Opinie

www.sxc.hu
www.sxc.hu

Migracyjne referendum sprawdzianem dla gospodarki i Orbána

Grzegorz Górny

Grzegorz Górny

Dziennikarz i publicysta. Założyciel "Frondy" i jej były redaktor naczelny

  • Opublikowano: 26 września 2016, 15:57

  • 1
  • Powiększ tekst

Jestem w Budapeszcie. Tematem numer 1 w tutejszych mediach, w kręgach politycznych i wśród zwykłych Węgrów na ulicach jest wczorajszy wybuch przy placu Oktogon. Początkowo mówiono, że eksplozja w centrum stolicy mogła być wynikiem nieszczelnej instalacji gazowej. Teraz jest już wiadomo, że był to – jak twierdzą pirotechnicy – “wybuch bomby domowej konstrukcji”. Na skutek detonacji ranna została dwójka policjantów.

Nie wiadomo do tej pory, kto był sprawcą zamachu. Wszyscy zadają sobie natomiast pytanie, czy wybuch miał związek z referendum, które odbędzie się za tydzień, i czy może wpłynąć na jego wynik.

Na ulicach Budapesztu i innych miast węgierskich wszędzie widać plakaty z napisami informującymi, że sprawcami zamachów w Paryżu czy gwałtów w Kolonii byli nielegalni imigranci. To znak, że nasi bratankowie przygotowują się do referendum, które odbędzie się w przyszłą niedzielę 2 października. Pytanie, na które odpowiadać będą obywatele, brzmi: “Czy chce Pan/Pani, by Unia Europejska mogła zarządzić, również bez zgody parlamentu, obowiązkowe osiedlanie na Węgrzech osób innych niż obywatele węgierscy?”

Referendum odbywa się z inicjatywy rządzącego Fideszu, któremu bardzo zależy na zwycięstwie w plebiscycie. Premier Viktor Orbán powiedział, iż ma nadzieję, że Węgrzy wykują miecz, którym będzie mógł walczyć z eurobiurokratami z Brukseli.

Nikt nie ma wątpliwości, że większość głosujących opowie się przeciw przymusowym kwotom przyjmowania imigrantów. Według ostatnich sondaży rozwiązanie takie popiera około 80 proc. Węgrów. Żeby natomiast referendum było ważne, musi wziąć w nim udział ponad połowa uprawnionych do głosowania. I to jest właściwie jedyna niewiadoma.

Orbán zdaje sobie oczywiście sprawę, że podstawowym problemem jest frekwencja. Dlatego w jednym z ostatnich wywiadów powiedział, iż wynik referendum zadecyduje o losach państwa na najbliższe pokolenia. Dodał też, że każdy, kto nie weźmie udziału w głosowaniu, pokaże swym postępowaniem, iż nie jest zainteresowany losami własnego kraju.

Według ostatnich sondaży, uczestnictwo w referendum deklaruje około 53 proc. respondentów. Jest to jednak przewaga niewielka, mieszcząca się w granicach błędu statystycznego i nie gwarantuje frekwencyjnego sukcesu w przyszłą niedzielę.

Węgierskie media uważają, że sposobem na demobilizację elektoratu była niedawna wypowiedź szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera. Stwierdził on, że Bruksela wycofuje się ze swych planów walki z kryzysem imigracyjnym, w tym narzucania krajom unijnym obowiązkowych kwot. Gdyby okazało się to prawdą – jak pisze część węgierskich publicystów – referendum stałoby się bezprzedmiotowe. Inni z kolei uważają, że jedna deklaracja brukselskiego dygnitarza nie oznacza wcale ostatecznej rezygnacji z wcześniejszych planów, natomiast może sprawić, iż część wyborców pozostanie w domach.

Jak powiedział mi Attila Szalai, pracownik Instytutu Badań i Archiwum Transformacji Ustrojowej, w tej rozgrywce Orbán gra o większą stawkę. Zwycięstwo w referendum może bowiem ośmielić inne siły w Unii Europejskiej, przeciwne polityce imigracyjnej Berlina i Brukseli, oraz stać się dla nich impulsem do działania.

Triumf Fideszu będzie też zarazem zwycięstwem państw Grupy Wyszehradzkiej, ponieważ zarówno rządy, jak i większość obywateli Polski, Słowacji i Czech mówi w sprawie kryzysu imigracyjnego tym samym głosem co Węgrzy.

Viktor Orbán uważa też, że jeśli powiedzie mu się w refrendum, to będzie miał mocniejszą pozycję na forum europejskim, by zaproponować zmianę traktatu lizbońskiego UE. Zależy mu bowiem na nowym dokumencie, który wzmacniałby podmiotowość państw narodowych w Unii. Jak powiedział rzecznik węgierskiego rządu Zoltán Kovács:

Stanowisko premiera nie uległo zmianie: od czasu przyjęcia traktatu w Lizbonie zmieniło się kilka zasadniczych okoliczności, na które Europa nie była przygotowana.

Kovács sprecyzował, że chodzi np. o Brexit czy kryzys imigracyjny. To sprawia, że konieczna staje się rewizja traktatu lizbońskiego.

Nic więc dziwnego, że za tydzień oczy całej Europy zwrócone będą na Węgry.

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Powiązane tematy

Komentarze