Informacje

Ministerstwo Finansów
Ministerstwo Finansów

Prof. Kazimierz Dadak: Najwyższe instytucje państwowe podają jedne dane rodakom, a drugie organowi Komisji Europejskiej

Kazimierz Dadak

Kazimierz Dadak

Professor of Finance and Economics Hollins University

  • 13 listopada 2012
  • 15:50
  • 5
  • Tagi: budżet długi Donald Tusk finanse Jacek Rostowski Ministerstwo Finansów Rząd Tusk Donald
  • Powiększ tekst

Na koniec 2010 roku polski dług narodowy przekroczył 60% PKB (Tabela 1) – czyli wyniósł więcej niż zezwala konstytucja (art. 216, par. 5) – tak niezbicie wynika z danych OECD (Organizacji Współpracy Ekonomicznej i Rozwoju), której jesteśmy członkiem od 1996 r. Fakt ten jednak nie spowodował kryzysu konstytucyjnego, ponieważ minister Rostowski ogłosił, że jest on równy tylko 52,8% PKB, czyli o 9,5 punktu procentowego mniej. Wiarygodność ministra okazała się tak wielka, że sprawa ta nie została w ogóle poruszona podczas kampanii wyborczej w roku 2011.

Podobnie mają się sprawy z danymi publikowanymi przez Eurostat, na koniec II kwartału br. nasz dług publiczny jest równy 57% PKB, czyli dwa punkty procentowe powyżej tzw. „drugiego progu ostrożnościowego” (Wykres 1). W istocie rzeczy, ten stan rzeczy trwa od końca I kwartału 2011 roku i, jak do tej pory, nic nie słychać o tym, żeby rząd miał zamiar podjąć kroki wymagane przez ustawę o finansach publicznych. Ale także i w tym przypadku zdaniem ministra finansów taka potrzeba nie zachodzi, ponieważ na koniec ubiegłego roku nasze zadłużenie wyniosło zaledwie 53,5% (Monitor Polski, poz. 355 z dnia 29 maja 2012 r.).

Pierwsze pytanie jakie rodzą rozbieżności pomiędzy danymi ministra Rostowskiego, a OECD i Eurostatu to skąd się wzięły te różnice? Odpowiedź jest prosta, z powodu odmiennych standardów księgowości. OECD stosuje najbardziej dokładny miernik, tzw. SNA 93. Od 1993 r. używają go wszystkie instytucje związane z ONZ, włącznie z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym, a także większość krajów świata.

Ale standard ten okazał się zbyt rygorystyczny dla Unii Europejskiej, która właśnie pełną parą zmierzała ku wprowadzeniu euro. Według kryteriów z Maastricht, tylko kraje mające dług publiczny poniżej 60% PKB miały zostać członami strefy euro i istniała groźba, że bardzo nieliczni zmieszczą się w tej granicy. W rzeczy samej, na koniec roku 1997, czyli wówczas, gdy ustalano listę państwa członkowskich, dla Niemiec wskaźnik długu publicznego obliczany według SNA 93 wyniósł 60,3% PKB, ale według ESA 95 tylko 59,8%. Dla Francji, różnica ta była jeszcze większa, 68,8%, wobec 59,2%.

Europejski standard nie wymaga naliczania do sumy zadłużenia pewnych kategorii, na przykład wartości kredytów handlowych uzyskanych przez rząd. Tym sposobem, na przykład rząd polski nie musi wliczać do wysokości zadłużenia kredytu o wartości $3,8 mld. uzyskanego od rządu USA na zakup myśliwców F-16. Stąd też na koniec roku ubiegłego nasze zadłużenie według szacunków OECD wyniosło 63,3% PKB, a według Eurostatu aż o siedem punktów procentowych mniej.

Natomiast minister Rostowski stosuje jeszcze bardziej kreatywną księgowość i stąd jego ministerstwo podaje wartość długu publicznego na koniec 2011 r. na poziomie 815 mld. złotych, zaś według Eurostatu wynosi ona aż 859 mld. Eurostat, nie publikuje danych wziętych z sufitu, ale te podawane mu przez GUS (Komunikat GUS z dnia 23 kwietnia 2012 r.).

Rozbieżności pomiędzy danymi publikowanymi przez ministerstwo finansów w urzędowym dzienniku RP „Monitorze Polskim”, a podawanymi przez Eurostat to nie jest nowa sprawa (Tabela 1). Rzecz ciekawa, że przed przystąpieniem do Unii Europejskiej Polska stosowała ostrzejsze standardy naliczania długu publicznego niż Eurostat. Ba, do maja 2005 r. włącznie, ministerstwo finansów w publikowanym w „Monitorze Polskim” dorocznym komunikacie podawało także wysokość „łącznej kwoty państwowego długu publicznego powiększonej o kwotę przewidywanych wypłat z tytułu poręczeń i gwarancji udzielonych przez podmioty sektora finansów publicznych”. Na koniec 2004 r. tak liczone zadłużenie stanowiło 50,2 % PKB, czyli o 1,4% PKB więcej niż bez tych gwarancji.

Jak wynika z Tabeli 1, dojście do władzy PO spowodowało dalsze „złagodzenie” używanych przez ministerstwo finansów standardów księgowości. O ile drobne różnice za lata 2006-08 są zjawiskiem normalnym wynikającym z tego, że dane w „Monitorze Polskim” obrazują najlepszą znajomość rzeczy na dany dzień (połowa kwietnia), zaś statystyki Eurostatu są aktualizowane i odzwierciedlają późniejsze poprawki. Takie korekty nie dziwią, ponieważ w chwili publikacji danych w „Monitorze Polskim” mamy jeszcze nie całkiem dokładny obraz PKB.

Natomiast, począwszy od roku 2009 rozbieżności pomiędzy urzędowymi statystykami ministerstwa finansów i Eurostatu przybierają niepokojące rozmiary. W 2009 r. różnica wynosi już całe 1,1 punktu procentowego. Co więcej, według ministerstwa poziom zadłużenia znalazł się poniżej 50% PKB, czyli tzw. „pierwszego progu”. Na koniec roku ubiegłego rozbieżność sięga już 2,8% PKB i, co jeszcze istotniejsze, pozwala na nie podjęcie kroków wymaganych w chwili przekroczenia tzw. „drugiego progu”. Tak więc w tym samym czasie, najwyższe instytucje państwowe, w majestacie prawa, podają jedne dane rodakom, a drugie organowi Komisji Europejskiej. Takich „dowcipów” nie robiła nawet nieboszczka „władza ludowa.”

Ani konstytucja, ani ustawa o finansach publicznych nie precyzują standardów księgowości według których ma być naliczany dług narodowy. Niemniej, intencją ustawodawcy, ba całego narodu – wszak konstytucja została poddana ogólnonarodowemu głosowaniu – było zapobieżenie nadmiernemu zadłużeniu państwa, czyli stosowanie się do powszechnie przyjętych norm i do 2008 roku włącznie rządy najwyraźniej stosowały się co najmniej do zasad ESA 95. Natomiast po tej dacie mamy do czynienia z rozumieniem ustawy jako aktu prawnego dającego ministrowi finansów zupełną dowolność w prowadzeniu statystyk zadłużenia publicznego. Mówiąc wprost, powróciliśmy do stanu sprzed 1989 r. gdy władza w miarę potrzeb naginała prawo do swoich potrzeb – zadłużeniem jest tylko to, co za takowe uzna urzędujący minister. Jeśli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie, to powyższe dowodzi, że de facto Polska przestała być państwem prawa.

Konsekwencje tego stanu rzeczy są opłakane. W istocie rzeczy, na koniec 2011 r. nasz dług narodowy był wyższy nie o około 44 miliardy złotych jak by to wynikało z różnicy pomiędzy danymi ministerstwa finansów a danymi Eurostatu, ale o około 149 miliardy. Według metodologii SNA 93 nasze zadłużenie wynosi około 964 mld. a nie zaledwie ok. 815 mld. jak zapewnia minister Rostowski.

Ten stan rzeczy jest możliwy, ponieważ rodzimi stróże czystości fiskalnej, a także wielcy wielbiciele wszystkiego co unijne w jednej osobie, na czele z tymi którzy stworzyli tzw. licznik Balcerowicza nie podają danych według standardu ESA-95 (nie mówiąc już o danych OECD), ale powtarzają to co głosi ministerstwo finansów. Mówiąc wprost, są to wszystko tuby propagandowe ministra Rostowskiego. Albowiem, gdyby naprawdę chodziło o dobro kraju, o niedopuszczenie do krachu finansowego na miarę Grecji, Portugalii, czy Hiszpanii, to już dawno ujawniliby oni fakt już nie podwójnej, a potrójnej księgowości, jednej na użytek wewnętrzny, drugiej na użytek Unii, a jeszcze innej na potrzeby OECD.

Dane zawarte w Wykresie 1 i Tabeli 1 również pokazują ogrom zniszczeń gospodarczych jaki dokonał się podczas rządów premiera Tuska. W okresie 2005-07, dzięki powolnemu wzrostowi zadłużenia państwa połączonemu z przyzwoitym tempem wzrostu gospodarczego udało się obniżyć względny poziom długu narodowego. Natomiast, po przejęciu władzy PO rozpoczęła orgię wydatków i zadłużania kraju. Na koniec 2007 r. dług publiczny wynosił 529,4 mld. złotych, natomiast na koniec II kwartału 2012 osiągnął aż 891,8 mld. (według łagodnych standardów Eurostatu). Tak więc, w ciągu zaledwie czterech i pół lat polskie zadłużenie podskoczyło o 362,4 mld. złotych, czyli o 68,5%.

Gdyby ten wzrost długu wynikał ze wzrostu wydatków na rozwój szeroko pojętej infrastruktury (nie tylko drogi, ale i na przykład prace badawczo-rozwojowe), to można by powiedzieć pół biedy, ponieważ dziś mielibyśmy przychód z opłat za przejazd, czy wyższy poziom nauki i techniki. Nic z tego, autostrady są w rozsypce, żadnych większych osiągnięć w zakresie działalności wynalazczej nie zanotowaliśmy, a pieniądze gdzieś znikły.

 

Kazimierz Dadak, Professor of Finance and Economics Hollins University

12 listopada 2012

Komentarze