Opinie

www.sxc.hu
www.sxc.hu

Widmo inflacji, czyli o doktrynerstwie

Kazimierz Dadak

Kazimierz Dadak

Professor of Finance and Economics Hollins University

  • Opublikowano: 3 kwietnia 2014, 20:54

    Aktualizacja: 3 kwietnia 2014, 20:56

  • Powiększ tekst

Eurostat ogłosił, że na przestrzeni ostatniego roku ceny w strefie euro wzrosły średnio o 0,5%, czyli dużo poniżej założonego 2% celu inflacyjnego. Co więcej, tempo wzrostu cen spada, na przykład inflacja rok do roku w październiku 2013 r. wyniosła 0,7%. Zatem, strefie euro, a tym samym i całej Europie nie grozi żaden gwałtowny wzrost cen i fakt ten jest ciosem w samo serce „kultury stabilności” głoszonej od dziesięcioleci przez niemiecki bank centralny, Bundesbank, ostoję niemieckeigo ordo-liberalizmu. Ten rozwój sytuacji w oczywisty sposób podważa także poglądy szkoły neo-liberalnej, szczególnie jej skrajnego skrzydła, szkoły austriackiej.

Zwolennicy tych poglądów podnieśli alarm, gdy w końcu 2011 r. nowy prezes EBC, Mario Draghi, zaczął szybko obniżać stopę procentową. Alarm przerodził się w histerię, gdy w sierpniu roku następnego, prezes Draghi wypowiedział słynne słowa, że „w ramach swego mandatu EBC jest gotów uczynić wszystko celem obrony euro. I proszę mi wierzyć, to na pewno poskutkuje”. Swoje słowa poparł kolejnym krokiem, zbliżającym politykę EBC do tego, co uprzednio czynił Fed – ogłosił program zakupu na wolnym rynku (międzybankowym) obligacji państw członków strefy euro. W ramach protestu przeciwko tej polityce trzech przedstawicieli Niemiec: Axel Weber, Jürgen Stark i Jörg Asmussen odeszło z władz EBC, zaś czwarty, Jens Weidmann, nie uczynił tego tylko na prośbę kanclerz Merkel. Przedstawiciele wyżej wymienionych szkół ekonomicznych nie pozostali daleko w tyle – obwieścili, że Draghi przyłącza się do Bena Bernanke i obaj kładą podwaliny pod gwałtowny wzrost cen, jeśli wręcz nie hiperinflację.

Na pierwszy rzut oka, zagrożenie takie wydawało się realne, albowiem w momencie, gdy Draghi obwieszczał swą niekonwencjonalną decyzję, inflacja w strefie euro wynosiła 2,4%, czyli sporo powyżej założonego celu. Tylko, że prawdziwych ekonomistów poznaje się nie po tym, jak dobrze wyjaśniają dawno zaszłe zdarzenia, ale jak trafnie są w stanie przewidzieć przyszły rozwój sytuacji. Ani Draghi, ani Bernanke nie widzieli żadnego zagrożenia inflacyjnego, ponieważ, aby takie zjawisko mogło zaistnieć konieczny jest stan pełnego zatrudnienia wszystkich środków produkcji, podczas gdy w chwili, gdy obaj prezesi podejmowali swe kontrowersyjne decyzje o „luzowaniu ilościowym” (quantitative easing, w skrócie QE) gospodarki USA i strefy euro były pogrążone w ciężkiej recesji, a bezrobocie osiągało poziomy nienotowane od czasów Wielkiego Kryzysu. W takich warunkach, obniżanie stopy procentowej i nawet QE, potocznie, a błędnie zwane drukowaniem pieniądza, nie może spowodować spirali inflacyjnej. (Gwoli wyjaśnienia dodajmy, że główną przyczyną stosunkowo wysokiego tempa inflacji z lata 2012 były podwyżki podatków wymuszone polityką zaciskania pasa.)

Pogląd, że inflacja jest skutkiem nadmiernej podaży pieniądza wynika z równania Fishera, które głosi, że ilość pieniądza (M) pomnożona przez szybkość obiegu pieniądza (V) równa się poziomowi cen (P) pomnożonemu przez wolumen produkcji (Q), czyli:

M x V = P x Q

Jeśli przyjmiemy, że szybkość obiegu pieniądza (V) i wolumen produkcji (Q) są stałe, to wówczas każde zwiększenie ilości pieniądza (mówiąc bardziej fachowo podaży pieniądza) musi prowadzić do zwyżki cen.

W ramach ekonomii neoliberalnej w krótkim okresie czasu wolumen produkcji, (czyli ilość towarów i usług dostępnych na rynku) jest stały – nie może wzrosnąć, ponieważ w pojęciu tej szkoły gospodarka praktycznie zawsze pracuje na „pełnych obrotach”. Rynki są zawsze w stanie równowagi (markets always clear), to naczelny slogan neoliberałów, stąd zwiększenie produkcji wymaga inwestycji, a te siłą rzeczy wymagają czasu. Zatem, wobec pojawienia się nadmiernej ilości pieniądza (M) połączonej z niemożliwością zwiększenia produkcji (Q) i niezmiennym „V”, ceny (P) muszą iść w górę.

Oczywiście, jeśli produkowana ilość dobór i usług jest znacznie mniejsza od potencjalnej produkcji, a taka sytuacja ma miejsce w warunkach ciężkiego kryzysu, to wówczas jest możliwe zwiększenie produkcji bez konieczności dokonywania inwestycji. „Q” w równaniu Fishera może wzrosnąć, a zatem wzrost cen („P”) nie jest oczywisty. O tym, że gospodarki USA i strefy euro pracowały dużo poniżej swych możliwości dobitnie świadczył nadzwyczaj wysoki poziom bezrobocia. Ilość ludzi poszukujących pracy jest nadal bardzo wysoka, szczególnie w Europie i dlatego inflacja nam nie zagraża.

Co więcej, w warunkach ciężkiego kryzysu, zarówno firmy jak i konsumenci nie są skłonni do wydawania pieniędzy, czyli spada szybkość obiegu pieniądza („V”). Taki obrót spraw miał miejsce w USA – dane Fed wykazują, że przed kryzysem wskaźnik ten wynosił około 2, zaś na koniec II kwartału 2013 r. zaledwie 1,57. Czyli, nawet, jeśli działania Fed i EBC prowadziły do wzrostu podaży pieniądza („M”), to fakt ten był, przynajmniej częściowo, łagodzony przez spadek szybkości jego obiegu. Stąd wielkiego zagrożenia inflacyjnego być nie mogło.

Zjawiskiem ze wszech miar zdumiewającym jest to, że największymi krytykami polityki pieniężnej prowadzonej przez M. Draghi, B. Bernanke i obecnie przez Janet Yellen są ekonomiści głoszący prymat wolnego rynku. Ludzie ci nieustannie odwołują się do praw rynkowych, a jednocześnie zupełnie nie zwracają uwagi na sygnały z rynku płynące. Albowiem rynek jasno głosi, że najmniejszego zagrożenia inflacyjnego nie ma. Dobitnie świadczy o tym poziom stóp procentowych, jakie banki amerykańskie nakładają na udzielane kredyty. Na przykład, średnie oprocentowanie na kredyt hipoteczny (dla osób o przyzwoitej zdolności kredytowej) o zmiennej stopie procentowej (adjustable rate mortgage) wynosi 3,125%. Stopa procentowa jest niezmienna przez pierwsze pięć lat, (czyli pozostaje na poziomie 3,125% bez względu na wysokość inflacji) i dopiero potem będzie się wahać zgodnie z LIBOR. Jeśli ktoś obawia się, że „drukowanie pieniądza” przez Fed i EBC spowoduje gwałtowny wzrost cen dopiero po upływie lat pięciu, to może zaciągnąć kredyt hipoteczny o stałej stopie procentowej (fixed rate mortgage) na lat 30 w wysokości około 4,4%. Podkreślmy, powyższa stopa procentowa pozostanie w mocy przez kolejne lat trzydzieści bez względu na to jakie będzie tempo wzrostu cen w tym okresie. Mówimy tu o nominalnych stopach procentowych, czyli tych zawierających premię inflacyjną. Zatem rynki finansowe jasno głoszą, że nie będzie żadnej eksplozji cen w przeciągu najbliższych trzydziestu lat, zaś pro-rynkowi ekonomiści straszą czymś dokładnie odwrotnym. Oczywiście, banki mogą się mylić, ale jeśli banki się mylą, to znaczy, że myli się rynek, a zatem cała teoria ekonomii, przynajmniej wolno rynkowej, nie ma żadnego sensu.

(Fragment wypowiedzi, która ukaże się w 116 numerze dwumiesięcznika „Arcana"

1 kwietnia 2014

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych