Informacje

Szewczak: Musielibyśmy oddać 200 mld zł na Grecję

Marek Siudaj

  • 22 maja 2019
  • 13:14
  • 6
  • Tagi: biznes euro finanse gospodarka sektor bankowy
  • Powiększ tekst

Przyjęcie euro wiązałoby się z pewnymi kosztami, o których nikt nie mówi. Gdybyśmy mieli euro w roku 2007, to biorąc pod uwagę algorytmy, jakie zostały narzucone Słowacji, można szacować, że musielibyśmy wydać 200 mld zł na pomoc dla Grecji – powiedział Janusz Szewczak, poseł PiS. – To kwota niebagatelna, to kwota równa połowie pieniędzy uzyskanych z Unii Europejskiej przez 15 lat naszego członkostwa.

W Warszawie odbywa się konferencja „Złoty, euro i sprawa polska”, na którym są omawiane różne aspekty przyjęcia przez nasz kraj wspólnej waluty. Na razie bilans wydaje się negatywny, jako że – jak powiedział Adam Glapiński, prezes NBP, „nie ma obecnie racjonalnych argumentów ekonomicznych za przyjęciem wspólnej waluty”.

To stanowisko poparł także Janusz Szewczak.

Niektóre wypowiedzi polityków, dotyczące euro, można uznać za element kabaretu. Tak jest w przypadku wypowiedzi europosłanki Róży Thun, która niedawno oświadczyła, że Słowacy przyjeżdżają do Polski na zakupy, bo są bogatsi – powiedział Szewczak. – Ale są i wypowiedzi takie jak Marka Belki, byłego prezesa NBP i byłego premiera.

Powiedział on, że Polsce euro będzie pomagać tak samo jak pomaga Niemcom i że dyskusja o tym, czy euro przyjmować, to temat zastępczy. Takie wypowiedzi musimy już chyba traktować poważnie – dodał. Jego zdaniem, strefa euro jest już w wielkich opałach i nie wiadomo, co będzie dalej.

Kraje używające wspólnej waluty po straconej wskutek kryzysu dekadzie znowu wchodzą w okres stagnacji. We Włoszech tempo wzrostu PKB w I kwartale tego roku wyniosło 0,2 proc. To zupełne przeciwieństwo krajów, które mają własną walutę i świetnie sobie radzą – powiedział Szewczak. – Euro poniosło porażkę, cele, jakie zostały postawione przy jego wprowadzaniu, są bardziej odległe niż wtedy, gdy wspólna waluta była przyjmowana – mówił.

Kryzys w strefie euro wynika z wielu przyczyn, jednak jej głównymi grzechami jest budowa strefy w oparciu i błędne założenia oraz udawanie, że nie ma gry interesów.

Każda decyzja, dotycząca strefy euro, wynika z koncepcji ekonomicznych, jakie decydentom przyświecają, oraz z interesów, jakie oni mają. Obecnie to Niemcy decydują o tym, co się tam dzieje, a więc to ich interesy są kluczowe – powiedział Szewczak. – Wiadomo, że aby na Południu Europy się poprawiło, gorzej musiałoby być na Północy, a więc i w Niemczech, a na to niemieccy politycy nigdy się nie zgodzą. O wiele łatwiej jest robić to, co Niemcom świetnie wychodzi, a więc oskarżać, że Grecy są leniwi, Włosi rozrzutni, a Hiszpanie za mało innowacyjni – dodał poseł PiS.

Na dodatek obecna sytuacja w strefie euro jest niezbyt różowa, bo ze względu na utrzymywanie niskich stóp procentowych EBC nie ma żadnych narzędzi, aby reagować na ewentualne kryzysy ekonomiczne. Euro to nie tylko koszty związane z niższym wzrostem czy mniejszą konkurencyjnością. To także bardziej wymierne koszty, jak choćby te już wspomniane wydatki na ratowanie krajów strefy w kłopotach.

Ale są także i inne koszty. Przecież przystąpienie do strefy euro oznacza, że o naszych – niebagatelnych – rezerwach dewizowych oraz naszych rezerwach w złocie – które rosną – decydowałby EBC. Mało tego, to od decyzji EBZ zależałoby, ile możemy wydrukować banknotów i wybić monet a te warunki mogą być różne – dodał Janusz Szewczak.

Komentarze