Informacje

Julia Patorska, liderka zespołu ds. analiz ekonomicznych, Deloitte  / autor: Mat. pras.
Julia Patorska, liderka zespołu ds. analiz ekonomicznych, Deloitte / autor: Mat. pras.

Kryzys kryzysowi nierówny. Czy nadchodzącej recesji należy się bać i jak z niej jak najszybciej wyjść?

Julia Patorska, Deloitte

  • Opublikowano: 4 września 2022, 23:30

    Aktualizacja: 5 września 2022, 00:02

  • 2
  • Powiększ tekst

O nadchodzącym kryzysie gospodarczym czytamy i słyszymy niemalże codziennie. Odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „kryzys” ma wiele synonimów. Sto lat temu mówiło się o depresji, potem o recesji, dzisiaj często słychać łagodniejsze – spowolnienie gospodarcze oraz bardziej publicystyczne określenia o stagflacji czy też slumpflacji. Wszystkie te słowa brzmią złowieszczo, bo oznaczają warunki na rynku odmienne od pożądanych, które nie sprzyjają rozwojowi ani powszechnemu pomnażaniu bogactwa. Kojarzą się z kurczeniem się gospodarek, bankructwami, ze wzrostem bezrobocia, a także często z wysoką inflacją. Czy rzeczywiście jesteśmy w przededniu katastrofy gospodarczej?

Julia Patorska, liderka zespołu ds. analiz ekonomicznych, Deloitte

Niewątpliwie obserwujemy w Polsce najszybszy od ponad dwóch dekad wzrost cen. Notowania szybkiego szacunku GUS za lipiec wskazują, że ceny rok do roku wzrosły w naszym kraju średnio o 15,5 proc. Obroty towarowe handlu zagranicznego w okresie od stycznia do maja br. wykazały ujemne saldo w wysokości 49,3 mld zł. Równocześnie pogarszają się wskaźniki makroekonomiczne dotyczące produkcji, a wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w przetwórstwie przemysłowym spada kolejny miesiąc z rzędu, notując jeden z najniższych poziomów od ponad dekady. Choć dostępne dane o Produkcji Krajowej Brutto za I kwartał raczej powinny cieszyć – realny PKB w tym okresie wzrósł 8,5 proc. r/r – to wszyscy czekają na kolejne kwartały, przewidując już tzw. recesję techniczną (mianem tym określa się sytuację, kiedy dwa kwartały z rzędu produkt krajowy brutto spada w stosunku do poziomu notowanego w poprzednim okresie).

Kryzysy nie biorą się znikąd. Przede wszystkim są one oznaką nierównowagi po stronie popytu i podaży, która występuje w danym momencie na rynku. Zgodnie z austriacką teorią cyklu koniunkturalnego (teoria rozwinięta przez Austriaka Ludwiga von Misesa i rozpropagowana przez jego rodaka Friedricha von Hayeka) kryzysy gospodarcze wynikają z nadmiernej interwencji w wolny rynek. Jest to dzisiaj spore uproszczenie, ale niewątpliwie często decydenci interweniują w sytuacji, w której wcześniej prowadzili nieskuteczną politykę gospodarczą czy pieniężną. Mieszanie się w rynek może się odbywać także kanałem po stronie sektora bankowego, gdzie wskutek nadmiernej kreacji pieniądza powstaje nadpłynność, konsumenci mają za dużo środków, których nie chcą oszczędzać, a równocześnie jest za mało towarów, aby sprostać popytowi.

Dla przykładu warto się przyjrzeć dwóm ostatnim największym kryzysom globalnym. Wielki kryzys finansowy z lat 2008–2009, który zapoczątkowany został w Stanach Zjednoczonych, to przede wszystkim konsekwencja zbyt łatwo udzielanych kredytów hipotecznych osobom o niewystarczających dochodach, a zarazem powszechne wykorzystywanie narzędzi transferu ryzyka poza bilanse podmiotów pozostających pod nadzorem bankowym. Rosnąca bańka spekulacyjna, opierająca się na założeniu, że ceny nieruchomości będą nieustająco rosły, musiała kiedyś pęknąć. Gdy Fed zaczął podnosić stopy procentowe, aby schłodzić rozgrzaną gospodarkę, wielu kredytobiorców stało się niewypłacalnych, a równocześnie ceny nieruchomości nie tylko przestały rosnąć, lecz realnie zaczęły spadać. Aby uchronić się przed krachem rynków finansowych, Fed musiał interweniować, dokapitalizowując wiele banków, a państwo musiało przejąć instytucje zaangażowane w udzielanie pożyczek. W wyniku braku zaufania w transakcjach międzybankowych oraz poprzez kanały sekurytyzacyjne kryzys rozlał się poza Stany Zjednoczone. Co gorsza, kolejne sektory rykoszetem dostawały na skutek załamania się akcji kredytowej. Gospodarka światowa na kilka lat dostała zadyszki, a w efekcie podjętych działań rządów po obu stronach Atlantyku istotnie wzrósł dług publiczny liczony do wartości PKB poszczególnych krajów.

Koronakryzys to na pierwszy rzut oka zupełnie inna historia. Pandemia COVID-19 uderzyła w rynki, które znajdowały się we względnej równowadze. Ale poprzez wiele decyzji administracyjnych dotyczących nagłego zamknięcia gospodarki (abstrahując od oceny słuszności ich stosowania) powstały zakłócenia dotyczące popytu i podaży. Z jednej strony konsumenci nie mogli wydawać tego, co zarabiali, bo wiele punktów sprzedaży oraz usług było zamkniętych, a to spowodowało nagromadzenie oszczędności. Z drugiej strony przerwane łańcuchy dostaw ograniczyły podaż towarów i spowodowały brak możliwości zaspokojenia potrzeb ludności, gdy lockdown był już zniesiony. Dodatkowo obniżenie stóp procentowych jako remedium na możliwą recesję oraz luzowanie ilościowe powszechnie stosowane w politykach monetarnych dały impuls do wyraźnego wzrostu cen.

I tak dochodzimy do dzisiejszego kryzysu energetycznego. W dużej części jest on wynikiem zbrojnej napaści Rosji na Ukrainę i w konsekwencji podjętych przez świat zachodni sankcji na agresora. Ograniczone dostawy surowców przyczyniły się do gwałtownego wzrostu cen nośników energii. Co gorsza, świat jeszcze nie wyszedł z koronakryzysu, a gospodarki pozostawały w nierównowadze, głównie za sprawą nadmiaru pieniądza na rynku. Ta dzisiejsza sytuacja przypomina bardzo kryzys z lat 70. Wówczas również toczyła się wojna zwana Jom Kipur. Arabscy członkowie OPEC zdecydowali się wstrzymać handel ropą naftową z USA i z Europą Zachodnią, które popierały Izrael w wojnie z Egiptem. Nagły skok cen paliw wynikający z obniżenia wydobycia i eksportu do krajów rozwiniętych pogłębił kryzys spowalniającej wówczas gospodarki amerykańskiej.

Występujące równocześnie zjawisko nagłego wzrostu cen, które było wynikiem ograniczenia podaży surowców, z równoczesnym bezrobociem w spowalniającej gospodarce było sytuacją nową, w której dotychczasowe narzędzia interwencjonizmu rządowego nie mogły już się sprawdzać. Przy wysokiej inflacji spowodowanej brakiem określonych towarów podnoszenie stóp procentowych okazało się zabójcze dla gospodarki. Przez pięć kolejnych kwartałów w 1974 i 1975 r. Stany Zjednoczone notowały ujemne wskaźniki PKB. Znalezienie nowego punktu równowagi w gospodarce musiało chwilę zająć, ale wynikiem była zmiana m.in. struktury energetycznej oraz rozpoczęcie rewolucji w zakresie efektywności wykorzystania surowców.

Wojna, ograniczenie podaży surowców nośników energii i rozgrzana gospodarka z nadmiarem pieniądza na rynku to cechy wspólne sytuacji z lat 70. i tej obecnej. Różnicują je natomiast warunki panujące na rynku pracy, który jest sprzyjający dla pracownika. To powinno spowodować mniej uciążliwe skutki recesji dla społeczeństwa. Niemniej bardziej uważne podejście do polityki gospodarczej jest dzisiaj konieczne. Tak jak kryzys z lat 70. wywołał wiele zmian strukturalnych w gospodarkach zachodnich, tak i dzisiejsze warunki powinny zmuszać do szybszych reform oraz transformacji w kierunku zielonych gospodarek, ograniczających wpływ działalności człowieka na klimat i środowisko. Im szybciej na poziomie makro i mikro zostaną podjęte kroki w kierunku przejścia na odnawialne źródła energii, tym szybciej gospodarka znajdzie nowy punkt równowagi.

Powiązane tematy

Komentarze