Opinie

autor: fot. Pixabay
autor: fot. Pixabay

Aktywiści miejscy zagrożeniem dla miast

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl

  • 5 marca 2019
  • 16:56
  • 26
  • Tagi: gospodarka miasto Polityka samorząd
  • Powiększ tekst

Ulice należy maksymalnie zawęzić, z centrów miast wyeliminować wszelkie samochody, włącznie z dostawczymi. Rowerzyści nie muszą przestrzegać przepisów, bo te są nieżyciowe i głupie ale już kierowcy muszą się bezwzględnie stosować nawet do najbardziej absurdalnych reguł. Wspomniani kierowcy zresztą są mordercami pieszych i rowerzystów, których jedynie jeszcze nie schwytano na zabójstwie. Szaleństwo? Nie - dzień spędzony na obserwacji rozmów miejskich aktywistów i ich zwolenników.

Miasta się zmieniają, nie sposób temu zaprzeczyć. Aglomeracje i ich władze muszą się zmierzyć z trudnościami i zagrożeniami nieobecnymi jeszcze nawet dekadę temu. Jednak na każdy problem jest rozwiązanie - zna je miejski aktywista.

Kim są ci ludzie? Trudno powiedzieć. Z pewnością w większości są to osoby, którym na sercu leży dobro miasta w którym mieszkają i które pragną je zmienić na lepsze. To chwalebne, niestety, jak głosi mądre przysłowie, dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Trudno nie przyznać, że w stosunku do miejskiego aktywizmu jest to nad wyraz trafny opis.

Zjawisko aktywizmu miejskiego, jak wiele szkodliwych nowinek, przybyło do nas zza granicy. Niestety, także jak większość przejmowanych w kraju rozwiązań, jest ono przejęte w skali 1:1, bez rozwagi i analizy, bez zastanowienia nad tym, iż warunki w Polsce są w wielu miejscach odmienne niż na zachodzie czy wschodzie.

Powiedzmy wprost - najważniejszym problemem aktywizmu miejskiego jest to, iż jest to dążenie do zmian dla samych zmian. „Cel jest niczym, ruch jest wszystkim”. Tym samym najbardziej absurdalne pomysły i idee na zmiany w miastach o jakich słyszeliśmy w ostatnich latach pochodzą właśnie ze skarbnic myśli miejskich aktywistów. Jednym z nich jest na przykład popularny ostatnio ruch na rzecz wyeliminowania wysepek autobusowych w miastach i miasteczkach. Czym je zastąpić? Trudno powiedzieć ale według aktywistów o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu zatrzymywanie się autobusów przy przystankach na pasie ruchu. A co z samochodami czekającymi na przejazd? Proste - takie auto po prostu objedzie autobus z lewej strony.

Genialne, prawda?

Skrajnym rozwiązaniem jest zwężenie przy przystankach do jednego pasa, co ma jakoby zupełnie upłynnić ruch. W jaki sposób? Trudno powiedzieć. Aktywista wie.

Głównym celem walki miejskich aktywistów są zresztą kierowcy i samochody. O ile zasadne jest wskazanie na rosnące zanieczyszczenie miast spalinami o tyle pomysły aktywistów ten problem jedynie spotęgują, miast go wyeliminować. W Polsce bowiem trudno sobie wyobrazić sytuację, w której mieszkańcy masowo przerzucają się na rowery, rezygnują z aut, nie wspominając o transporcie publicznym, który wciąż w wielu miastach Polski jest fatalnej jakości (nie mówiąc już o tym, iż pomysły aktywistów na eliminację „blachosmrodów” - tak określa się na ich forach kierowców - skutecznie zakorkują też transport autobusowy, realnie dusząc miasta transportowo). Mimo to wciąż pokutuje w tych środowiskach przekonanie, iż „na zachodzie działa”, „w Skandynawii działa” a więc, wiadomo, zadziała i nad Wisłą.

Tylko, że nie.

Wiara w to, że pomysł skutecznie wprowadzony gdzie indziej w odmiennych warunkach społeczno-gospodarczych zadziała identycznie przypomina radziecką naukę, jakąś erę Miczurina i Łysenki, klarujących z pewnością uczonego, iż wystarczy posadzić trawę na pustyni by Sahara stała się dżunglą. Bo przecież w strefie umiarkowanej trawa rośnie, to czemu miałoby się nie udać na Gobi?

Mógłbym naprawdę tak godzinami wymieniać kolejne genialne pomysły, więc wskażę jeszcze tylko na jeden, sprzed kilku miesięcy. Otóż pewne polskie miasto sięgnęło do rozwiązań zachodnich, konkretnie holenderskich i w ramach dbania o wzrost bezpieczeństwa rowerzystów wprowadziło progi zwalniające przed szczególnie niebezpiecznymi przejazdami i skrzyżowaniami. Niestety, jak na nieszczęście włodarze nie wspomnieli, iż pomysł pochodzi właśnie z tak wielbionego przez aktywistów zachodu i spotkali się z zarzutami, iż miasto pragnie krztusić ruch rowerowy i ograniczać prędkość przejazdu rowerzystów w aglomeracji (bo wiadomo - sensem życia rowerzysty jest wjazd na groźne skrzyżowanie z prędkością 40 km/h. Koniecznie na czerwonym, bo przecież przepisy są głupie). Ci, którzy mieli czelność wskazywać, iż progi zwalniające skutecznie działają od dekad w Holandii i innych państwach, także skandynawskich, spotykali się z werbalną agresją aktywistów.

Co jest więc zasadniczym problemem aktywistów? Wszak w teorii ich działalność powinna być tylko i wyłącznie korzystna - władze zyskują głos z zewnątrz, pozwalający na odmienne spojrzenie na problemy miasta.

Otóż problemem aktywistów jest niewiedza.

Znacząca większość z nich nie ma realnie zbyt wielkiego pojęcia o transporcie czy urbanistyce. Ze świeczką szukać w organizacjach i stowarzyszeniach inżynierów transportu czy absolwentów budownictwa. Nie mają oni merytorycznego przygotowania do wprowadzania postulowanych przez nich zmian, jedynym argumentem pozostaje „wiedza i doświadczenie na temat życia w mieście”. To tak jakby mieszkaniec gierkowskiego bloku postulował daleko idące przebudowy architektoniczne czy zmiany w metodzie konstrukcji centralnego ogrzewania - bo choć nie ma o tym pojęcia to mieszka w tym gierkowskim bloku od 40 lat i to doświadczenie wystarczy. Szczególnie mocno widać to przy rozmowach z aktywistami rowerowymi - mają oni mnóstwo pomysłów na zmiany dotyczące ruchu drogowego, jednak pytani o doświadczenia z drugiej strony (za kółkiem) okazuje się, że większość z nich nie posiada nawet prawa jazdy.

Tymczasem to właśnie chłodny, analityczny ogląd sytuacji, możliwość spojrzenia na nią z różnych perspektyw generuje najlepsze rozwiązania, przepisy i prawo. Trudno jednak oczekiwać tego po miejskich aktywistach. Zapraszam zresztą na pierwsze lepsze forum albo grupę na mediach społecznościowych, doprawdy - trudno znaleźć tam chłodną analizę. Królują emocje (które z pewnością przeczytają też Państwo w komentarzach pod niniejszym tekstem).

Aktywisto, aktywistko, apeluję do Was! Wasze zaangażowanie jest bezcenne ale emocjonalne podejście - szkodliwe, a pomysły - nieprzemyślane i irracjonalne. A gdy irytujecie się, iż władze miast unikają wprowadzania w życie Waszych postulatów, to pocieszę - gdyby je wprowadzono ucierpieliby wszyscy mieszkańcy. Włącznie z Wami.

Komentarze