były senator Tom Daschle, który z podobnego powodu nie został ministrem zdrowia i opieki społecznej. W ostatniej dekadzie niejeden kongresmen z obu partii utracił stanowisko, a kilku skończyło w więzieniu z tych samych przyczyn. Nic zatem dziwnego, że badania opinii publicznej od lat wykazują, że politycy cieszą niesłychanie niskim poważaniem.

Opodatkowanie przedsiębiorstw także pozostawia wiele do życzenia. Przepisy podatkowe są tak skonstruowane, że bardziej opłaca się zakładać fabryki za granicami, niż w USA. Giganty w rodzaju General Electric, Apple, czy Google korzystają z przeróżnego rodzaju ulg i furtek i płacą niewielkie podatki. Takimi przywilejami nie cieszą się drobni przedsiębiorcy i utrzymanie państwa w nieproporcjonalnie wysokim stopniu opiera się na ich barkach, Zatem, i w tym zakresie mamy do czynienia z patologiami występującymi w przypadku PIT. Póki sytuacja gospodarcza była dobra, to sprawy te uchodziły uwagi szarego obywatela, ale kryzys wpędził wielu w biedę i, tym samym, spotęgował poczucie niesprawiedliwości. 

W USA ruchy oddolne zawsze były silne i nie inaczej stało się tym razem. Patrioci, bo taki przydomek przyjęli członkowie ruchu Tea Party pokonali w prawyborach kilku weteranów establishmentu republikańskiego i potem wygrali wybory do Kongresu. Jednym z takich oddolnych kandydatów jest obecny senator ze stanu Kentucky, Rand Paul, syn jednego z założycieli Tea Party, Ron Paul’a. Rand Paul po wygraniu prawyborów wypowiedział słowa, które przyprawiły elity o lekkie dreszcze: „Tea Party mówi [do elit] jasno i dobitnie, bez ogródek, przybywamy, aby odzyskać władzę w naszym kraju”. W wyborach powszechnych Rand Paul walczył nie tylko z reprezentantem Partii Demokratycznej, ale i z establishmentem własnej partii – niemniej Patrioci wygrali. Rewolucja Tea Party zaczęła się na dobre.

Kolejnym ogniskiem zapalnym stała się ustawa o ubezpieczeniach zdrowotnych przeprowadzona przez Demokratów niedługo po wygraniu przez nich wyborów w roku 2008. Dla wielu członków Tea Party zupełnie nie do przyjęcia jest zawarty w tej ustawie nakaz nabycia ubezpieczenia. Jest to dla nich kolejny przykład arogancji elit, które nie szanują wolnego wyboru obywatela i, przy okazji, napędzają klientów prywatnym firmom ubezpieczeniowym. Co więcej, osoby nie będące w stanie nabyć ubezpieczeń będą dostawać subwencje, czyli będzie kolejna okazja do przelewania pieniędzy z kieszeni podatnika do prywatnej kieszeni.

Dla Patriotów, zwolenników ograniczonego rządu, kolejny wielki program opieki społecznej zarządzany przez Waszyngton jest niczym płachta na byka. Stąd ostatnia desperacka akcja senatora Cruz’a z Teksasu zablokowania finansowania działalności rządu i groźby zablokowania ustawy podwyższającej poziom długu publicznego, co nieuchronnie doprowadziłoby do niewypłacalności rządu USA i katastrofalnych tego skutków dla gospodarki światowej.

Tea Party nie posiada większości w Partii Republikańskiej i jej nie kontroluje. Siła tego ruchu to groźba wystawienia swoich kandydatów w prawyborach. W prawyborach bierze udział niewielka część członków partii, na ogół tylko ci najbardziej aktywni, a Patrioci właśnie do takich należą. Tea Party wykazała, że w prawyborach jest w stanie pokonać prawie każdego Republikanina i perspektywa walki z przedstawicielem Patriotów w prawyborach napełnia lękiem elity republikańskie. Stąd też znaczenie członków Tea Party w Kongresie jest daleko większe od liczby miejsc jakie w nim posiadają.

Wbrew rozlicznym komentarzom zarówno z prawa jak i z lewa, częściowe sparaliżowanie prac instytucji rządowych i doprowadzenie USA do skraju bankructwa jest wielką wygraną Tea Party. Patrioci wykazali swoim zwolennikom, że, w przeciwieństwie do innych polityków, nie rzucają słów na wiatr. Obiecali walkę z „Obamacare” i wszechogarniającą ingerencją państwa i słowa dotrzymali, podczas gdy członkowie establishmentu obiecują wyborcom złote góry, a potem robią to co chcą lobbyści. Od czasów Ronalda Reagana nikt nie cieszył się taką wiarygodnością jaką w oczach swoich zwolenników jaką cieszą się Patrioci.

W amerykańskiej polityce wielką rolę odgrywają pieniądza i tu leży siła establishmentu. Elity, które są głównym wygranym w obecnym systemie tak łatwo nie oddadzą zajętych pozycji. Najbliższe wybory wykażą, czy Tea Party utrzyma dotychczasową dynamikę, czy też odniesie skutek burza krytyki jaką lewicowy i prawicowy establishment kieruje pod jej adresem. Tea Party jest wyrazem wielkiego niezadowolenia, jakie panuje w Amerykańskim społeczeństwie, dla którego ostatnie dekady pod względem ekonomicznym nie były szczególnie pomyślne. Patrioci mają nikłe szanse na odniesienie zwycięstwa, ale ich oddolny nacisk może spowodować to, że establishment uzna utrzymanie obecnego status quo za niemożliwe i zainicjuje reformy, o których wielu mówi od dawna, np. w zakresie przepisów podatkowych. ale które są niemożliwe do przeprowadzenia ze względu na przemożne wpływy lobbystów w obu partiach. Bez tych zmian USA zaiste mogą skończyć tak jak i inne wielkie narody – upadną pod ciężarem własnego zadłużenia.           

Kazimierz Dadak

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych