Donald Tusk stawia siebie ponad prawem, które obowiązuje obywateli kraju, którym rządzi. W tej sytuacji trudno się spodziewać od rządu reformatorskich działań. Rządzący po prostu nie znają realów kraju w którym żyją. Przykładem może być zdziwienie premiera, że ktoś oczekuje iż będzie płacił podatki od ubrań, które otrzymał od partii czy za wykorzystywanie samochodu lub samolotu do prywatnych celów.

Wczoraj pisałem o tym, że małżeństwo Tusków nie odprowadziło podatku od ubrań, które otrzymali od partii. Nie odprowadzili bo uważają, że nie muszą. Pomimo kilku opinii doradców podatkowych, którzy uważają, że w tym przypadku jest podstawa do naliczenia podatków, skarbnik Platformy Obywatelskiej twierdzi, że nie ma takiej podstawy. Podobnie było kilka miesięcy temu, gdy dziennikarze zaczęli dopytywać się, czy premier płaci podatek za wykorzystywanie samochodu lub samolotu do podróży do domu w Trójmieście.

- Dwadzieścia cztery godziny na dobę pracuję, a także śpię, rozmawiam z żoną, jem. Jako premier nie jestem w stanie oddzielić jednej minuty od drugiej - kiedy działam służbowo, a kiedy nie

– odpowiadał wtedy Donald Tusk.

Tylko, że dokładnie ten sam problem mają polscy przedsiębiorcy, a pomimo tego urzędnicy skarbowi z żelazną konsekwencją każą im jedną minutę od drugiej oddzielać. Mało tego z góry zakładają, że samochód osobowy kupiony do firmy będzie wykorzystywany do pracy tylko w połowie, a w drugiej połowie do celów prywatnych. Jako przedsiębiorca nie mam żadnej możliwości udowodnienia, że samochodu, który kupiłem na firmę używam do celów prywatnych może w 10 proc. Nikt nawet nie daje mi takiej możliwości.

Sześć lat temu Donald Tusk mówił:

„Napatrzyłem się na ludzi władzy, którzy myślą, że wszystko im wolno. Których pazerność nie zna granic. Ale dziś mówię z całą powagą: koniec z ich przywilejami. Weźmiemy za to odpowiedzialność”.

Nie wiem co miał na myśli mówiąc, że wezmą za to odpowiedzialność. Wygląda raczej na to, że tak napatrzył się na ludzi władzy, że aż im pozazdrościł i postanowił robić dokładnie to samo. Niech lud płaci podatki od kawy w biurze, imprezy integracyjnej, samochodu, którym wraca do domu. Premier nie musi. Zresztą nikt się tego od niego nie domaga.

I tutaj wychodzi kolejna kwestia. Premier jest najwyższym urzędnikiem w państwie. Kto miałby go sprawdzać czy rozlicza dodatkowe przychody w postaci ubrań, paliwa czy zużycia sprzętu? Inni urzędnicy? Czy odważą się przyjść do szefa i powiedzieć: „Zapłać!”. Nie. Tu obowiązuje długa, jeszcze z czasów carskich, tradycja. Urzędnik na wyższym stołku jest święty. Za to tym wszystkim, których los zależy od ciebie, należy utrudniać życie jak najbardziej się da. Najlepiej zniszczyć.

Donald Tusk doszedł do władzy, bo obiecywał, że to zmieni. Nie tylko nie zmienił, ale doprowadził biurokracje na szczyty jej świetności. Minister „sami wiecie który” chce zaglądać podatnikom do domów, już może zaglądać do rachunków bankowych i sprawdzać z kim i skąd rozmawiali przez telefon. Na granicy ludziom żyjącym na skraju nędzy, wylicza się ile razy mogą wyjechać za granicę, żeby przypadkiem fiskus nie stracił kilku złotych na paliwie przywiezionym w baku. Urzędnik stał się panem życia i śmierci przedsiębiorcy, bo może mu na postawie samego podejrzenia zablokować rachunek bankowy, doprowadzając firmę do natychmiastowego bankructwa. Tymczasem facet, który za to odpowiada, zarabiający 21 tys. zł miesięcznie, skarży się, że go nie stać na kupno garniturów, że nie wie kiedy jest premierem, a kiedy Donaldem i w związku z tym nie płaci podatków. Facet naprawdę żyje w innym kraju skoro może się do tego publicznie przyznać i sfora urzędników skarbowych nie rzuca się mu do gardła.