Wypowiedział wojnę całemu aparatowi urzędniczo-skarbowemu III RP. Siedział bez wyroku w więzieniu, był dysydentem w rzekomo wolnym kraju. Teraz walczy z bezprawiem skarbówki - Zbigniew Stonoga nie poddaje się. I w wywiadzie dla wGospodarce.pl mówi co będzie dalej.

Arkady Saulski: Znany jest pan przede wszystkim z tego, że wywiesił transparenty na budynku Pana firmy w Warszawie, ale walka, którą Pan toczy, trwa od lat. Od czego się to wszystko zaczęło?

Zbigniew Stonoga: Cały dramat wiąże się z pieniędzmi – pieniędzmi powiązanymi ze światem biznesu i polityki. W roku 2002 zostałem umocowany do windykacji dłużników Koloseum albowiem Skarb Państwa udzielał rozlicznych gwarancji na działalność operacyjną konsorcjum finansowo-inwestycyjnego Koloseum Józefa Jędrucha. Byłem przekonany, że otrzymam materiały źródłowe wskazujące, że ktoś coś w Koloseum kupił i za to nie zapłacił, to będą obrazowały faktury, więc pójdę do sądu, zyskam nakaz zapłaty z którym pójdę do komornika i będę w ten sposób windykował ludzi związanych z biznesem. Okazało się, że Józef Jędruch, który miał okraść Skarb Państwa na 300 mln nowych polskich złotych „podzielił się” tymi pieniędzmi z rozlicznymi politykami zajmującymi w tamtym czasie liczne kluczowe stanowiska w państwie tytułem przedpłaty, zaliczki, zadatku, nie wiadomo na co i za co. Dowodem iż takie rzeczy istniały były odcinki zrealizowanych czeków gotówkowych, więc nie były to dokumenty kasowe, przelewy, tylko, jak mówię – czeki gotówkowe. A te czeki poszczególni politycy realizowali fizycznie w okienku bankowym. W ciągu dwóch miesięcy windykowałem kwotę 171 mln złotych i chwilę po tym zdarzeniu zostałem wysłany na placówkę do Niemiec. Kiedy wyjeżdżałem z Polski nie byłem osobą co do której wydano postanowienia postawienia zarzutów. Nie wiedziałem, że jakakolwiek prokuratura chciała mnie wzywać.

Kiedy Pan się dowiedział, że jest wyjęty spod prawa?

Kiedy siedziałem sobie przed komputerem i oglądałem wiadomości z Polski. Okazało się, że Zbigniew Stonoga to groźny przestępca poszukiwany listem gończym. Złodziej, bandyta, pedofil z Dworca Centralnego – naprawdę, takie zarzuty wobec mnie padały – i że jestem poszukiwany listem gończym, bo policja w Polsce nie może mnie namierzyć, choć Bóg mi świadkiem – ja się przecież nigdzie nie ukrywałem, nie byłem przestępcą.

Chciał Pan to wyjaśnić?

Tak – od razu wsiadłem do samolotu, przyleciałem do Polski i od razu udałem się do sądu, który rzekomo miał mnie poszukiwać za oszustwa. I trafiłem do aresztu, w którym spędziłem dwa lata i cztery miesiące. W trakcie pobytu w areszcie sprawa po sprawie – wszystko wobec mnie umorzono – nie było dowodów, znamion czynu zabronionego. Ja to akurat wiedziałem – zostałem zatrzymany bez powodu. I kiedy to wszystko się skończyło nagle pojawił się problem – jak Stonodze ustawowo umocować te dwa lata pozbawienia wolności? Ktoś wpadł na pomysł, że niby nie spłaciłem karty kredytowej, którą miałem w czasie zatrzymania – 19 tys. złotych i za ten czyn dowalono mi karę – 3 i pół roku bezwzględnego pozbawienia wolności a w wyroku zastosowano przepisy artykułu 64 czyli przepisy dla recydywistów, mimo, iż nigdy wcześniej nie odbywałem kary ani nawet nie toczyło się wobec mnie jakiekolwiek postępowanie.

Czyli został Pan skazany za to, że posiadał Pan wiedzę o pewnych kryminalnych działaniach znanych polityków?

Z więzienia zacząłem stosować podobne praktyki jak stosuję teraz – a więc skrajny brak kultury osobistej i chamstwa w wyrazistym przekazie do społeczeństwa. Udało się doprowadzić do tego, że prokurator generalny 26 marca 2006 roku wniósł kasację na moją korzyść a 25 lipca tego samego roku Sąd Najwyższy uznał tę kasację za uzasadnioną. Sąd Najwyższy był po wydaniu wyroku zobligowany do natychmiastowego zwolnienia mnie z więzienia, ale „zapomniał” przez pół roku wysłać nakazu zwolnienia do tego więzienia już po wydaniu wyroku. A więc siedziałem jeszcze pół roku bez jakiegokolwiek aktu prawnego umożliwiającego pozbawienie mnie wolności. Potem zostałem ponownie zatrudniony w strukturach Sejmu Rzeczpospolitej i zrehabilitowany z trybuny sejmowej – można to znaleźć w internecie.

Ale zajął się Pan ostatecznie już tylko biznesem?

Tak, od 2008 roku już się wyłączyłem z polityki. Handlowałem samochodami, byłem dilerem samochodowym – aut używanych.

I wtedy zaczęła się ostatnia sprawa.

Owszem – kupiłem nieruchomość. Podkreślam – nieruchomość, nie przedsiębiorstwo ani firmę, tylko nieruchomość w Zamościu – tam stał salon samochodowy. Kupiłem tę nieruchomość płacą podatek VAT i prawo pozwalało bym po zakupie zwrócił się z wnioskiem o zwrot VAT. A ja chciałem też być dilerem Fiata (bo wcześniej tam był właśnie diler Fiat) więc firma Fiat Auto Poland powiedziała mi „dobrze, ale pod warunkiem, że pan spłaci długi poprzedniego właściciela, bo inaczej nie możemy Panu pozwolić na tę działalność”.

To poprzednia firma, która miała nieruchomość? Była źle zarządzana i Pana działanie miało ocalić i firmę i miejsca pracy?

Tak – w związku z tym podpisałem porozumienie, spłaciłem ponad dwa miliony złotych długu firmy. I wziąłem się za dilerkę. Kiedy doszło do weryfikacji zasadności zwrotu to Urząd skarbowy uznał, że skoro ja spłaciłem długi poprzedniej firmy to również nie nabyłem nieruchomości tylko zorganizowaną część przedsiębiorstwa i stawka jaką powinien być objęty akt notarialny powinna wynosić „zwolniony” a nie „23 proc.”. W związku z tym pieniądze poszłyby na konto Urzędu Skarbowego to powiedziałem – ok., nie zwracajcie mi tych pieniędzy w trybie ustawowym, ale proszę mi zwrócić nadpłatę nienależną Waszemu dłużnikowi.

Ale to tylko doprowadziło do utrudnienia sytuacji – teraz Urząd Skarbowy nic nie odpowiedział.

Nic. Do dziś nie mam żadnej decyzji, opinii. Ja nie mam żadnego narzędzia z którym mógłbym pójść do sądu. W międzyczasie spotkało mnie wiele jak na jedną osobę „przypadków” – a to komornik rozebrał mi wiatę, a to stało się coś innego. Cała akcja, którą teraz rozpocząłem, z Audi oklejonym napisem „Pierydolę fiskusa”, ma na celu zwrócenie uwagi na mój dramat – media nie są nim zainteresowane, ignorują ten temat, uważają, że tak nie było – z moją przeszłością, nielegalnym więzieniem i 114 uniewinnieniami, więc kupiłem Audi, nakleiłem te naklejki i robię burzę.

Ale co dalej?

Po prostu przed wyborami sejmowymi ujawnię kwity – kto z polityki wziął łapówkę od Jędrucha i ile, i przekażę komu trzeba. Plus przekażę premierowi na wzmocnienie obronności państwa czołg Rudy 103, w ładnym, niebieskim kolorze, bo państwo widać bez okradania obywateli samo się nie utrzyma.

Nie mając żadnej decyzji Urzędu Skarbowego jest Pan pozbawiony możliwości działania. Rozumiem, że nawet negatywna decyzja by Pana zadowoliła?

Tak! Oczywiście! Każda decyzja – pozytywna, negatywna, każda umożliwia mi dalsze prawne działanie. Musiałem zwalniać pracowników, sprzedać firmę. Załóżmy nawet taką hipotezę, że Stonoga chciał wyłudzić VAT, to z taką oprawą medialną jaką zrobił Stonoga powinien od dawna siedzieć w pudle.

Co chciałby Pan powiedzieć tym, którzy doprowadzili do tej sytuacji, gdyby ich Pan spotkał?

Powiedziałbym im krótko: Ja wam skurwysyny nie odpuszczę.

Rozmawiał Arkady Saulski.