Opinie

Emmanuel Macron / autor: PAP/EPA/ETIENNE LAURENT
Emmanuel Macron / autor: PAP/EPA/ETIENNE LAURENT

Co się dzieje z przywódcami zachodniej Europy?

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 4 grudnia 2018
  • 11:42
  • 19
  • Tagi: Bizancjum Francja Hiszpania Niemcy polityka Rzym Wielka Brytania Włochy
  • Powiększ tekst

Zapewne każdy widział ostatnio obrazki z Paryża. Myślę, że każdy też zastanawiał się nad tym, czego chcą ludzie w żółtych kamizelkach, dlaczego zdecydowali się na niszczenie Paryża (o ile to nie oni, a nie była to operacja na podobieństwo budki pod ambasadą rosyjską) oraz dlaczego Francja ma w ostatnich latach tak beznadziejnych prezydentów?

Dla mnie, przyznam, to ostatnie pytanie jest najważniejsze, tyle że należy je poszerzyć. Otóż pytanie brzmi – czemu Europa ma tak beznadziejnych przywódców?

Jeśli idzie o Francję, widać to może szczególnie wyraźnie dzięki całkowitej beznadziei, jaką prezentują rządy Emmanuela Macrona. Aczkolwiek trudno oczekiwać czegoś szczególnego od człowieka, który jest po prostu pacynką wyjętą z niemieckiej kieszeni. Dziwne jest raczej to, że francuska polityka, zarówno ta uprawiana przez Hollande’a jak i Sakrozy’ego, jest mniej więcej taka sama jak Macrona. Opiera się na przekonaniu, że Francja ma coś do powiedzenia i robienia wszystkiego, aby świat przekonał się, że potrafi trzymać się jedynie niemieckiej spódnicy.

Ale nie da się ukryć, że Francuzi mają długą, sięgającą jeszcze XIX wieku tradycję stawiania na beznadziejnych przywódców. Może od tego szeregu nadętych pajaców, którzy tracili, co tylko było do stracenia, a jednocześnie nie zapobiegali żadnemu niebezpieczeństwu, odróżniał się de Gaulle, ale też jakoś niespecjalnie. W sumie tylko naprawdę bogaty i dobrze zorganizowany kraj jest w stanie wytrzymać taką paradę kretynów u władzy.

Nie lepiej jest z Wielką Brytanią. Owszem, przyjęło się u nas wychwalać Churchilla i Thatcher, ale pierwszy miał przede wszystkim nieco szczęścia. Gdyby USA weszły do wojny o rok później, Churchill też byłby znany z podpisywania pisanych po niemiecku papierów w wagonie na bocznicy historii. Thatcher miała przynajmniej odwagę podjąć próbę zmiany Wielkiej Brytanii i to się jej udało, ale pozostawiła po sobie ogromną niechęć (Brytyjczycy pili na wieść o jej śmierci). Poza tym nie jestem pewien, czy ta zmiana poszła w tym kierunku, jakiego Thatcher naprawdę chciała. Ale przynajmniej Anglicy mają ten luksus, że zawsze mogą spakować swoje europejskie zabawki i wrócić do siebie ostatnim promem z Dunkierki.

Niewiele też można powiedzieć o przywódcach Włoch, Hiszpanii czy państw skandynawskich. Obecnie rządzący we Włoszech przynajmniej czegoś chcą, podczas gdy ich poprzednicy tak naprawdę nie chcieli niczego. Dokładnie to właśnie można powiedzieć o ludziach rządzących Hiszpanią – za nic nie chcą się wychylić. Doskonałym przykładem jest polityka imigracyjna i przyjmowanie imigrantów „uratowanych” przez organizacje antyrządowe (kiedyś pozarządowe) bezpośrednio z rąk przemytników ludzi. Rozsądek kazałby ich odsyłać, ale obawy przed wychyleniem się zmuszają do przyjmowania takich „doktorów i inżynierów”.

Najgorsze jednak jest to, że nikt, ale to nikt nie chce się przeciwstawić Niemcom. Sprawa imigrantów, zaproszonych do UE przez Merkel jest najbardziej dobitym przykładem, że wizja Europy, jaką ma Berlin, jest szkodliwa dla kontynentu. Że Niemcy nie zamierzają się trzymać prawa, jeśli tylko jest to w ich interesie, że są gotowi narazić na szwank życie i zdrowie obywateli innych krajów oraz że chcą czerpać korzyści kosztem innych, a jeśli tylko pojawią się koszty, chcą je przerzucić na inne kraje (doskonałym przykładem są obozy koncentracyjne dla imigrantów, których nie zechce Berlin – bo do tego sprowadziłaby się proponowana przez Niemcy polityka imigracyjna).

Nie wiem, czy powodem tego oporu jest głupota – bo naprawdę niemieckie przywództwo niewiele daje innym krajom, co doskonale widać od kilku dekad. To nie jest przypadek, że UE rozwija się w żółwim tempie odkąd została utworzona (tym, co zaczną kręcić nosem, polecam sprawdzenie, kiedy został podpisany traktat tworzący Unię Europejską). Być może chodzi o pieniądze, być może – co zwłaszcza widoczne jest po naszej stronie kontynentu – o to, aby zająć pozycję niemieckiego namiestnika nad miejscową ludnością. Generalnie jednak zyski, które daje polityka podkulonego ogona, są znacznie niższe niż koszty, jakie są z nią wiążą.

Przede wszystkim dlatego, że zjednoczona Europa według niemieckiej wersji jest czymś zupełnie innym niż zjednoczona Europa, której pragnęli zarówno jej założyciele, jak i inne narody. Różnią się od siebie tak bardzo jak różniły się dwa Rzymy. Ten antyczny, ekspansywny, mógł rosnąć m.in. dzięki dobrej organizacji, dobremu prawu (bycie obywatelem Rzymu naprawdę wiele znaczyło) i niewielkiej ingerencji w podbite społeczeństwa, co – paradoksalnie – sprzyjało integracji. Drugi Rzym, czyli Bizancjum, był czymś zupełnie innym. To byłą zhierarchizowana, skostniała struktura władzy, z nieprawdopodobnie bogatym i jednocześnie strasznie chwiejnym centrum i kompletnie zapomnianymi peryferiami, które raz to wchodziły w skład państwa, raz to z niego wypadały. Bizancjum, owszem, przetrwało tysiąc lat, ale poza krótkimi okresami ekspansji nieustannie się kurczyło i zmniejszało.

Być może fatalna jakość przywódców zachodniej Europy to symptom tego samego zjawiska, które toczyło starożytny Rzym przed podziałem, kiedy to trafiali się tam zwykle słabi cesarze. Być może jesteśmy w przededniu takiej zmiany, jaką było przed 1,5 tysiącem lat przeniesienie środka ciężkości z Rzymu do Bizancjum, tyle że tym razem ruch odbędzie się do miasta, które kiedyś tak sprawnie zdobywali czterej pancerni.

Jeżeli tak się dzieje, to należy zrobić wszystko, aby ostatecznie znaleźć się poza granicami cesarstwa ze stolicą nad brzegami Bosforu. Bo rzymskie prawo, społeczeństwo, a z czasem i potęga odrodziły się w regionach, które pozostały poza Bizancjum. A państwo ze stolicą w Konstantynopolu w końcu podbili całkowicie muzułmanie i nie zostało tam nic rzymskiego, poza ruinami. I na dodatek jest mało prawdopodobne, aby ten proces w państwie podporządkowanym Berlinowi trwał tysiąc lat. Tak naprawdę jest spore ryzyko, że tym razem całkowity podbój tej niemieckiej Unii Europejskiej przez muzułmanów zajmie mniej niż życie jednego pokolenia.

Komentarze