Resort sprawiedliwości zapowiedział ostateczne rozwiązanie problemu polisolokat. Miejmy nadzieję, że minister Ziobro dobierze się też do samych winowajców, bo mowa o produkcie wyjątkowo i od początku bezczelnie nastawionym na wyzysk klientów, przy tym znacznie powszechniejszym niż osławione kredyty frankowe.

Sprzedaż polisolokat miała służyć realizacji jednocześnie kilku celów - ominięciu podatku Belki, złupieniu oszczędzających oraz ograniczeniu ryzyka funkcjonowania podmiotów, które się w tym procederze wyspecjalizowały.

Tzw. ubezpieczyciel zarabiał bez względu na wynik funduszu danej polisolokaty, a zeznania sądowe skruszonych „doradców” wskazują na to, że z góry zakładał stratę klienta na poziomie kilkudziesięciu procent. Dochodziło do sytuacji, w których polisolokaty zaplanowane na kilkanaście i więcej lat wciskano nawet staruszkom. O pomstę do Boga woła też liczba prowizji i opłat innych niż słynna likwidacyjna - za zarządzanie, za ryzyko, za konwersję, operacyjna, aktywacyjna etc.

Prawdopodobnie problemem dotkniętych jest 5 mln osób, które w polisach z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym ulokowały nawet 50 mld zł. Był to więc kolejny kanał drenażu naszej gospodarki i kolejny etap wywłaszczania Polaków.

Nie wszystkie z ostatnio ogłoszonych projektów Ministerstwa Sprawiedliwości, ingerujących w rynek finansowy, chwalę. Nie podoba mi się na przykład pomysł walki z lichwą przez likwidację całego sektora pożyczkodawców i oddanie bankom faktycznego monopolu na kredyt konsumencki, bo grozi to wylaniem dziecka z kąpielą i rozrostem szarej strefy. Ale za polisolokaty ministrowi Ziobrze należy się wielki plus i mocno zaciśnięte kciuki. Jest wina, niech będzie i kara.