Informacje

fot. FreeImages.com/Ross Brown
fot. FreeImages.com/Ross Brown

Podatek od handlu: kto straci, a kto skorzysta?

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, w 2019 roku otrzymał Nagrodę im. Władysława Grabskiego przyznawaną przez Narodowy Bank Polski najlepszym dziennikarzom ekonomicznym w kraju

  • 21 lipca 2016
  • 11:08
  • 0
  • Tagi: biznes dyskonty gospodarka handel handel detaliczny podatek sklepowy podatki sieć franczyzowa
  • Powiększ tekst

Podatek od handlu ostatecznie został wprowadzony. Jakie jednak będą jego skutki? Kto odczuje tę daninę najmocniej? Sklepy wielkopowierzchniowe, drobni handlarze czy może klienci? Na te pytania odpowiada w wywiadzie dla wGospodarce.pl Michał Dębowski - komentator ekonomiczny, lider Klubu Austriackiej Szkoły Ekonomii w Gdańsku, członek Stowarzyszenia KoLiber.

Arkady Saulski: Sejm uchwalił ustawę o podatku od sprzedaży detalicznej, która przewiduje dwie stawki tej daniny - 0,8 proc. od przychodu między 17 mln zł a 170 mln zł miesięcznie i 1,4 proc. od przychodu powyżej 170 mln zł miesięcznie. Kwota wolna od podatku w skali roku będzie więc wynosić 204 mln zł. To kolejne podejście do owego podatku. Poprzednie, kiedy debatowano nad tzw. podatkiem dla hipermarketów, zakończyło się wycofaniem rządu z projektu. Czy ten nowy przyniesie dla budżetu oczekiwane zyski?

Michał Dębowski: Pierwotne założenia rządu mówiły o 3 mld złotych wpływów w skali roku. Po uzgodnieniach międzyresortowych Ministerstwo Finansów zrezygnowało jednak z większości kontrowersyjnych elementów ustawy, takich jak wyższe stawki dla handlu w niedziele i święta, opodatkowanie sprzedaży internetowej czy pobieraniu podatku od sieci franczyzowych. Wraz ze zmianą stawek oraz progów podatkowych przełożyło się to na finalne 1,5 mld złotych przewidywanych rocznych wpływów. Tyle przynajmniej zakłada rząd, zalecam jednak sceptycyzm w tej kwestii.

CZYTAJ TEŻ: Podatek od handlu: rząd chce wyjść z twarzą z nieudanego projektu?.

Pamiętając o przeszacowanych oczekiwaniach rządu co do wysokości wpływów z podatku od aktywów finansowych, możemy spodziewać się, że także podatek od sprzedaży detalicznej będzie przedmiotem kreatywnej optymalizacji ze strony podatników. Przypomnijmy, że w planach rządu podatek "bankowy" miał przynieść budżetowi 5,5 mld złotych rocznie, tymczasem z ankiety przeprowadzonej w bankach przez KNF wynika, że przez pierwsze cztery miesiące banki zapłaciły 1,17 mld złotych podatku, a miesięczne zmiany jego wielkości są nieznaczne.

Jeśli ten trend się utrzyma, to w ciągu roku wpłynie od banków nieco ponad 3,5 mld złotych - niecałe dwie trzecie tego, co rząd planował. Banki szybko wypracowały szereg rozwiązań pozwalających na legalne, przewidziane w ustawie unikanie opodatkowania.

CZYTAJ TEŻ: Polski handel umiera, czyli o co chodzi z tym podatkiem sklepowym.

Podobnie rzecz może się mieć z podatkiem od handlu. Już teraz w mediach pojawiają się doniesienia o działaniach sieci handlowych wyprzedzających ustawodawcę. Na przykład polska sieć sklepów Media Expert założyła w ostatnim czasie prawie 300 spółek z o.o., dzięki czemu rozmieniona na drobne ma szansę nie płacić podatku w ogóle lub płacić go znacznie mniej. Jestem przekonany, że handlowcy znajdą też inne sposoby na unikanie opodatkowania. Warto nadmienić, że podatek od sprzedaży detalicznej będzie stanowił koszt uzyskania przychodu na potrzeby wyliczenia wysokości podatku dochodowego. Dlatego do zakładanych 1,5 mld złotych rocznie podchodzę z wielką rezerwą.

Rząd potrzebuje wpływów do budżetu i szuka ich wszędzie - stara się przy tym nie uderzać w kieszenie "zwykłych Polaków". A może takie rozumowanie jest fałszywe, a Polacy i tak ucierpią wskutek nowych danin, pierwotnie nakładanych na inne grupy?

Zacznijmy od tego, że podatek jest kosztem, więc aby zachować rentowność na niezmienionym poziomie, sprzedawca będzie musiał albo podnieść ceny, albo ciąć koszty. Wszystkich cen nie da się podnieść, bo różne dobra mają różną elastyczność popytu i z niektórych konsument może po podwyżce zrezygnować, ale inne będą nabywane nawet po znacznym zwiększeniu cen (np. żywność).

Oprócz - zapewne niewielkich - podwyżek cen sprzedawcy będą też zatem ograniczać zatrudnienie, nowym pracownikom proponować niższe wynagrodzenie, a obecnym mniejsze pakiety socjalne i premie. Jeśli rentowność w dalszym ciągu będzie niewystarczająca, ograniczą też otwieranie nowych placówek oraz nakłady inwestycyjne, powoli wycofując się z rynku.

CZYTAJ TEŻ: 5 mitów o podatku sklepowym, które trzeba obalić.

W efekcie w kraju ograniczony zostanie nie tylko popyt wewnętrzny (niższe płace, droższe produkty), ale też konkurencja (znów droższe produkty i gorszej jakości), a na tym ucierpią najbardziej ludzie najbiedniejsi, dla których niewielkie nawet zmiany cen mocno biją po kieszeni. Wielu z nich znajduje przecież także zatrudnienie właśnie w sklepach wielkopowierzchniowych.

Przy poprzednim podejściu do podatku handlowego największy opór widać było ze strony małych sklepów, drobnych handlowców i kupców. Jak teraz będzie wyglądać ich sytuacja?

W porównaniu do wcześniejszej wersji ustawy zwiększona została kwota wolna od opodatkowania, więc mali przedsiębiorcy będą w trochę lepszej sytuacji niż to wynikało z zapowiedzi. Nie oznacza to jednak, że podatek przyczyni się do "wyrównania szans", tak jak to było argumentowane w uzasadnieniach orędowników wprowadzenia tej daniny.

Wbrew deklarowanym intencjom ustawodawcy najwięcej na całym zamieszaniu skorzystają średniej wielkości dyskonty handlowe oraz sieci franczyzowe. Ich model zarządzania już teraz skutecznie konkuruje z największymi graczami na rynku, a jednocześnie dzięki oddzielnemu naliczaniu podstawy opodatkowania dla każdej spółki, sieci jako całość będą obciążone podatkiem w podobnym stopniu co mali gracze, przez co będą mogły konkurować z nimi cenowo.

Argumentuje się też przeciwko temu podatkowi inaczej, twierdząc, że doprowadzi do polaryzacji rynku (sporu na linii hipermarkety - drobni kupcy). Ale ten spór chyba już istnieje?

Spór między drobnymi kupcami a hipermarketami rzeczywiście dostrzegalny jest od dłuższego czasu, co wynika z dynamicznego rozwoju rynku handlu w Polsce i jest zrozumiałe, bo ostra konkurencja ze strony większych podmiotów ma prawo frustrować lokalnych przedsiębiorców. Spodziewana dalsza polaryzacja rynku będzie zasadzać się także na całkowicie zrozumiałym niezadowoleniu dużych sklepów z powodu nierównego obciążenia podatkiem. W istocie progresywne stawki opodatkowania wraz z wysoką kwotą wolną są formą dyskryminacji.

Przewiduje Pan wniesienie sprawy podatku handlowego na forum Trybunału Sprawiedliwości UE?

Jest to niemal pewne. Sprawą już interesuje się organizacja EuroCommerce, konfederacja organizacji narodowych, zrzeszająca środowiska handlu detalicznego, hurtowego i zagranicznego, która wcześniej skutecznie zaskarżyła podatek handlowy na Węgrzech. To właśnie dyskryminacja niektórych podatników skłoniła Trybunał Sprawiedliwości UE do obalenia węgierskiego podatku. W 1988 roku podatek obrotowy wprowadziła też Dania, ale po czterech latach został on uznany za niezgodny z prawem unijnym i musiał zostać wycofany.

Niektórym krajom unijnym udało się wprowadzić podatki obrotowe bez naruszania prawa wspólnotowego. Tak stało się we Włoszech i w niektórych krajach związkowych Austrii, gdzie podatek obrotowy płaci się od usług turystycznych.

Komentarze