Opinie

Brak zainteresowania sprawami unijnymi kosztuje

Stefan Schwarz

Stefan Schwarz

prezes Inicjatywy Mobilności Pracy

  • 21 lipca 2018
  • 14:10
  • 20
  • Tagi: biznes Komisja Europejska lobbying praca prawo Unia Europejska
  • Powiększ tekst

Właśnie została opublikowana nowa, zmieniona dyrektywa o delegowaniu pracowników, owoc ponad dwuletnich prac, w których jako Inicjatywa Mobilności Pracy braliśmy aktywny udział i na której kształt próbowaliśmy wpłynąć. Po dwóch latach przepisy zaczną obowiązywać we wszystkich państwach członkowskich.

To smutny moment dla całego kontynentu. W Europie, która w bezprecedensowym tempie traci dziś globalną konkurencyjność względem Chin i Stanów Zjednoczonych, uchwalona zostaje dyrektywa, która odbudowuje granice dla swobodnego przepływu pracy i usług wewnątrz Unii Europejskiej, a także daje najbogatszym państwom Unii zielone światło na pozbywanie się ze swoich rynków firm i pracowników z biedniejszych państw peryferyjnych, do których zalicza się Polska. W naszym kraju nowe przepisy dotkną przynajmniej pół miliona osób i tysiące firm, głównie małych i średnich rodzinnych przedsiębiorstw.

Jak do tego doszło? Można powiedzieć, że winny jest przewodniczący Jean-Claude Juncker, który pod naciskiem Francji zmodyfikował słuszny skąd inąd postulat zrównania płac za tę samą pracę w Unii Europejskiej dopisując do niego warunek „w tym samym miejscu”. Tym samym przyzwolił na pogłębianie się nierówności płacowych między krajami bogatymi i biednymi, jednocześnie nakładając na przedsiębiorstwa świadczące usługi za granicą dodatkowe obciążenia. Można by też powiedzieć, że winny jest Emmanuel Macron, który obiecał swoim wyborcom walkę z pracownikami delegowanymi obarczając ich odpowiedzialnością za francuski kryzys gospodarczy i zaniżanie wynagrodzeń, a jednocześnie pomijając fakt, że koszt pracy pracowników francuskich nie odbiega od kosztu pracy pracowników delegowanych przez firmy z Europy Wschodniej. Potwierdzają to analizy przeprowadzone przez… francuskie ministerstwa gospodarki i skarbu. Wreszcie można by powiedzieć, że winni są politycy i dyplomaci, którzy nie potrafili skutecznie sprzeciwić się niekorzystnym zmianom, albo nowy system głosowania w Radzie, który sprawia, że nawet wspólny głos wszystkich państw tzw. Nowej Unii nie byłby w stanie zmienić toku spraw.

Ale tak naprawdę winni jesteśmy my wszyscy. Naszą polską piętą achillesową jest przekonanie, że decyzje podejmowane w Brukseli dotyczące spraw gospodarczych to coś nieistotnego, w co nie musimy się angażować. Bardziej elektryzują nas spory natury ideologicznej. Tymczasem spór o pracowników delegowanych to przykład największej, ale nie jedynej politycznej bitwy o ekonomiczne wpływy na europejskim rynku, która na lata zdecyduje o konkurencyjności polskich firm, a więc pośrednio o dobrobycie wszystkich Polaków. Bitwy, którą z perspektywy politycznej przegraliśmy, ale przynajmniej nie walkowerem. Dzięki aktywności kilku europosłów i organizacji pozarządowych, w tym Inicjatywy Mobilności Pracy, udało się rozmyć lub wykreślić z projektu dyrektywy najgroźniejsze zapisy, które miały zablokować eksport polskich usług. Pytanie brzmi, jak wiele można było osiągnąć, gdyby polskie organizacje pozarządowe dysponowały środkami na poziomie, jakim dysponują organizacje chociażby z Niemiec.

Niemcy są powszechnie postrzegane, jako kraj posiadający w strukturach unijnych nieproporcjonalnie duże wpływy. Czasem próbujemy to wyjaśniać teoriami spiskowymi. Tymczasem skuteczność Niemiec wynika z prostego pragmatyzmu. Niemieckie organizacje przedsiębiorców są bardzo skuteczne i aktywne w Brukseli, ponieważ przynależność do nich jest obowiązkowa. Niemiecki rząd i biznes wspierają działalność think tanków, które stanowią zaplecze intelektualne dla działań lobbingowych. W końcu pracodawcy i związki zawodowe mówią w Brukseli jednym głosem.

Statystyki są nieubłagane. Z danych opublikowanych przez POLITICO pod koniec 2017 roku wynika, że w 2016 roku kraje tzw. Starej Unii były źródłem 95 procent wydatków na lobbing. Belgia wydała 427 milionów euro, Niemcy 181, Wielka Brytania 154, Francja 106. Polska – niecałe 18 milionów. Dysproporcja jest miażdżąca. Na co przeznaczane są te środki? Kluczowe jest posiadanie swoich przedstawicieli działających blisko struktur unijnych, osobiste spotkania z europosłami i urzędnikami, uczestnictwo w konferencjach i przedstawianie tam swoich racji, przygotowywanie badań i analiz, utrzymywanie kontaktów z organizacjami z innych krajów. Europejscy urzędnicy i europosłowie mają bardzo ograniczony czas na merytoryczną analizę problemów, co do których podejmują decyzje. Dlatego w większości są otwarci na rozmowę i chętnie przyjmują argumenty różnych stron. Sęk w tym, że trzeba do nich skutecznie dotrzeć, a to wymaga środków i ogromnego zaangażowania. Z żalem stwierdzam, że polski biznes nie angażuje się w te działania, pozwalając, by o naszym losie decydowali inni.

Komentarze