Opinie

Dlaczego w zarządzie Greenpeace Polska nie ma Polaków?

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 5 czerwca 2018
  • 14:15
  • 6
  • Tagi: biznes ekologia Greenpeace polityka Puszcza Białowieska śmieci
  • Powiększ tekst

Od dawna mam wrażenie, że organizacje ekologiczne, będące franczyzami zachodnich „koncernów” ekologicznych, decydują się na aktywność w Polsce tylko wtedy, kiedy to jest dobrze widziane przez ich centrale.

To wrażenie bardzo się nasiliło, kiedy okazało się, że w Polsce płoną składowiska śmieci, na które trafiały odpady przywiezione z krajów Zachodniej Europy. Zwróciłem uwagę na to, jak w kwestii śmieci zachowuje się Greenpeace Polska.

Otóż jeśli idzie o śmieci, to członkowie tej organizacji – owszem – pojawiają się w mediach. Mówią, co jest źle, a co jest dobrze, ale w dużym stopniu zwracają uwagę na to, że należałoby wypełnić zalecenia Najwyższej Izby Kontroli czy innych instytucji. Generalnie jednak ten problem chcą pozostawić „odpowiednim służbom”.

Proszę porównać to z walką o „zachowanie” Puszczy Białowieskiej. Ludzie z Greenpeace brali udział w blokowaniu prac w puszczy, przykuwali się do maszyn. Awantura, jaką rozpętali wraz z innymi organizacjami, objęła całą Unię Europejską, była o tym mowa w Parlamencie Europejskim, sprawa trafiła do unijnych sądów.

Jak widać, sprawie śmieci przywożonych do Polski ludzie z Greenpeace nie poświęcili nawet 1/10 wysiłków, które podjęli na rzecz Puszczy Białowieskiej. Myślę, że to jest bardzo znacząca informacja. Cokolwiek by mówić o działaniu leśników i urzędników resortu środowiska, to nie groziło ono katastrofą ekologiczną. Tymczasem palenie śmieci importowanych z Zachodu (i nie tylko, płoną też nasze) to za każdym razem JEST katastrofa ekologiczna.

Mało tego – jakieś ćwierć wieku temu Greenpeace wykrył, że do Polski są wywożone opady takie jak azbest. Dzięki akcji tej organizacji udało się zablokować ten import, dzięki czemu oszczędziliśmy kolosalne pieniądze na utylizacji tej substancji. A więc ćwierć wieku temu Greenpeace interesował się odpadami wwożonymi do Polski, a tymczasem teraz co najwyżej jego pracownicy czy sympatycy „wypowiadają się w tej sprawie w mediach”.

Chciałem się dowiedzieć, skąd ten brak reakcji Greenpeace Polska i zacząłem poszukiwać informacji o donatorach tej instytucji. Oczywiście, nie ma listy osób i firm, które łożą na fundację GP, co jest nieco dziwne, gdyż dotowanie walki o czyste środowisko powinno być chyba powodem do chwały i donatorzy powinni się tym chwalić.

Za to przy okazji tych poszukiwań dowiedziałem się, jaki jest skład władz Greenpeace Polska. I ze zdziwieniem przyjąłem, że w tej grupie nie ma ani jednego Polaka. Wszyscy, którzy zarządzają fundacją Greenpeace Polska, to Austriacy. Obywatelami tego kraju są Alexander Egit i Gertrud Körbler, członkowie „organu zarządzającego fundacją”, Austriakami są także Heinz Reindl, Florian Faber oraz Karin Külböck, z organu nadzorującego fundację.

Przyznam, że stanowisko Greenpeace Polska stało się dla mnie o wiele bardziej zrozumiałe. W końcu gdybym był mieszkańcem Wiednia, tobym niespecjalnie się przejmował tym, że w jakiejś mieścinie w Polsce pali się śmietnisko. Być może nawet byłbym zadowolony, bo gdyby te śmieci nie trafiły do Polski, to mogłyby przyjechać do Austrii i palić się w tym pięknym kraju. W końcu wszędzie są ludzie chciwi.

Jednak zdecydowanie dziwne jest to, że tej informacji nie ma na stronach Greenpeace Polska. Owszem, jest zakładka „Poznaj nasz zespół”, gdzie są wymienieni m.in. dwaj dyrektorzy fundacji oraz inne osoby z nimi związane, ale nie ma tam wiadomości o składzie zarządu. Ta znajduje się bowiem na stronach ministerstwa rodziny, a ze stron GP Polska prowadzi do niej wyłącznie link.

Na Twitterze Greeenpeace Polska napisał do mnie, że nie wstydzi się członków swojego kierownictwa. Ale trudno nie uznać, że jednak organizacja ma z tym jakiś problem, skoro nie komunikuje składu zarządu w sposób jasny i bezpośredni. A przecież to właśnie austriacki Greenpeace jest założycielem polskiej organizacji o tej nazwie, na co wyłożył – co widać w statucie – całe 4,5 tys. zł (cztery i pół tysiąca złotych), czyli o 500 zł mniej niż trzeba na założenie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Komentarze