Pod koniec II kwartału br. powinien nastąpić szybki przyrost inwestycji, co spowoduje, że polska gospodarka ruszy do przodu - przewiduje prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Adam Glapiński.

Jak Pan ocenia stan polskiej gospodarki i perspektywy w tym roku?

Prof. Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polskiego: Ten rok zapowiada się dobrze. Mamy najniższe w historii bezrobocie, przyzwoity - na tle innych krajów - wzrost gospodarczy, śladową inflację, nie ma żadnych dużych nierównowag, sektor bankowy jest stabilny. Także zadłużenie – w porównaniu z innymi krajami - jest niewielkie, deficyt sektora finansów publicznych pod kontrolą, a deficyt budżetowy rekordowo niski. Dodatkowe środki z zeszłego roku można było pod koniec 2016 r. przesunąć na ten rok.

Inflacja jednak się odbija, czy możemy mówić o jakieś perspektywie dla podwyżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej?

Wzrost inflacji wynika na razie przede wszystkim ze statystycznego efektu bazy oraz z kursu dolara i decyzji OPEC, która dała niewielki wzrost cen ropy naftowej, który jednak się zatrzymał. Po dość szybkim początkowym wzroście, inflacja nie powinna już szybko się zwiększać. Europejska gospodarka nie ruszyła wyraźnie szybciej, stopy procentowe w Europie też nie rosną. Można szacować, że w tym roku dotkniemy dolnej linii odchyleń od celu inflacyjnego w wysokości 1,5 proc. Być może będzie to nieco więcej. To oznacza, że RPP dopiero w przyszłym roku może pochylić się nad ewentualną zmianą stóp procentowych. Przy czym może je pozostawić na niezmienionym poziomie, jeśli gospodarka polska nie ruszy energiczniej w tym roku. Oznaczałoby to, że – przy wzroście inflacji - realnie stopy będą się obniżać, co wspiera gospodarkę.

A gospodarka ruszy?

Powinna. Cały czas rozwija się bowiem bez środków unijnych, co przyczynia się do spadku inwestycji. Inwestycje realizowane bez tego istotnego wsparcia są niższe. Jest tylko kwestią czasu, kiedy te unijne środki ponownie zaczną być wydawane. Zakładamy, że pod koniec drugiego kwartału nastąpi szybki, żywiołowy przyrost inwestycji, co spowoduje też szybki przyrost wzrostu gospodarczego.

Na jakie tempo rozwoju możemy liczyć? Dane za trzeci kwartał zeszłego roku rozczarowały.

Z osłabieniem dynamiki wzrostu boryka się nie tylko Polska, ale także inne kraje naszego regionu. To właśnie efekt przejściowego obniżenia absorpcji unijnych środków. Jest tak m.in. dlatego, że obecna perspektywa unijna jest na trochę inne wydatki niż poprzednia, bardziej modernizacyjne, na innowacje, które są trudniej wdrażane. Ale te pieniądze nie przepadną, tylko zostaną wykorzystane później. Liczę, że wzrost w tym roku wyniesie co najmniej 3 proc. Nasze naturalne tempo wzrostu, którego byśmy sobie życzyli, to 3-4 proc. Wzrost ponad 4 proc. byłby "wzrostem inflacyjnym".

Czy resort finansów nie przeszacowuje tempa rozwoju polskiej gospodarki?

Nie. Sytuacja jest bardzo dobra, ale dopóki środki unijne nie zostaną zaimplementowane, to wzrost gospodarczy będzie niższy od naszych oczekiwań. Poza tym liczymy, że nasza gospodarka przyspieszy także dzięki pobudzeniu w Stanach Zjednoczonych. Jeśli w USA gospodarka przyspiesza, to przyspiesza także gospodarka europejska, zwłaszcza niemiecka. A to już ma duży wpływ na gospodarkę polską.

Czy NBP ma możliwości, z których mógłby skorzystać, żeby wspierać gospodarkę?

Główne narzędzie klasycznej polityki monetarnej to niskie stopy procentowe. Ale one są już niskie. Mamy najniższe nominalnie stopy w historii, a zważywszy, że inflacja jest już dodatnia, to one realnie będą jeszcze spadać. Przy głównej stopie procentowej w wysokości 1,5 proc. i inflacji rzędu 1,5 proc. stopy realne wynoszą zero procent. Jeśli utrzymamy stopę referencyjną na poziomie 1,5 proc., to możemy wejść w ujemne realne stopy procentowe. Problem polega na tym, że we wszystkich krajach rozwiniętego świata stopy procentowe już słabo oddziałują na aktywność gospodarczą. Za pomocą stóp łatwiej można ją zamrozić, niż pobudzić. Polskie banki są wypełnione płynnością, oferują kredyt najtańszy w historii, a przedsiębiorcy się nie spieszą, żeby go brać.

Czy utrzymujący się od dłuższego czasu kurs franka powyżej 4 zł niesie jakieś zagrożenia dla gospodarki?

Kredyty we frankach dobrze się spłacają, najczęściej mają je ludzie zamożni. Z punktu widzenia makroekonomicznego nie ma zagrożenia. Nowych kredytów walutowych właściwie już się nie udziela. Trzeba spełnić bardzo rygorystyczne warunki, żeby je otrzymać - praktycznie zarabiać w danej walucie. Poza tym próbujemy uregulować kwestie dotyczące kredytów frankowych.

Czy nie obawia się Pan, że rekomendacje dla banków sformułowane przez Komitet Stabilności Finansowej będą za słabe, nie zachęcą banków do przewalutowania kredytów walutowych na złotowe?

Moim zdaniem rekomendacje w kształcie proponowanym przez KSF powinny okazać się skuteczne.

Kredyty złotowe są bezpieczne?

Tak, ale przyglądamy się, jaki wpływ na sytuację miałoby podniesienie stóp procentowych, kiedy raty kredytobiorców złotowych wzrosłyby. Dlatego warto wprowadzić regulacje sprzyjające rozwojowi kredytu o stałym oprocentowaniu. Tak jest w wielu krajach zachodnich. Jest to dosyć skomplikowane, wymaga m.in. rozszerzenia funkcjonowania w polskiej gospodarce listów zastawnych, co związane jest z finansowaniem tych kredytów. Teoretycznie jest to już możliwe, jednak w praktyce nie działa.

Takie kredyty są już dostępne w niektórych bankach, ale nie cieszą się zainteresowaniem, ponieważ są drogie. Chodzi więc o to, by były tańsze i bardziej przystępne. Do rozstrzygnięcia pozostaje np. kwestia, na jak długo kredyt ma być oprocentowany stałą stopą. Chcielibyśmy ten okres jak najbardziej wydłużyć. Za granicą jest to zwykle 5-10 lat.

Będą potrzebne zmiany legislacyjne?

W przypadku listów zastawnych odpowiednie zmiany już zostały wprowadzone, chodzi tylko o zachęcenie banków - może poprzez regulacje - aby korzystały z tych instrumentów, chciały do nich sięgać. Dzięki temu będą miały długookresowe finansowanie, którego dzisiaj bankom brakuje.

Jak przebiega podporządkowanie KNF-u Narodowemu Bankowi Polskiemu?

Właściwe rozwiązania pojawią się na pewno we właściwym czasie. Doświadczenia międzynarodowe wskazują, że istnieje bardzo wiele rozwiązań instytucjonalnych, które mogą być brane pod uwagę.

Czy jest pomysł, aby także Bankowy Fundusz Gwarancyjny podporządkować NBP?

Mogłaby to być tylko część BFG - tzw. resolution - związana z uporządkowaną likwidacją banków i ich restrukturyzacją, kwestiami własnościowymi. Bank centralny jest instytucją, która mogłaby się tym zająć. Funkcję taką pełni na przykład Bank Anglii. Część dotycząca gwarantowania depozytów powinna natomiast pozostać w BFG.

PAP, MS