W szczytowym momencie koszty działań zaradczych podejmowanych przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne dla przeciwdziałania zagrożeniu bezpieczeństwa krajowego systemu elektroenergetycznego powodowanego przez przepływy niegrafikowe przekraczały 100 mln euro rocznie. I choć Niemcy pokrywali większość tych kosztów, istotna ich część została poniesiona przez PSE i przeniesiona w taryfie przesyłowej na wszystkich krajowych odbiorców energii elektrycznej. Obecnie po uruchomieniu przesuwników fazowych koszty są znacznie niższe, ale nadal wszyscy Polacy dokładają się do realizacji niemieckiej „Energiwende”

O tym, jak płynie prąd w sieciach energetycznych w Europie, decydują prawa fizyki: prawo Ohma i prawo Kirchhoffa. Jednak europejski rynek energii elektrycznej pod względem prawnym jest tak skonstruowany, jakby prawa fizyki nie obowiązywały. W efekcie Niemcy mogą sprzedawać energię do Austrii bez uwzględniania skutków takich transakcji dla systemów krajów sąsiednich. Przez lata też mogli udawać, że energia z niemieckich siłowni cudownie pojawia się w Austrii, skąd jest reeksportowana dalej na południe. Oczywiście, faktycznie było i nadal jest zupełnie inaczej.

Rynek energii elektrycznej w Europie kontynentalnej pod względem prawnym jest tak skonstruowany, jakby każdy kraj był miedzianą płytą. Jedyne ograniczenia dla transakcji rynkowych obowiązują na połączeniach międzysystemowych, tzw. interkonektorach. W przypadku „krajowej miedzianej płyty” zakłada się, że z punktu widzenia rynku nie ma ograniczeń w przesyle energii, a co za tym idzie w każdym jej punkcie można energię bez ograniczeń wprowadzić i z każdego punktu odebrać. Tyle że w rzeczywistości żaden system w Europie nie jest na tyle rozbudowany, aby móc nazwać go miedzianą płytą, a energia elektryczna rozpływa się swobodnie po liniach przesyłowych powodując przeciążanie najsłabszych elementów. Przykładowo, jeśli energia jest wytwarzana w Niemczech północnych i przesyłana dalej na południe, to obciąża po drodze m.in. linie w Polsce i Czechach, a na zachodzie Europy sieć przesyłową krajów Beneluxu. Podobnie jest w przypadku handlu transgranicznego, tzn. energia przesyłana z Niemiec do Austrii także obciąża linie krajów sąsiadujących. Innymi słowy – rynek i zasady międzynarodowego obrotu energią elektryczną zostały niestety zorganizowane w pewnym oderwaniu od rzeczywistości pracy połączonych systemów elektroenergetycznych – mówi Konrad Purchała, dyrektor ds. strategii integracji europejskiej w Polskich Sieciach Energetycznych.

Niekoordynowane transakcje handlowe pomiędzy krajami w Europie kontynentalnej powodują, że przez polski system są tranzytowane potężne fale prądu, których nikt się nie spodziewa i które zakłócają działanie naszych sieci. Raz, że blokują możliwość importu na nasze potrzeby, dwa, że zagrażają bezpieczeństwu pracy naszego systemu. Wtedy konieczne jest podejmowanie działań przez operatora polskiego systemu, jakim jest PSE.

Jeżeli energia wpływa do nas od zachodu i przeciąża połączenia międzysystemowe Polska-Niemcy, to musimy podejmować działania zaradcze aby tę granicę odciążyć. Można to robić w sposób bezkosztowy używając specjalnych urządzeń tzw. przesuwników fazowych, ale takie urządzenia nie są powszechne. Jeśli jednak ich nie ma, wówczas konieczne są inne działania – musimy zwiększyć produkcję energii w Polsce i o taką samą ilość zmniejszyć produkcję energii w Niemczech. W ten sposób organizujemy tzw. awaryjny operatorski eksport do Niemczech, de facto zastępując energię niemiecką przez polską, co odciąża połączenia Polska-Niemcy. Efekt jest taki, że część energii, jaka handlowo jest sprzedawana z Niemiec na południe Europy jest faktycznie wytwarzana w Polsce – wyjaśnia Konrad Purchała.

I właśnie w tym momencie pojawiają się koszty. Zwiększenie produkcji energii w Polsce następuje często w sytuacji napiętego bilansu mocy krajowego systemu, więc po dość wysokich cenach. Zaniżenie mocy w elektrowniach niemieckich z kolei następuje w sytuacji nadmiaru energii w Niemczech, więc po bardzo niskich cenach. Całościowy skutek takiej transakcji operatorskiej stanowi koszt sięgający średnio 30-50 EUR/MWh. Dla porównania, średnia cena energii na rynku hurtowym w Polsce wyniosła w 2016r. około 160 zł/MWh (37 EUR/MWh).

Przy takiej konstrukcji międzynarodowego rynku energii elektrycznej, jaką mamy w Europie, nieplanowane przepływy były obecne zawsze. W ostatnich latach jednak, począwszy od 2010-2011, zjawisko to się istotnie nasiliło, a obecnie ich skala jest tak wysoka i nieprzewidywalna, że zaczyna być groźna dla polskiego systemu. Szczyt został osiągnięty w 2015 r., kiedy to koszty roczne działań zaradczych dla przeciwdziałania negatywnym skutkom nieplanowych przepływów przekroczyły 100 mln euro – mówi Konrad Purchała.

To oznacza koszt roczny wynoszący ok. 400-450 mln zł. Trzeba jednak przyznać Niemcom, że część kosztów zgodzili się wziąć na siebie od samego początku.

Wcześniej obowiązywała umowa miedzy PSE a niemieckim operatorem 50Hertz funkcjonującym na obszarze dawnego NRD, zgodnie z którą koszty działań zaradczych dla zapewnienia bezpieczeństwa pracy połączeń międzysystemowych Polska-Niemcy były dzielone po równo. Kiedy przepływy nieplanowe zaczęły coraz poważniej zagrażać bezpieczeństwu funkcjonowania krajowego systemu, rozpoczęliśmy batalię o uregulowanie tego zjawiska na poziomie Unii Europejskiej. Wspólnie z operatorami z Czech, Słowacji i Węgier opublikowaliśmy analizy pokazujące skalę zjawiska przepływów niegrafikowych w Europie Środkowo-Wschodniej oraz ich negatywne skutki. W rezultacie odbyło się szereg spotkań na wysokim szczeblu Komisji Europejskiej, przy udziale m.in. ówczesnego komisarza ds. energetyki pana Gunthera Oettingera oraz krajowych Urzędów Regulacji Energetyki. W międzyczasie rozpoczęliśmy starania o instalację wspomnianych wcześniej przesuwników fazowych. W lutym 2014 udało nam się uzgodnić z niemieckim operatorem 50Hertz nowy podział kosztów redispatchingu, zgodnie z którym koledzy z Niemiec zdecydowali się wziąć na siebie większą ich część. Finansowe szczegóły umowy są chronione klauzulą poufności, ale udział Niemców w kosztach działań zaradczych wynosi znacząco więcej niż 50 proc. – mówi dyrektor.

Innym skutkiem podejmowanych przez PSE działań było porozumienie, na mocy którego obie strony zgodziły się na realizację skoordynowanej inwestycji w przesuwniki fazowe na liniach łączących systemy Polski i Niemiec oraz zasady zarządzania nastawami tych urządzeń. Zgodnie z tą umową, PSE zbudowało przesuwniki na linii Mikułowa-Hagenwerder – ta inwestycja została zakończona i system działa, a Niemcy zobowiązali się wybudować przesuwniki na drugiej linii Krajnik-Vierraden, umożliwiając tym samym przełączenie tej linii na wyższe napięcie i zwieszając jej możliwości przesyłowe. Niestety, z uwagi na opór społeczny przed budową nowych linii w Niemczech, inwestycja po niemieckiej stronie się istotnie opóźnia. Pierwotny termin to druga połowa 2017r, ale oddanie jej do eksploatacji będzie możliwe dopiero w połowie 2018r. i to w niepełnej konfiguracji. Finalnie zakończenie wszystkich prac planowane jest dopiero na 2020r. Póki co, przesuwników fazowych w tej linii nie ma i dlatego po uruchomieniu polskich przesuwników w linii Mikułowa-Hagenwerder druga słabsza linia Krajnik-Vierraden została czasowo wyłączona z eksploatacji.

Po uruchomieniu przesuwników fazowych, koszty związane z działaniami zapobiegającymi skutkom nieplanowanych przepływów spadły niemal kilkudziesięciokrotnie, mniej więcej do poziomu z 2010 r. – powiedział Konrad Purchała.

To oznacza, że zamiast 450 mln zł zapłacimy prawdopodobnie nie więcej niż 10-20 mln zł, z czego większość zwrócą nam Niemcy. Jednak skoro wszystkie problemy są wywoływane przez niemiecki eksport, czemu nie wezmą na siebie całości kosztów?

Nasi koledzy z Niemiec tłumaczą, że wprawdzie prąd produkowany jest w Niemczech, ale ktoś go przecież odbiera. A więc ewentualna wina – i konieczność pokrywania kosztów – powinna spocząć również na importerach tej energii – mówi dyrektor.

Tyle że importerzy niemieckiej energii wcale nie poczuwają się do winy. Najlepszym przykładem są Austriacy, którzy są największym odbiorcą niemieckiego prądu. Oni twierdzą, że w ogóle nie ma żadnego problemu, bo ich moce przesyłowe na granicy z Niemcami są dostatecznie duże, aby odebrać zamawiany prąd. Nie przeszkadza im przy tym fakt, że energia ta wpływa do Austrii w przeważającej części z systemów sąsiednich, m.in. przez Czechy czy Szwajcarię.

Silne połączenia na granicy Niemcy-Austria to mit. Bardzo dobrze z Niemcami połączona jest jedynie zachodnia część Austrii, która z kolei jest dość słabo połączona z pozostałą częścią tego kraju. Przyczyna jest dość prozaiczna – wybudowanie linii przesyłowych przez Alpy jest ogromnym wyzwaniem – zauważa Konrad Purchała.

Co ciekawe, Austriacy są nie tylko największym odbiorcą prądu z Niemiec, ale także jego największym reeksporterem. Czyli kupują go od Niemców, a potem sprzedają np. na Węgry. I znowu – ten prąd płynie nie tylko przez granicę niemiecko-austriacką, ale w dużej części przez nasz system. Z elektrycznego punktu widzenia połączenie między systemami Niemiec i Austrii jest trudniejsze do pokonania dla prądu niż droga przez systemy sąsiednie – to wynika z praw fizyki – mówi Purchała. I przyznaje, że o ile udało się porozumieć z niemieckim operatorem odnośnie konieczności koordynacji handlu energią na tej granicy, to z Austriakami jest znacznie trudniej.

We wrześniu 2015 Agencja ds. Współpracy Organów Regulacji Energetyki w Europie, ACER, odpowiedziała na zapytanie Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, URE, o status granicy Niemcy-Austria i brak koordynacji. W swojej opinii ACER jednoznacznie wskazał na obowiązek wdrożenia skoordynowanej alokacji i wezwał Austriaków i Niemców do usunięcia tego naruszenia prawa UE. W listopadzie 2016 ACER podtrzymał swoją opinię, podejmując decyzję o ustanowieniu listy granic w Europie gdzie musi zostać wdrożona skoordynowana procedura wyznaczania i alokacji zdolności przesyłowych. Granica Niemcy-Austria oczywiście znajduje się na tej liście. Austriacki Regulator E-Control jednak nie zgadza się tą decyzją i podjął szereg kroków prawnych zaskarżając ACEE do Trybunału Odwoławczego Agencji oraz do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Do tej pory wszystkie odwołania Austriaków zostały odrzucone, ale alokacji na granicy Niemcy-Austria jak nie było tak nie ma. Pewnym światełkiem w tunelu jest informacja prasowa o porozumieniu osiągniętym między niemieckim i austriackim regulatorem, ale oprócz ogólnej informacji o oczekiwanej dacie uruchomienia alokacji w październiku 2018r. brak jest szczegółów. Ponadto, niektóre elementy tego komunikatu budzą najwyższy niepokój, jak np. bardzo wysokie minimalne zdolności przesyłowe żądane przez obu regulatorów.

Generalnie trwają rozmowy wielostronne, aby doprowadzić do porozumień, które rozwiążą ten problem. Jednak zawrzeć porozumienie wielostronne jest znacznie trudniej, bo jest więcej partnerów, poza tym w grę wchodzą duże pieniądze i interesy poszczególnych krajów. Dodatkowym elementem są konieczne inwestycje w rozbudowę sieci przesyłowej w Niemczech, aby nadgonić za bardzo dynamicznym rozwojem generacji ze źródeł odnawialnych. Wprawdzie Niemcy realizują bardzo ambitny program inwestycyjny, ale idzie im to niesporo, bo ostatnio data zakończenia kluczowych inwestycji na osi północ-południe została przesunięta na 2030 r. Większym problemem od pieniędzy jest tu opór mieszkańców tych krajów i organizacji ekologicznych. W rezultacie, wszyscy sąsiedzi Niemiec powoli odgradzają się od Niemiec swoistym „kordonem sanitarnym”, wyposażeni albo w przesuwniki fazowe albo w połączenia stałoprądowe umożliwiające lepsze kontrolowanie przepływów mocy.

W sytuacji, kiedy będziemy już mieli oba przesuwniki, będą je mieli Czesi i mają je już kraje Beneluksu, na południu Francja, Włochy i Słowenia, może się okazać, że taka nieplanowo eksportowana energia zostanie z powrotem wepchnięta do niemieckiego systemu. Wtedy problem wróci do źródła i będzie musiał zostać właściwie rozwiązany. Niemcy będą musieli wybudować więcej linii lub pokryć w pełni koszty działań zaradczych. Innym rozwiązaniem jest zmiana modelu rynku w stronę takiego, który będzie uwzględniał ograniczenia sieciowe. Za kilka lat przekonamy się w którą drogę pójdą nasi zachodni sąsiedzi – powiedział Konrad Purchała.