Opinie

Polsko-turecki symetryzm, czyli pomyłka

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 14 sierpnia 2018
  • 15:53
  • 20
  • Tagi: Erdogan kryzys lira polityka Polska Turcja
  • Powiększ tekst

Upadek liry sprawił, że pojawili się ludzie, którzy dostrzegli podobieństwa między Polską a Turcją i ostrzegają Warszawę przed kryzysem. Tymczasem tak naprawdę upadek liry jest najlepszym dowodem, że decydując się na zmianę rządu w 2015 r. uciekliśmy przed kryzysem.

Jestem pod dużym wrażeniem wysypu specjalistów od Turcji, którzy jednocześnie w małym palcu mają wiedzą o wpływie niezależnych instytucji na rozwój gospodarczy. Dla owych specjalistów jest oczywiste, że tak naprawdę o tempie rozwoju gospodarczego decydują niezależne sądy, niezależny bank centralny i niezależny Trybunał Konstytucyjny (co jest o tyle ciekawe, że w wielu krajach czegoś takiego nie ma, a to jakoś nie przeszkadza im się nieźle rozwijać). Mimo tej oczywistości jednak wielu z nich jeszcze bryluje w wiedzy ekonomicznej, więc doskonale zdają sobie sprawę, że przyczyną kłopotów Turcji jest wysokie zadłużenie zagraniczne firm i przegrzanie gospodarki.

Teza, jaką stawiają, jest taka, że gdyby w Turcji był niezależny bank centralny, wolne sądy i zapewne Amnesty International, to ich reakcja byłaby właściwa i uratowałyby wespół zespół cały kraj przed kryzysem. Całe zło więc tkwi w tym, że prezydent Turcji Recep Erdogan podporządkował sobie te instytucje (a Amnesty International wyrzucił w ogóle z kraju), więc nie zareagowały właściwie i w efekcie jest źle.

I tu się pojawia wątek polski, gdyż nasi polsko-tureccy symetryści zawsze widzą podobieństwa do kraju. Wychodzi na to, że w Polsce dzieje się podobnie jak w Turcji, trwa podporządkowanie niezależnych instytucji – w tym, tak, tak, NBP – więc jak pojawi się niebezpieczeństwo, to nie zareagują właściwie i będzie źle. Niektóre porównania wydają się być bardziej wołaniem o kryzys w Polsce niż rzetelną analizą, ale są tacy, co naprawdę wydają się wierzyć w mit o niezależnych instytucjach wbrew politykom sprawującym wieloletnią władzę,

Jak widać, owi symetryści niewiele wiedzą o Polsce, co zawsze zaskakuje o ludzi, którzy tutaj mieszkają ewentualnie od lat o Polsce piszą. Kłopot w tym, że ci ludzie niewiele wiedzą także o Turcji, stąd ich paralele wychodzą idiotycznie.

Tymczasem jest tak, że ogromy sukces gospodarczy Turcji to zasługa Erdogana. Przypominam, że ten człowiek był w latach 2003-2014 premierem Turcji, a potem wygrał wybory na prezydenta tego kraju. I wygrał nie dlatego, że obezwładnił owe niezależne instytucje i Amnesty International, tylko dlatego, że świetnie radził sobie w zarządzaniu państwem. W 2001 r. PKB Turcji wynosiło ok. 200 mld USD, a w roku 2013 to było już 950 mld USD. Do wzrostu bogactwa trzeba dodać wzrost znaczenia międzynarodowego, rosnące ambicje polityczne w regionie. To wszystko jest w dużym stopniu zasługą Erdogana, którego gigantyczny apetyt na władze był doskonale znany Turkom.

Co do niezależnych instytucji – to jeśli takie powstały, zostały zbudowane przez Erdogana. Wcześniejsza historia Turcji polegała na tym, że co jakiś czas wojsko obalało rządzącą partię, pilnując świeckiego charakteru kraju. Do takich wojskowych przewrotów dochodziło w latach 1960, 1971, 1980 i 1997. Rozumiem, że są tacy, którzy uważają, że świeckie państwo lepsze jest od rządów partii religijnych, ale naprawdę chyba nie ma nikogo rozsądnego, kto by uważał, że w dobie przewrotów wojskowych jakieś instytucje mogą zachować niezależność. A więc jeszcze raz – to Erdogan tę niezależność instytucji zbudował.

Tyle że – drodzy polsko tureccy symetryści – Turcja z 2003 roku to nie Turcja z 2016 roku, a Erdogan z 2003 roku to nie Erdogan obecnie. I tu właśnie jest przyczyna problemów tureckiej liry – w wyczerpaniu modelu gospodarczo-politycznego, czego najlepszym dowodem był wojskowy pucz, zaś upadek waluty to jedynie skutek. I tu właśnie pojawia się polski wątek.

Jakiś czas temu pojawiły się w Polsce ostrzeżenia, że wkraczamy w pułapkę średniego wzrostu. Chodziło o to, że dotychczasowy model, oparty przede wszystkim na niskim koszcie siły roboczej i na wykorzystywaniu pracowników, kończy się. Że nadchodzi czas na zmiany, bo inaczej przestaniemy doganiać Zachód. Pojawiły się opinie, że należy inwestować w badania i rozwój, w pracowników.

Myślę, że bardzo podobna sytuacja miała miejsce w Turcji. Ten kraj uznał, że może szybko się rozwijać, wykorzystując duże, znacznie większe niż w Polsce, zasoby taniej i młodej siły roboczej. Wcześniej, przed Erdoganem, ta siła robocza emigrowała do Niemiec, a pod jego rządzami zaczęła pracować na rzecz Turcji. I ta decyzja się opłaciła, tempo wzrostu przekraczało kwartalnie 10 proc. (ostatni raz było tak w III kw. ubiegłego roku). Tyle że z czasem ten model się wyczerpał, konieczna była jego zmiana, bo w innym wypadku gospodarce Turcji groziło spowolnienie.

I to właśnie – szanowni symetryści polsko-tureccy – pokazuje zasadniczą różnicę między Polską a Turcją. My w Polsce zdecydowaliśmy się na zmianę rządu, bo było jasne, że poprzedni gabinet nie będzie w stanie dokonać zmiany modelu rozwoju. Turcja nie zmieniła rządu, tylko autora dotychczasowych sukcesów wzmocniła, dając mu jeszcze większą niż do tej pory władzę.

Nie chce mi się udowadniać tezy, że długotrwałe sprawowanie władzy centralnej korumpuje tzw. niezależne instytucje. Przykładów na to w historii jest mnóstwo. Twierdzenie, że Erdogan mógłby zachować niezależny bank centralny jest absurdalne, bo bank centralny sam prędzej czy później zacząłby się podporządkowywać politycznemu centrum. Nie trzeba do tego aresztowań i procesów.

U nas, jak napisałem, doszło do zmiany rządu, który zdecydował się na rozwiązania, mające na celu wyciągnięcie Polski z pułapki średniego dochodu. Powstały instytucje, których celem jest zwiększenie nakładów na badania i rozwój, rząd postawił na wzrost płac, bo dla każdego poza wyborcami Nowoczesnej jest jasne, że dobrych specjalistów przyciąga się dobrymi poborami. Przedsiębiorcy powoli stają przed wyborem, czy decydować się na wzrost nakładów na organizację pracy i nowe technologie, czy po prostu liczyć się z koniecznością zamknięcia biznesu. Stawiane są kwestie, które jeszcze niedawno były nie do pomyślenia – ot, choćby taka, że w Polsce nie opłaca się robić ręcznie dachówki na brytyjskie domy, więc właściciele firmy muszą poszukać nowego pomysłu na siebie.

Wreszcie ktoś wziął się za sądy, które dla każdego, kto śledził tylko dane z rankingu Doing Business, od lat były bolączką polskiej gospodarki. Firmy od dawna skarżyły się na przewlekłość postępowań, korupcje i jawną niesprawiedliwość, podobnie zresztą jak obywatele. Wymiar sprawiedliwości mieliśmy drogi i jednocześnie o bardzo niskiej jakości. Każdy, kto zna się nieco na rozwoju gospodarczym wie, że nie można dokonywać zmian w całej gospodarce i jej otoczeniu, jednocześnie zostawiając skostniały jeden z najważniejszych elementów systemu, bo prędzej czy później to nieruchawe monstrum zadusi gospodarkę.

To wszystko zdarzyło się w Polsce, bo wyborcy zgodzili się z tezą, że czas na zmianę modelu rozwoju kraju i zdecydowali się na nowy rząd. Nie zdarzyło się to zaś w Turcji, bo tam wyborcy postawili na dotychczasowego dostawcę sukcesu gospodarczego. Tym samym uznali, że chcieliby nadal rozwijać się tak, jak do tej pory, co – niestety – okazało się niemożliwe. Do społeczeństwa tureckiego nie dotarło to, co wiedzieli wyborcy w Polsce – że nawet najlepszy model rozwoju z czasem się wyczerpuje, a nawet najlepszy przywódca kraju z czasem przestaje podejmować trafne decyzje. I najlepszą metodą na utrzymanie wzrostu jest po prostu zmiana rządu i rządzących.

Jestem przekonany, że gdybyśmy nie zmienili rządu, tempo wzrostu polskiej gospodarki byłoby niższe. Ale największe ryzyko widzę w tym, że za rok-dwa w danych o polskiej gospodarce zaczęłyby się pojawiać sygnały nierównowagi i złoty zacząłby się obsuwać. Tak naprawdę decyzja Polaków z 2015 r. sprawiła, że nie idziemy obecnie ścieżką Turcji. Kto wie, gdyby było inaczej, może byśmy ją nawet zaczęli wyprzedzać na ścieżce w dół.

Komentarze