Opinie

Fot. Andrzej Wiktor
Fot. Andrzej Wiktor

"Gazeta Bankowa": Spalony bankier

Wojciech Surmacz

Wojciech Surmacz

Redaktor naczelny wGospodarce.pl i Gazety Bankowej

  • 19 czerwca 2014
  • 16:16
  • 12
  • Tagi: banki bankier finanse lewica Peter Vogel prokurator prokuratorzy prokuratura sąd służby specjalne Szwajcaria
  • Powiększ tekst

Zdradzony, uwięziony i złamany przez służby „kasjer lewicy”, czyli szwajcarski bankier Peter Vogel, ujawnia kulisy swojej działalności w Polsce w wywiadzie dla "Gazety Bankowej". Rozmawia Wojciech Surmacz

W warszawskim sądzie okręgowym trwa proces w sprawie słynnego lobbysty Marka Dochnala. Oskarżany jest o sprzeniewierzenie 25 mln dolarów, które dostał od Lakshmi Mittala, jednego z najbogatszych biznesmenów na świecie, za pomoc w zakupie Polskich Hut Stali (PHS). Obok Dochnala na ławie oskarżonych zasiada również pan – legendarny „kasjer lewicy”. W aktach sprawy padają nazwiska znanych biznesmenów, polityków, prezydentów, premierów. Wydawałoby się, że sala sądowa będzie pękać w szwach, że media was zjedzą. A tu cisza. O co chodzi?

Spróbuję odpowiedzieć w ten sposób: proces dotyczy skomplikowanej natury gospodarczo-handlowej w zupełnie innym kraju. A zdążyliśmy się przyzwyczaić w okresie ostatnich 10 lat, że wiele bardzo głośnych spraw, które były sygnowane jako przekręty stulecia, kończyły się czymś, co można lapidarnie określić „z wielkiej chmury mały deszcz”.

To raczej świadczy o nieskuteczności polskich organów ścigania, słabości polskiego państwa...

Nie będę w sposób jednoznaczny oceniał teraz działań tych organów. Natomiast powiem tak: jednym z podstawowych elementów, na podstawie którego toczy się proces Dochnala, było przede wszystkim głośne hasło: „pranie brudnych pieniędzy” w kontekście prywatyzacji Polskich Hut Stali. Po prawie 10 latach postępowania prokuratura wycofuje się z tego, trzymając się kurczowo zarzutu sprzeniewierzenia, nawet nie kradzieży, tylko sprzeniewierzenia 25 mln dolarów, które Dochnal otrzymał za doradztwo przy prywatyzacji PHS. To nadaje zupełnie innego wymiaru gatunkowego całej sprawie, bo zamiast przekrętu z politykami i pieniędzy – nie wiadomo, jakiego pochodzenia w tle – mamy do czynienia z czysto gospodarczym ustaleniem faktu, czy doszło do sprzeniewierzenia, na co istnieje jasna odpowiedź prokuratury szwajcarskiej, że nie doszło albo mogło dojść, ale o tym musi zadecydować polski sąd. Wszystko się dramatycznie spłyciło. Ale postępowanie przed polskim sądem trwa. Sęk w tym, że w tej konkretnej sytuacji zarzut karny, tzn. przywłaszczenie, musi być także zarzutem karnym w Szwajcarii. Takie przestępstwo jest ścigane z urzędu w Szwajcarii, a tam badający od 10 lat prokurator szwajcarski Peter Huenig nigdy nikomu nie przedstawił żadnego zarzutu!

Ile transakcji podobnych do tej pomiędzy Dochnalem i Mittalem obsługiwał pan w banku Coutts?

Co najmniej kilka w miesiącu. Na znacznie poważniejsze kwoty i w znacznie bardziej skomplikowanych warunkach.

W Polsce?

Też, ale nie tylko.

I tak to pana irytuje, że polscy prokuratorzy nie potrafią panu udowodnić winy w jednym, małym dealu?

O winie, jak pan wie, decyduje sąd!

No to przestępstwa. Jeśli go nie było, to dlaczego pan siedział? Sześć lat temu, po pierwszych wyborach wygranych przez Platformę Obywatelską, został pan zatrzymany i na rok zamknięty w więzieniu. Co było prawdziwym powodem?

To było rok po wyborach parlamentarnych. Media były rozgrzane doniesieniami o kontach polskich polityków i biznesmenów w szwajcarskich bankach, na których znajdowały się rzekomo nielegalne pieniądze, którymi z kolei zarządzali ludzie mojego pokroju, oczywiście w bardzo pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Warto przypomnieć, że ta „afera” wybuchła w 2005 roku, a sprawa Dochnala rok wcześniej. Wyeksponowanie mojego nazwiska nie było przypadkowe.

Był pan po prostu używany w kampaniach wyborczych.

Jako mięso armatnie.

Rozgrywano pana przeszłość, koneksje...

Wszystkie historie były budowane w oparciu o moją przeszłość – i niedowierzanie, że człowiek z takim życiorysem może żyć normalnie. W domyśle: było zlecenie służb.

Trafił pan do aresztu tylko w kontekście Dochnala?

Tylko. Ale już wtedy Prokuratura Apelacyjna w Katowicach wiedziała od prokuratury szwajcarskiej, że mój udział w sprawie Dochnala nie nosił znamion przestępstwa w Szwajcarii. Mimo to zostałem aresztowany właśnie z takimi zarzutami. Naczelnik wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej katowickiej prokuratury, pan Zbigniew Pustelnik oświadczył, że jeżeli opowiem wszystko, co wiem na temat Dochnala i ewentualnych nieprawidłowościach w jego działalności biznesowej, to spojrzy łaskawym okiem na zmianę środków zapobiegawczych.

Czyli wypuści pana z więzienia?

Tak. W tym samym czasie docierały do mnie informacje o tym, jakich wiadomości udzielił prokuraturze Dochnal na mój temat. Wszystko było wyssane z palca. Był tak samo rozgrywany jak ja. Nie miałem żadnego zobowiązania moralnego, żeby zachować się inaczej.

Obaj zostaliście klasycznie rozpracowani.

Przyjmuję z dużą dozą prawdopodobieństwa, że tak. W moim przypadku odbyła się seria przesłuchań na zasadzie „mów wszystko, co wiesz na temat Dochnala”. Dostałem do ręki kodeks karny, żebym sobie mógł, czytając w celi, dopasowywać przestępstwa Dochnala do poszczególnych paragrafów. Punkt po punkcie, dzień po dniu. Trwało to chyba ze dwa tygodnie. W końcu dotarliśmy do ściany. Nie miałem nic więcej do powiedzenia. Wtedy z ust prokuratorów Adama Rocha i Sebastiana Chmielewskiego usłyszałem: no dobrze, to teraz mamy swoje pytania... Walili nazwiskami polityków i biznesmenów, nazwami ich kont. Domagali się bardzo precyzyjnych informacji.

Szukali haków?

Tak.

Skąd wiedzieli, o kogo pytać?

W 85 proc. od mojego przyjaciela, nieżyjącego już adwokata Ryszarda Kucińskiego.

Arcyciekawa postać, ale dokończmy wątek haków.

No więc wiedzieli, o co pytać, i dowiedziałem się, że Dochnal to za mało i muszę jeszcze odpowiedzieć na nowe pytania. Odmówiłem. Drzwi się w celi zatrzasnęły, klucz się przekręcił w zamku, i tyle ich widziałem. Wtedy podjąłem decyzję rozegrania wszystkiego na własny rachunek. Złożyłem zawiadomienie do szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Mariusza Kamińskiego o tym, że mam informacje na temat dużej afery korupcyjnej. Zakładałem, że to będzie mocna karta przetargowa.

A politycy często szukali u pana haków na konkurencję?

Nazwijmy to po imieniu, żeby nie robić niepotrzebnej sensacji. Politycy nigdy osobiście do mnie nie przychodzili. Przychodzili wysłannicy. Najczęściej mecenas Kuciński.

Ten sam adwokat, który przez wiele lat obsługiwał redakcję „Pulsu Biznesu”, przemycał Dochnalowi grypsy, w butach, podczas więziennych widzeń. Potem był adwokatem Andrzeja Leppera. Zmarł nagle na zawał w maju 2011 roku. Dzisiaj się okazuje, że był typową wtyką służb. Ale był też ojcem chrzestnym pańskiego dziecka. Przyjaźniliście się?

To była jedna z niewielu osób z Polski, z którymi się naprawdę zżyłem. Poznaliśmy się w 1994 roku, kiedy Kuciński był jeszcze prokuratorem. Specjalizował się w operacjach giełdowych. Sporo mu pomagałem w kontekście tłumaczenia przepisów międzynarodowych o praniu brudnych pieniędzy etc. Kilka razy zapoznał mnie z ciekawymi osobami. Potem gdy już został adwokatem, mój bank miał pewne problemy prawne z nieuczciwymi klientami w Polsce. Potrzebowaliśmy pełnomocnika. Tego typu współpraca z bankiem oznaczała bezpośredni dostęp do informacji banku. Trudno powiedzieć, kiedy Kuciński przeszedł na drugą stronę. Odnoszę wrażenie, że doszło do tego, zanim wybuchła afera Dochnala. Kuciński miał sporo informacji absolutnie wrażliwych i te informacje były przekazywane gdzieś... Typuję ABW. Po pierwsze: z tego co wiem, jednym z klientów Kucińskiego był Paweł Pruszyński, zastępca szefa ABW za rządów Leszka Millera. To już daje pewną wizję połączeń, które wykorzystywane były przeciwko mnie. To boli. Myśmy rzeczywiście byli mocno zaprzyjaźnieni.

Myśli pan, że Kucińskiego odwrócono? Może od początku znajomości był pana „aniołem stróżem”?

Wiem, dlaczego Kuciński opuścił prokuraturę, i wiem, że zarzut korupcyjny przyjęcia pieniędzy, który mu wtedy postawiono, nie był wyssany z palca. Wiem też, że informacje przekazywane przez klientów Kucińskiemu trafiały równolegle do innego źródła. Dochnal też twierdzi, że wiele informacji, które on przekazał Kucińskiemu, trafiły w nieodpowiednie ręce. Kuciński niestety odegrał niechlubną rolę w dziejach warszawskiej palestry. W 2004 roku był nakaz jego aresztowania, który w niewyjaśnionych okolicznościach został odwołany. Pewnie wtedy poszedł na całość.

W areszcie dowiedział się pan, że Kuciński zdradził?

W więzieniu usłyszałem informacje, które mogły pochodzić tylko od niego.

To był typowy areszt wydobywczy?

Nawet więcej. Chociaż nie mogę narzekać, bo nie byłem poddany torturom fizycznym jak księgowa Dochnala.

Niech pan sobie nie żartuje.

A jak nazwać zatrzymanie kobiety w 9. miesiącu ciąży, a następnie przesłuchiwanie jej w trakcie akcji porodowej? Natomiast mnie pokazano prywatną korespondencję, którą prokuratura zabezpieczyła pomiędzy Dochnalem i Zbigniewem Ćwiąkalskim, ówczesnym ministrem sprawiedliwości, z której wynikało, w jak dobrych i przyjacielskich relacjach ci panowie pozostawali. Usłyszałem, że Dochnalowi nawet takie relacje nie pomagają, bo siedzi już kilka lat, i żebym się też na to przygotował. To była demonstracja siły.

Wiedział pan, że do mediów przeciekały informacje, że „sypnął” pan Solorza?

Prokuratorzy skrzętnie mi pokazywali te wszystkie publikacje o tytułach „Vogel zaczyna sypać” itd. Oczywiście.

Dlaczego pan zdecydował się na współpracę akurat z CBA?

Po tym jak zostałem wyśmiany przez Pustelnika, wiedziałem, że CBŚ, które mu było podporządkowane, odpada i muszę szukać pomocy gdzie indziej. Na pewno nie w Ministerstwie Sprawiedliwości, bo tu mieliśmy historię z Ćwiąkalskim. Wcześniej się dowiedziałem, że ABW boi się panicznie kontaktów ze mną. Nie wiem, czy w kontekście relacji Dochnala z tymi służbami, czy też z tego powodu, że to ABW stała za fingowaniem afery Dochnala. Tak czy inaczej, zostawało tylko CBA jako służba, która powstała od postaw i nie miała zahaczeń w starych służbach.

Jakie wrażenia miał pan po kontakcie z CBA?

Byli zainteresowani. Na początku mi nie wierzyli, ale gdy usłyszeli konkrety, musieli spasować. Powiedziałem, że warunkiem współpracy jest zwolnienie mnie z aresztu. „Nie ma sprawy. Załatwimy” – usłyszałem. Niestety, jak się później okazało, panowie z CBA się przeliczyli. Wszystko się zaczęło przeciągać. W międzyczasie umarła mi mama. CBA umożliwiło mi obecność na pogrzebie. Zorganizowali znacznie więcej, niż oczekiwałem, żeby zdobyć moje zaufanie. Dali mi poczucie posmaku wolności, bycia z rodziną. Nie chcę mówić o szczegółach. Natomiast w tym samym czasie w prokuraturze też zaczęło się dziać coś nowego. Zaproponowano mi status świadka koronnego. Roch i Chmielewski powiedzieli, że CBA może skoczyć na księżyc, a oni i tak mnie nie zwolnią. I znowu zaczęli pytać.

Znowu haki?

Jak najbardziej. Wtedy już mi było wszystko jedno i powiedziałem, że idę na wszystko. Po dwóch tygodniach intensywnych zeznań usłyszałem, że materiał, który przekazałem prokuraturze, nie nadaje się na status świadka koronnego. Zaproponowano mi małego świadka koronnego.

Jak to zmieniało pana sytuację?

Zmieniało o tyle, że świadek koronny nie podlega odpowiedzialności karnej, a mały tak. W moim przypadku nie miało to znaczenia, bo nie mogło być mowy o odpowiedzialności karnej. Moje informacje dotyczyły klientów banku, a nie osób zamieszanych w jakieś przekręty. Wcześniej została im nadana klauzula „ściśle tajne”, co po odejściu od statusu świadka koronnego zostało od razu zniesione. Ale to było wciąż niewystarczające dla prokuratorów, którzy po raz kolejny powiedzieli mi: „za mało”. Wtedy prokurator Roch powiedział, że mnie uwolnią, jak się wycofam z oświadczenia, że istnieje dokument, który potwierdza całkowitą legalność zaksięgowania środków na prywatnym rachunku Marka Dochnala, jeśli chodzi o prywatyzację PHS. Po złożeniu takiego oświadczenia prokuratura uchyliła mi areszt. Nie sąd.

Skłamał pan?

Musiałem. Miałem dość. Ale ten dokument za chwilę się pojawi w aktach sprawy i zdemoluje linię całego oskarżenia.

Jak się zakończyła współpraca z CBA? To prawda, że miał pan dostać 200 tys. euro?

Było wiadomo, że dla CBA potwierdzeniem wiarygodności moich słów będzie dokumentacja bankowa, która czarno na białym pokazywała, kto dla kogo i za ile doprowadził do takiego, a nie innego wyniku przetargu.

Chodziło o korupcję przy przetargu i dostawie taboru kolejowego dla Metra Warszawskiego?

Tak. Bez tych dokumentów wszystkie moje rewelacje były palcem na wodzie pisane, chociaż nazwiska, daty i sumy robiły wrażenie. Udokumentowanie wszystkiego było możliwe, ale kosztowało. CBA wiedziało, że za te dokumenty muszę zapłacić określoną kwotę pieniędzy. Co prawda na tym etapie współpracy nie było o tym mowy, ale w kontekście wszystkich rozmów było oczywiste, że oni to skompensują. Tak czy inaczej, dokumenty dotarły.

Pan zapłacił?

Nie dostałbym tych dokumentów, gdyby pieniądze nie zostały wyłożone na stół. Już po wyjściu z aresztu, jak Kamiński został katapultowany z fotela, dowiedziałem się, że wszystkie moje dawne ustalenia, które poczyniłem z CBA uzyskały aprobatę nowego szefa Pawła Wojtunika. Na spotkaniach z nową ekipą postawiłem sprawę na ostrzu noża – najpierw uregulujcie zobowiązania, potem zobaczymy. Usłyszałem, że są mi w stanie zapłacić 20 tys. zł. To było żenujące. Odmówiłem i na tym się skończyło.

Śmierć matki, zdrada przyjaciela, przecieki, gruźlica...

Idiotyczna historia. Współwięzień mnie zaraził. Kolejna forma wywierania presji...

Czuje się pan ograny?

Dałem się wmanewrować w sytuację bez wyjścia, chcąc ugrać swoje. Pozwoliłem się ograć w grze równoległej prokuratury, wymiaru sprawiedliwości i ABW.

A WSI?

Odniosę się do sytuacji z roku 1999, kiedy zostałem poproszony przez słynną „Anię z Zielonego Wzgórza”, czyli panią redaktor Annę Marszałek, która pracowała wtedy w dzienniku „Rzeczpospolita,” o zajęcie stanowiska wobec materiału, który przygotowuje na mój temat. Wtedy Anna Marszałek, mimo że w banku Coutts przepracowałem raptem rok, posiadała wszystkie informacje na temat mojej przeszłości, mojej aktualnej pozycji, moich wcześniejszych działań biznesowych w Polsce i poza Polską. Stwierdziła, że to będzie absolutny artykuł bomba i że go za chwilę opublikuje. Materiał nigdy nie został opublikowany. Kto wpłynął na bardzo popularną w owym czasie panią redaktor? Już wtedy musiałem być pod specjalnym nadzorem służb.

Nie wcześniej? Medialna wersja pana życiorysu mówi, że został pan zwerbowany przez służby za czasów PRL-u i dzięki nim zrobił pan karierę w Szwajcarii. Generalnie był pan cały czas prowadzony.

Ta wersja nie znajduje nawet śladowego poparcia w dokumentacji Instytutu Pamięci Narodowej.

Przecież mógł pan pracować dla wywiadu niemieckiego lub sowieckiego. Konia z rzędem temu, kto znajdzie pańskie akta w Niemczech czy Rosji.

Do pewnego czasu miałem swoje korzenie tylko w Polsce. Wszystko jest udokumentowane. Na każdy element swojego życiorysu zawodowego, za granicą także, mam wiarygodne dokumenty. Nie będę udowadniał, że nie jestem wielbłądem.

Wyklucza pan całkowicie wpływ służb na swoje życie?

Jeżeli chodzi o moją karierę zawodową, to w 100 proc. wykluczam. Natomiast nie mogę wykluczyć, że od pewnego momentu byłem w zainteresowaniu służb. Nigdy nie miałem świadomego ani nieświadomego kontaktu ze służbami. Wyjątkiem jest tutaj mecenas Kuciński. Najpierw jednak udowodnijmy, że Kuciński był agentem.

Wystarczy, że był tajnym współpracownikiem. A pana ojciec i historia pana wyjazdu za granicę w trakcie przerwy w odsiadywaniu wyroku za zabójstwo?

Wiem z akt IPN mojego ojca, że poświadczył, że syn wyjeżdża za granicę i wróci. Nie wróciłem.

Pański ojciec miał wysoką pozycję w PRL-u.

Jako dyplomata wyjechał w latach 60. na placówkę do Pragi, składał raporty do tzw. wydziału białego wywiadu, tak jak robił to chociażby Andrzej Olechowski. Kontakty mu pozostały. Gdy byłem w Szwajcarii, mój ojciec wypisywał jakieś farmazony na ten temat. Jest notatka w jego aktach o bezużytecznym materiale i zakończeniu współpracy.

A pana dawny bliski współpracownik Sławomir Kempa? Głośno się o nim zrobiło, gdy polska prasa doniosła, że prał u pana w banku pieniądze z łapówek dla polskich polityków i funkcjonariuszy tajnych służb. Potem wraz z Bogusławem Bagsikiem i Meirem Brandwaimanem, oficerem Mossadu, prowadził spółkę CENG...

Poznałem Kempę w Zurychu. Mieszkaliśmy obok siebie, nasze dzieci chodziły do tej samej szkoły. Kempa pracował w informatyce, ale nic mu nie wychodziło i ciągle narzekał. W pewnym momencie musiałem się pożegnać w banku z Polakiem, który robił ordynarne przekręty, z których jednym jest właśnie Metro Warszawskie. Potrzebowałem osoby zaufanej. Zaproponowałem tę pracę Kempie. Z tego co wiem, albo jego ojciec, albo wujek był wysokim rangą funkcjonariuszem SB. Nie przykładałem do tego specjalnej wagi. Kempa trafił niestety na kilka osób z pogranicza przekrętu i kryminału. Jedną z nich był facet, który zaproponował mu sprzedanie unikalnego dzieła Chagala. Wtedy Kempa dostał telefon z ABW i został poproszony o spotkanie w Polsce. Do spotkania doszło pod nadzorem jednego ze współpracowników Kucińskiego, który tylko patrzył, czy Kempę skują, czy nie. Krótko potem pokazała się ta informacja w prasie na temat Kempy i jego kont polityków.

Myśli pan, że Kempa pracował dla służb?

To jest pytanie dużo głębsze. Otóż dlaczego na przykład zaczęła u mnie pracować pani Małgorzata Sałustowicz? Poszukiwałem asystentki, która zna się świetnie na pracy biurowej, zna język polski, angielski, niemiecki i jest na tyle pojętna, że do prostych operacji bankowych się nada. Pani Sałustowicz zgłosiła się, dając do zrozumienia, że jest siostrzenicą znanego adwokata w Krakowie, który to adwokat ma świetnych klientów i na pewno pomoże. Tym adwokatem był pan Zbigniew Ćwiąkalski. Po 2-3 miesiącach pani Małgorzata umówiła mnie z wujkiem w Krakowie. Spotkaliśmy się, przedstawiłem mu, czego oczekujemy i co oferujemy. Zaproponowałem współpracę o charakterze finansowym. Pan Ćwiąkalski przyjął propozycję. Nie wróciłem do tematu, bo zwyczajnie nie miałem czasu.

Ćwiąkalski był na słynnej „liście Vogla”, którą prokuratorzy znaleźli w pana laptopie?

Chciałbym coś wyjaśnić. Otóż „lista Vogla” to lista kontaktów. To jest książka adresowa, która z różnych powodów obejmuje także ludzi, którzy byli klientami banku. Ale idźmy dalej. Przykład kolejnej „przypadkowej” osoby w moim otoczeniu. Łukasz Galuba. Zanim został asystentem Kempy, był kelnerem w jednym ze znanych lokali gastronomicznych w Zurychu. Śmieszne? Był strasznie zainteresowany karierą w banku i przedstawiał atut. Jego wujkiem jest generał Stanisław Koziej, wtedy wiceminister w MON, dziś szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Według Galuby miało to umożliwić „dojście” do biznesu obsługującego przemysł zbrojeniowy. Czas zweryfikował koncept i niestety samego Galubę. Z jednym wyjątkiem. Miałem spotkanie z dawnym ministrem obrony narodowej, dziś piastującym wyższe stanowisko państwowe. Poznałem tego pana na prywatnym spotkaniu w jego biurze poselskim i przekazałem mu informacje dotyczące podejrzeń korupcyjnego procederu w stoczni marynarki wojennej...

Chodzi o Bronisława Komorowskiego? Był na „liście Vogla”?

Jeszcze raz panu powtarzam, że to była książka adresowa. Proszę nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków.

Ale był na liście czy nie?

Był.

To pan był kasjerem lewicy, prawicy czy środka?

Nie byłem kasjerem. Byłem człowiekiem odpowiedzialnym za rachunki ludzi, którzy dysponowali poważnymi pieniędzmi. Natomiast jak one były procentowo rozłożone pomiędzy prawicę, lewicę czy środek, to można by długo dyskutować. Żadna z tych osób nie dorobiłaby się bez zaplecza zarówno politycznego, jak i niestety tzw. służb.

A pamięta pan, jak w 1992 roku jeden z pańskich poprzedników udzielił wywiadu „Gazecie Bankowej” i opowiadał o swoich klientach?

Thomas Hürlimann, który na pytanie, co to w ogóle jest ten private banking, odpowiedział: to jest instytucja, która służy ludziom o profilu... I tu padły nazwiska.

Kulczyk, Guzowaty, Krauze…

Tak. Natomiast nie miało to nic wspólnego z listą jego klientów. Ale implikacje prasowe były oczywiste: facet ujawnił klientów. Więc pan Thomas musiał się pożegnać z pracą.

Na ile pan wyceniał portfel swoich klientów?

Skromnie.

No ile?

Około pół miliarda dolarów.

To skromnie?

Wie pan... Do czego to przymierzamy? Do pana rachunku bankowego? To bardzo dużo. Natomiast jeżeli do magnatów finansowych w Rosji czy Japonii, no to co to jest?

Skromne te konta lewicy...

Niektórzy mówią tak: miał sześciocyfrowy rachunek w banku Coutts. Co to znaczy? 100 000 czy 999 999? Różnica znacząca, ale tak naprawdę to pojęcia względne. W Polsce rynek generujący poważne pieniądze jest bardzo młody, bo ma tradycję, powiedzmy, 20-30 lat. W Szwajcarii ten rynek ma tradycję 300 lat. No to z czym się porównujemy?

Zaczynam rozumieć, dlaczego tak pusto na tych rozprawach Dochnala z pana udziałem.

No wie pan, Rejtana tam nikt nie będzie odgrywał.

Nie chodzi o Rejtana...

Ale o czym my mówimy? O jakiejś durnej sprawie gospodarczej? Co to za sensacja? Niech mi pan powie. Żadna.

No ale kim jest dzisiaj Aleksander Kwaśniewski? Albo partia SLD? Pan już jest nieatrakcyjny, panie Vogel.

Całe szczęście.

Został pan wyciśnięty jak cytryna. Służby mają co chciały. Przede wszystkim listę. Jest pan spalony jako bankier...

Nie słyszałem, żeby ktokolwiek z mojej listy adresowej miał jakieś kłopoty. Poza tym czas ucieka. Sporo rzeczy się pozmieniało. Ludzie, którzy byli u mnie na liście w pierwszej dziesiątce, którzy byli moimi klientami, nagle z niej powypadali, stracili swoje znaczenie. Też już są nieatrakcyjni.

Takich szwajcarskich bankierów, czy jak kto woli – kasjerów, tylko że jeszcze atrakcyjnych, ilu dzisiaj w Polsce urzęduje?

Powiem panu zupełnie uczciwie. Po tym, co się wydarzyło ze mną, każdy przyjazd pracownika banku ze Szwajcarii do Polski jest traktowany jako potencjalny casus Vogla. Każdy jest przekonany, że prędzej czy później zostanie aresztowany, wsadzony do więzienia i będzie siedział tak długo, aż pęknie i opowie wszystko o swoich klientach.

Chce pan przez to powiedzieć, że nie ma ani jednego?

Tego nie powiem, ale sytuacja wygląda dramatycznie inaczej.

Są tak samo inwigilowani jak pan?

Na pewno.

A co się stało z klientami, których pan miał?

Większość odeszła.

Od pana, ale gdzieś musieli ulokować swoje pieniądze.

Oczywiście, że tak. Ale Szwajcaria straciła rynek. Naprawdę. Nie do zera, ale myślę, że jakieś 80 proc.

Był pan kiedyś wziętym bankierem, obracał pan forsą najgrubszych ryb w tym kraju. A dzisiaj? Co z tego zostało? Kim pan teraz jest, panie Vogel?

Przykładem człowieka, który pokazał, że ciężką pracą, niezależnie od tego, jaką się miało przeszłość, można osiągnąć bardzo wiele. Jestem kolejnym przykładem, który potwierdza tezę polskiej mentalności: jeśli ci się powiodło, to musiałeś ukraść. W tym wszystkim jestem bogatszy o całą masę doświadczeń i jak mawiają Szwajcarzy – wierzę, że młyny sprawiedliwości mielą powoli, ale skutecznie. Jestem przekonany, że prędzej czy później bolesną porażką dla wielu osób okaże się to, że Peter Vogel nie miał nic wspólnego z jakimś przekrętem.

Pan zdaje sobie sprawę, że ogromna część Polaków czytających to wyznanie przewraca się właśnie ze śmiechu?

Ale co ja takim ludziom mogę zaproponować? Spotkanie i wielogodzinną rozmowę z pokazywaniem dokumentów? Co mnie to obchodzi? Są ludzie, którzy się przewracają ze śmiechu, ale są też i tacy, i ja o tym wiem, którzy z pełnym szacunkiem i szczerością kiwają głową, przytakując moim słowom. Więc ci, którzy przyjęli do wiadomości moje słowa, są w stanie z dystansem popatrzeć na to wszystko i powiedzieć: no właśnie, tak jest. Dla tych ludzi ja mam sporo szacunku i z takimi ludźmi się liczę. Obok tych zaś, którzy się przewracają ze śmiechu, przechodzę obojętnie. Nie drgnie mi powieka.

KIM JEST PETER VOGEL?

Z medialnych doniesień wynika, że Vogel miał zostać za młodu zwerbowany przez służby specjalne PRL, które umożliwiły mu podczas przerwy w odsiadywaniu wyroku (15 lat za zabójstwo) wyjazd do Niemiec, a potem do Szwajcarii, gdzie zrobił zawrotną karierę w bankach Coutts i EFG. Vogel dokonał w IPN samolustracji, dowodząc, że nie współpracował z polskimi służbami. W 2005 r. media rozpisywały się o domniemanych związkach lobbysty Marka Dochnala i Petera Vogla ze sprawą szwajcarskich kont polityków SLD (m.in. Aleksandra Kwaśniewskiego). Katowicka prokuratura prześwietliła wówczas majątki ok. tysiąca znanych osób kojarzonych z lewicą. Wtedy to do Vogla przylgnął przydomek „kasjer lewicy”. Sześć lat temu Peter Vogel został aresztowany i po roku zwolniony przez prokuratorów, którzy postawili mu zarzuty w sprawie Dochnala, toczącej się właśnie w warszawskim sądzie okręgowym.

Komentarze