Opinie

autor: EPA/STEPHANIE LECOCQ
autor: EPA/STEPHANIE LECOCQ

Nord Stream 2 to źródło zła

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • 11 lipca 2018
  • 12:24
  • 6
  • Tagi: energetyka NATO Niemcy Nord Stream 2 paliwa polityka Polska Rosja Unia Europejska USA
  • Powiększ tekst

Jeszcze do niedawna szczyty G7 oraz spotkania NATO były wypełnione bezproduktywną gadaniną, w trakcie której Niemcy próbowali udawać, że chcą dobrze, a reszta udawała, że im wierzy. Ale Donald Trump zmienił zasady gry. I dobrze.

Pytanie, jakie prezydent USA postawił w trakcie obecnego szczytu NATO, było trafne – jak to jest możliwe, że kraje, które boją się Rosji, chcą od tej Rosji kupować coraz więcej gazu? Tyle że jego odpowiedź – że to efekt podporządkowania sobie Niemiec przez Rosję –nie jest do końca prawdziwa. Tak naprawdę bowiem Nord Stream 2 to podstawa, na której Niemcy chcą zbudować swoją europejską hegemonię.

Piszę Nord Stream 2, ale proszę to traktować jako skrót myślowy, jako symbol. Otóż chodzi o gazowe relacje z Rosją. Uwaga – gazowe, bo Niemcy, mimo że produkują miliony samochodów, aż tak bardzo nie przejmują się ropą naftową. Mało kto pamięta, że Niemcy nie mają własnego koncernu naftowego.

Gaz, jaki Niemcy będą sprowadzać z Rosji, ma być uzupełnieniem energii produkowanej ze źródeł odnawialnych. Wprawdzie Niemcy mają jeszcze system węglowy – jakoś się tym nie chwalą, ale produkcja energii z węgla bez problemu zaspokoiłaby ich potrzeby – ale obecnie tworzony system europejski wymaga tzw. zielonych certyfikatów. Niemcy starają się tak stworzyć cały system, aby mieć odpowiednio dużo tzw. zielonej energii, aby ich przemysł nie był obciążony zbyt wysokimi kosztami „ekologizacji” energii, co dodatkowo poprawia jego konkurencyjność. W połączeniu z euro – które sztucznie utrzymuje stosunkowo niskie ceny tamtejszych produktów – ma to dać Niemcom przewagę w  Europie w ciągu najbliższych dekad.

Bez Nord Stream 2, bez rosyjskiego gazu, cała koncepcja Energiewende przechodzi tam, gdzie wkrótce trafi kanclerz Angela Merkel – do historii. Jak napisałem, niemiecki system energetyczny oparty jest na węglu, więc szybko by się okazało, że system zielonych certyfikatów uderza w tamtejsze firmy. Jestem przekonany, że rezultatem byłaby zmiana postaw wielu ekologicznych eurodeputowanych, którzy uznaliby szybko, że najważniejsze są miejsca pracy.

Wiadomo, że Europa nie przeżyje bez gazu, więc musiałaby poszukać innych jego źródeł. Są oczywiście spore złoża na Morzu Północnym, ale to nie wszystko. Trzeba byłoby uruchomić dostawy z innych krajów azjatyckich, ale przede wszystkim z USA. Trudno mi w tej chwili szacować, ile pieniędzy popłynęłoby do USA z tytułu dostaw LNG, ale sądzę, że byłby to wyraźny krok ku redukcji deficytu handlowego Stanów w relacjach z UE.

Tyle że dla Niemiec to jest gorsza opcja. Przede wszystkim dlatego, że koncepcja Nord Stream 2 stawia ich w roli pośrednika, a więc daje im dostęp do tańszego gazu niż mieliby wszyscy inni. Gdyby musieli korzystać z gazu z innych źródeł, byliby w najlepszym razie w takiej samej sytuacji jak inne kraje. A być może musiałyby płacić więcej. Ta myśl prezesów niemieckich firm doprowadza do pasji.

Na dodatek w układzie z Nord Streamem Niemcy nie tylko mają mniejsze ceny, ale także wydają mniej na inne rzeczy, przede wszystkim na bezpieczeństwo. Widzę, że ludzie kpią z niemieckiej armii, która nie ma czym latać i która ma parę sprawnych czołgów. Tyle że dla mnie jest to dowód na niemiecki geniusz – mają zapewniony podwójny parasol bezpieczeństwa, więc po prostu armia im nie jest potrzebna. Zwłaszcza, że co jakiś czas pojawiają się doniesienia, że legną się w armii miłośnicy Hitlera.

Funkcja pośrednika w sprzedaży rosyjskiego gazu sama w sobie zapewnia Niemcom bezpieczeństwo, a do tego jest NATO. Wiadomo, że o sile NATO decydują USA, które dość poważnie podchodzą do kwestii wojskowych, dlatego wydają na armię więcej niż reszta świata. Ale nawet USA wcześniej ograniczyły wydatki wojskowe, jednak zaczęły je zwiększać, kiedy okazało się, że Rosjanie uruchomili modernizację swojej armii. Podobnie postąpiło część państw, zwłaszcza w naszym regionie. To wszystko oznacza dodatkowe obciążenia budżetów tych krajów, obciążenia, których nie ponoszą Niemcy.

Berlin najwyraźniej liczył, że uda się utrzymać taki układ, kiedy Niemcy pobierają profity, a obciążenia spadają na innych. W końcu za czasów Baracka Obamy wszystko to tak ładnie funkcjonowało, że Berlin z Moskwą poczuły apetyt na więcej. Zaczęła się tworzyć chora sytuacja: Niemcy przymierzają się do zwiększenia zakupów gazu w Rosji. Za te pieniądze Rosjanie stawiają las rakiet w obwodzie kaliningradzkim, na co Amerykanie opowiadają zwiększeniem swojej obecności w naszej części Europy, zaś Polacy i państwa bałtyckie zwiększają zakupy broni. Mogłyby kupować nawet więcej, gdyby nie wysokie ceny, które zostały ustalone, aby sfinansować oba Nord Streamy, która mają zagwarantować Rosji zwiększenie sprzedaży gazu do Europy dzięki Niemcom. A większa sprzedaż gazu to więcej pieniędzy na armię itd.

Niemcy są tak pewni swego, że nie chcą specjalnie zwiększać wydatków na armię. Owszem, niby mają plan podniesienia ich poziomu, ale zapewne to tylko takie mydlenie oczu Trumpowi i innym krajom europejskim. Gdyby sprawę traktowali bardziej serio, szybko zdecydowaliby się na zwiększenie zakupów w USA i nakłonienie do tego innych. To byłby jeden z szybkich sposobów na zmniejszenie deficytu handlowego z USA, który tak leży na sercu Trumpowi. Inna rzecz, że Niemcy najwyraźniej do tej pory nie mogą zrozumieć, że amerykański prezydent może zachowywać się inaczej niż Barack Obama, który niewiele rozumiał z międzynarodowej polityki i ewidentnie był bardzo wrażliwy na europejskie pochlebstwa.

Jednak trudno nie odnieść wrażenia, że Niemcy w swoich rachubach się przeliczyły. Chodzi o to, że cały układ ma zapewnić Berlinowi dominację w Unii Europejskiej, ale innym krajom, zwłaszcza w naszym regionie, nie daje poczucia bezpieczeństwa. Wyłącznie dlatego, że Berlin nie może tego poczucia zapewnić – nie ma ani armii, ani broni jądrowej. To zaś posiadają USA. I jeśli tylko kwestia bezpieczeństwa zostanie postawiona na ostrzu noża, to większość państw UE bez mrugnięcia okiem porzuci politykę Berlina.

Jest jeszcze jedna rzecz – i Nord Stream 2 jest tego najlepszym dowodem. Otóż Niemcy nie umieją zarządzać niczym więcej niż państwem. Świetnie im idzie kierowanie Niemcami, ale kiedy tylko próbują podporządkować sobie więcej krajów, natychmiast wychodzi na wierzch ich buta, brak empatii i kompletny brak umiejętności dyplomatycznych. Unia Europejska jest kolejnym tego dowodem – dopóki mniejsze Niemcy miały w niej mniej do powiedzenia, EWG działała nieźle. Kiedy jednak zjednoczone Niemcy zaczęły w niej dominować, wszystko zaczęło się sypać. I prędzej czy później ta niemiecka nieudolność zacznie się odbijać i na nas.

Komentarze