WYWIAD
Polskie rzeki pod fałszywą zieloną flagą ekologów
Polska ma stać się poletkiem eksperymentalnym, gdzie testuje się strefy wpływów z pomocą fałszywej flagi ekologii - mówi doktor Grzegorz Chocian, prezes Fundacji Konstruktywnej Ekologii Ecoprobono.
Agnieszka Łakoma: Susza hydrologiczna dotyka różne regiony naszego kraju. Poziom wody w głównych rzekach jest wyjątkowo niski. Czy to tylko efekt zmian klimatu?
Grzegorz Chocian: Tak, ale jest to zjawisko cykliczne. Od wielu lat słyszymy o suszy hydrologicznej, która wynika z różnicy między opadem a odpływem i parowaniem. Stan wody na głównych rzekach jest nieporównywalny z tym, jaki był w latach 70. i 80. XX wieku, kiedy to po Wiśle i Odrze pływały barki wypełnione zbożem czy węglem. Ale w tym wieku także mieliśmy okresy dużych opadów, przekraczających wielolecie, czyli 600-650 milimetrów wody rocznie na metr kwadratowy. Tak było w 2010 roku, gdy poziom opadów wynosił 810 mm/m kw. i w 2017 roku. Ale rok bieżący jest faktycznie wyjątkowy. Mroźna zima dawała nadzieję na złagodzenie problemu, bo spadło sporo śniegu, ale luty i marzec były suche. W efekcie późną wiosną już mieliśmy deficyt i nawet duże lipcowe deszcze nie pomogły. Średni opad wody w pierwszym kwartale to tylko 50,3 mm, czyli połowa tego, co powinno spaść.
Jak można poradzić sobie z suszą hydrologiczną?
Są na świecie państwa zasiewające deszcze przy użyciu substancji powodujących agregację pary wodnej, która osiąga taką masę, że spada w postaci deszczu. Ale to bardzo kosztowne. My czekamy na jesienne opady, które mogłyby nadrobić deficyt. Oby tylko nie były to niże genueńskie, które powodują powodzie. Ale gdy mówimy o zmianach klimatu, to zbyt rzadko wskazuje się na problem, jakim jest rozregulowanie pogody. Wystarczy spojrzeć na to, co działo się w lipcu: upały były we Francji i Hiszpanii, a nietypowo niskie temperatury w Polsce. Mamy więc nieregularny, coraz częściej południkowy układ frontów atmosferycznych, gdy strefy niżu i wyżu się rozrywają, a nie równoleżnikowy - typowy dla strefy umiarkowanej.
Słyszymy o 80 ostrzeżeniach przed suszą hydrologiczną w całej Polsce; co to w praktyce oznacza?
Te ostrzeżenia dotyczą niskiego stanu wody na wodowskazach, ale to nie znaczy, że jest tragicznie. Bo jeszcze woda płynie w gruncie. I musimy pamiętać, że mamy po prostu zaniedbane rzeki w Polsce, choć mówienie o tym jest bardzo niepopularne. Wystarczy prosty przykład: załóżmy, że mamy przepływ Wisły na poziomie 100 metrów sześciennych na sekundę, to oczywiste, że na odcinku, gdzie jest wąska i głęboka, zobaczymy wartki nurt, czyli szybki przepływ wody. A tam, gdzie będzie rzeka płynąc szeroko na rozległym terenie ten sam przepływ pokaże, że poziom wody jest bardzo niski. Dlatego tak ważne jest, byśmy dbali i czuwali nad korytami rzek i nie pozostawiali ich tylko „naturalnemu biegowi i samej przyrodzie”. Gdy na rzece mamy do czynienia z rozlewiskami, to owszem spowalnia spływ wody, ale z drugiej strony jest niekorzystny dla całego jej ekosystemu i organizmów wodnych z uwagi na szybsze nagrzewanie się wody i mniejszą zawartość tlenu rozpuszczonego. Są same strefy płycizn. Przyroda tego też nie lubi i wiele organizmów preferujących głębszą i chłodniejszą wodę na tym traci. Pozostawienie rzek samym sobie nie rozwiązuje problemów i nie czyni ich bardziej „eko”. Na dodatek może ograniczyć racjonalne korzystanie z wody, a przypomnijmy, że wiele polskich miast korzysta ze zbiorników retencyjnych i rzek, by zaopatrzyć mieszkańców wodę.
W Polsce mamy też kilka dużych elektrowni węglowych, kluczowych dla bezpieczeństwa energetycznego kraju, które korzystają z wód z rzek do układów chłodzenia. Teraz przy niskim poziomie wody muszą wyłączać bloki i ograniczać produkcję.
Powód jest taki, że nie mogą dokonywać zrzutu wody o zbyt wysokiej temperaturze, która przekracza limit określony w pozwoleniu wodnoprawnym, by nie podnosić jej temperatury w rzece czy zbiorniku, z którego korzystają. Przy niskim poziomie wody tym bardziej restrykcyjne stają się te wymogi. Wyjściem jest budowa chłodni kominowych. Standardowo elektrownia o mocy 1000 megawatów potrzebuje 36 metrów sześciennych wody na sekundę do wychłodzenia skraplacza, a gdy ma chłodnię kominową – tylko 0,57 m sześc. na sekundę. Zatem jest alternatywa i możliwość zaspokojenia potrzeb chłodniczych nawet przy niskim stanie wody. Ale w przypadku chłodni kominowych ta woda odparowuje do atmosfery, a nie wraca do rzeki. Jeśli mówimy w Polsce od lat o stanie suszy i problemie z poborem wody dla elektrowni, to wydawać by się mogło, że chłodnie kominowe powinny powstawać jedna po drugiej. Ale niestety, było embargo na inwestycje w energetykę węglową, spowodowane unijną polityką klimatyczną, nastawioną na dekarbonizację kontynentu. Bankom zabraniano finansowania takich inwestycji. Dlatego polskie elektrownie nie inwestowały w te projekty. Jazgot ekologiczny powodował, że transformacja i inwestycje były utrudnione. Powoli to podejście zmienia się, choćby w USA, gdzie jest powrót do węgla, ale Unia nadal zwalcza energetykę węglową. Choć chłodnie kominowe i generalnie systemy obiegu zamkniętego przyczyniają się do mniejszego zużycia wody w elektrowniach.
Gdy mówimy o niskim stanie wód w polskich rzekach, to nie sposób pominąć ich zagospodarowania i wykorzystania. Plany te jednak zostały w ostatnich latach całkowicie zarzucone, za to słyszymy, że jedną z najważniejszych kwestii jest nadanie osobowości prawnej rzece Odrze. Jak Pan to ocenia?
Gdyby doszło do nadania osobowości prawnej Odrze, byłby to pierwszy taki przypadek na świecie, bo mówimy o całej rzece. Podobne przypadki są np. w Ameryce Południowej i obejmują krótkie fragmenty rzek w Ameryce Południowej, Nowej Zelandii, Kanadzie. W Europie to transgraniczna walijsko-angielska rzeka Wye znacznie krótsza od Odry i o mniejszym znaczeniu gospodarczym. Polska ma stać się więc swoistym poligonem doświadczalnym nie tylko w całej Unii – poletkiem eksperymentalnym, gdzie testuje się strefy wpływów z pomocą fałszywej flagi ekologii. Ale cel tego pomysłu jest bardzo konkretny: Odra ma nie być wykorzystywana gospodarczo, o transporcie i żegludze mamy zapomnieć. Lecz to tylko jeden aspekt – drugi jest tak samo, o ile nie bardziej, niebezpieczny. Osobowość prawną ma bowiem zyskać cała rzeka wraz z dopływami, czyli zlewnią, a ta obejmuje teren większości ziem odzyskanych. Jeśli tak się stanie, to o tym co można a czego nie można robić, zdecyduje specjalna rada – co wynika z projektu ustawy – głównie złożona z przedstawicieli ekoorganizacji pozarządowych. Natomiast organizacje ekologiczne najbardziej zaangażowane w blokowanie na przykład żeglugi śródlądowej, są finansowanie również z zagranicy. Dlatego to będzie bardzo niebezpieczne, gdyż poprzez decyzje dotyczące rzek, będzie można powadzić eksterytorialne zarządzanie kawałkiem Polski. Tymczasem w tym rejonie działają: KGHM Polska Miedź, Zespół Elektrowni Dolna Odra, porty w Szczecinie i Świnoujściu, Zakłady Azotowe Police. Zatem każdym pozwoleniem wodno-prawnym, a wcześniej decyzją środowiskową, przed których wydaniem w imieniu rzeki Odry będzie się wypowiadać „rada”, będzie można sparaliżować działalność dowolnej firmy czy inwestora publicznego np. planującego powrót żeglugi śródlądowej na Odrze.
Na razie jeszcze Odra nie ma osobowości prawnej, ale wszelkie pomysły na żeglugę tą rzeką i tak wywołują wiele negatywnych emocji u eko-aktywistów. Czy zatem o powrocie do żeglugi transportowej na głównych polskich rzekach powinniśmy zapomnieć? Mimo, że to ekotransport.
Zacznijmy od tego, że w plan zablokowania żeglugi na Wiśle i Odrze bardzo dobrze wpisują się informacje o niskim stanie wód. Łatwo przekonać społeczeństwo, że o żegludze nie może być mowy, bo będzie jeszcze gorzej. To jeden element narracji. Drugi to ochrona ryb, bo przecież każdy chce, by w polskich rzekach pływały jesiotry. A prawda jest taka, że można mieć i jesiotry, budując dla nich przepławki, i żeglugę. To da się połączyć i do tego wcale nie jest potrzebna osobowość prawna dla rzeki. Można stosować retencję korytową, bo służy energetyce, gospodarce, bezpieczeństwu, turystyce.
Ale ten pomysł nadania osobowości prawnej Odrze jest mocno promowany nie tylko przez rząd, lecz także wpisuje się strategię unijną dotyczącą ochrony przyrody w tym i rzek.
Od dawna uważam, że Komisja Europejska powoli staje się głownie organem lobbingu państw starej Unii a zwłaszcza Niemiec w odniesieniu do krajów z naszej części Europy przyjętych znacznie później. W związku z tym przypomina się dawne porzekadło: „co wolno wojewodzie, to nie wolno …staroście”. Polsce i innym państwom regionu przypisano inne zadania niż Zachodowi, my mamy zająć się konserwatorską ochroną przyrody, a nie zagospodarowywać rzeki. I nie tylko o rzeki chodzi, ale nawet o Bałtyk. Powstał przecież w Unii projekt ochrony tego morza. Zakłada, że na wschód od Łaby w zlewni Morza Bałtyckiego ma być ograniczony rozwój żeglugi, poprzez reintrodukcję ryb dwuśrodowiskowych jak troć czy jesiotr. Ich miejsca rozrodu i trasy migracji będą więc ważniejsze niż porty śródlądowe i żegluga. I to wszystko się odbędzie w imię ekologii i reintrodukcji ważnych gatunków priorytetowych Natura 2000 w Unii Europejskiej. Przy czym ograniczenia mają być zastosowane tylko na wschód od Łaby i nie obejmą portów niemieckich.
Rozmawiała Agnieszka Łakoma
»» Odwiedź wgospodarce.pl na GOOGLE NEWS, aby codziennie śledzić aktualne informacje
»» O bieżących wydarzeniach w gospodarce i finansach czytaj tutaj:
Ruszyła już „kula śnieżna długu”
Drogo, drożej, przejazd autostradą A2
Cyberskandal! Przestępcy mają połowę Polaków „na widelcu”
»»Ukraina chce znów słać zboże przez Polskę – oglądaj „Piątkę wGospodarce” w telewizji wPolsce24
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.