Informacje

Bruksela chce ograniczyć wolny rynek

Zespół wGospodarce

Zespół wGospodarce

Portal informacji i opinii o stanie gospodarki

  • Opublikowano: 25 sierpnia 2017, 08:53

    Aktualizacja: 25 sierpnia 2017, 09:15

  • Powiększ tekst

Zaproponowane przez Komisję Europejską przepisy budzą wielkie emocje. I zaszkodzą UE

W ub. roku Komisja Europejska przedstawiła propozycję nowelizacji dyrektywy z 1996 r. w sprawie delegowania pracowników w UE. Najważniejszą proponowaną zmianą jest wprowadzenie zasady równej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu. Oznacza to, że pracownik wysłany przez pracodawcę tymczasowo do pracy w innym kraju UE miałby zarabiać tyle, co pracownik lokalny za tę samą pracę.

W tej wersji, która jest teraz proponowana, dyrektywa o pracownikach delegowanych godzi w swobodę przepływu osób, a więc także w swobodę przepływu pracowników - powiedział europeista dr hab.Piotr Wawrzyk.

Jego zdaniem, można uznać, że projekt dyrektywy jest w pewnym sensie zaprzeczeniem idei wolnego rynku, możliwości podejmowania pracy, gdzie się chce, na warunkach jakie się ustali z pracodawcą.

Zgodnie z projektem Komisji Europejskiej, pracownik delegowany będzie otrzymywał nie tylko taką samą płacę jak w UE, ale także inne obowiązkowe składniki wynagrodzenia, takie jak premie czy dodatki urlopowe. Gdy okres delegowania przekroczy dwa lata, pracownik delegowany - zgodnie z propozycją KE - byłby objęty prawem pracy państwa goszczącego.

Francja, wspierana przez kilka innych zachodnich krajów, forsuje ograniczenie delegowania do 12 miesięcy. Obecne rozwiązanie, zgodnie z którym firma płaci składki na świadczenia społeczne od delegowanych pracowników według stawek kraju pochodzenia, prezydent Francji Emmanuel Macron i wielu innych polityków na Zachodzie nazywają „dumpingiem socjalnym”.

Wawrzyk zauważył, że propozycja nowelizacji dyrektywy jest działaniem w interesie dużych krajów, które mają bardzo wysokie koszty pracy i nie mogą się pogodzić z tym, że pracują u nich osoby z państw, w których te koszty pracy są niższe.

Europeista tłumaczył, że do przyjęcia dyrektywy w tej sprawie wystarczy tzw. większość kwalifikowana, „czyli państwa Europy Środkowo-Wschodniej same nie mają możliwości zablokowania tej decyzji”.

Jednocześnie Wawrzyk podkreślił, że dyrektywa nie podoba się wielu krajom i jest w interesie wyłącznie najbogatszych krajów Europy Zachodniej.

W związku z tym jest dążenie z obu stron do zawarcia kompromisu, bo przyjęcie tej dyrektywy na siłę, przegłosowanej wbrew woli takich krajów jak Polska czy inne z Europy Środkowo-Wschodniej sprawiłoby, że po prostu te kraje nie byłyby w stanie jej realizować, albo - inaczej mówiąc - wzrosłyby nastroje eurosceptyczne w tych krajach - powiedział.

Zapytany o konsekwencje wprowadzenia dyrektywy w proponowanym kształcie w Polsce, przyznał, że „polscy pracownicy straciliby po prostu pracę”.

Weźmy pod uwagę, że samych pracowników delegowanych w tej chwili pochodzących z Polski jest około 430 tysięcy. To pokazuje skalę problemu - mówił Wawrzyk.

MS, PAP

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych