Euro nieprędko w Polsce
W ostatnim czasie wyraźnie ożywiła się dyskusja na temat potencjalnego wprowadzenia euro w Polsce. W temacie tym regularnie zaczęli wypowiadać się ekonomiści, komentatorzy czy też przedstawiciele władz (Prezydent RP, prezes NBP, rząd). Można odnieść wrażenie, że kwestia wejścia do strefy euro, po kilku latach przerwy, staje się w naszym kraju ponownie priorytetowa.
Odkąd pamiętam zawsze zaliczałem się do grupy tzw. euro-entuzjastów. Uważałem i nadal uważam, że Polsce należy się miejsce w zintegrowanym jądrze Europy, nie na jej peryferiach. Unia walutowa jest póki co esencją tej integracji na kontynencie, przynoszącą bezpieczeństwo i realne korzyści ekonomiczne. Sądzę, że Polska znajdująca się w przyszłości w strefie euro znaczyłaby więcej, zarówno pod względem gospodarczym, jak i politycznym. Patrząc jednak na możliwości rychłego przystąpienia Polski do UGW – sielankowe myślenie kończy się i pojawiają się bardzo poważne wątpliwości.
Przyjęcie euro w Polsce oznaczałoby wejście w orbitę europejskich stóp procentowych – od zawsze znacznie niższych niż u nas. Na pierwszy rzut oka oznacza to korzyści: tańszy kredyt, więcej inwestycji, szybszy wzrost, itp. Z drugiej strony jednak zbyt niskie stopy sprzyjają pojawieniu się ryzyka boomu kredytowego i przegrzania gospodarki. Czym kończy się ta historia pokazują doświadczenia takich krajów jak Hiszpania czy Grecja. Trzeba pamiętać, że Polska jest wciąż gospodarką doganiającą, gdzie naturalna stopa procentowa potrzebna do stabilizowania inflacji jest wyraźnie wyższa niż w bogatej i zasobnej w oszczędności strefie euro. Jestem szczerze ciekawy jak na tą wątpliwość odpowiedzieliby dziś zwolennicy szybkiego przyjęcia euro w Polsce.
Oczywiście przed bańką kredytową można się bronić, chociażby używając w tym celu narzędzi polityki budżetowej. Przykład Hiszpanii czy Irlandii pokazał jednak, że nie jest to łatwe. W krajach tych prowadzono przed kryzysem względnie uporządkowaną politykę fiskalną (brak deficytów, w niektórych latach odnotowywano nawet nadwyżki budżetowe). W zanadrzu pozostaje jeszcze polityka regulacyjna. Nie ma jednak gwarancji, że odpowiednie regulacje nadzoru bankowego okażą się wystarczająco skuteczne w hamowaniu ekspansji popytowej. Naturalnie gwarancji takich nie ma nawet w warunkach prowadzenia niezależnej polityki monetarnej przez krajowy bank centralny. W zmaganiu się z cyklami koniunkturalnymi i kredytowymi zawsze jednak lepiej posiadać nieskrępowany dostęp do instrumentu jakim są stopy procentowe niż go nie posiadać.
Ciekawym przykładem jest Słowacja, która przyjęła euro ponad cztery lata temu. Kraj ten jest jedną z szybciej rozwijających się gospodarek w Europie. Mimo że słowacki poziom PKB per capita jest, podobnie jak w Polsce, wyraźnie niższy niż średnia w Europie – nie materializują się tam ryzyka poakcesyjnej nierównowagi makroekonomicznej i boomu kredytowego. Przyjęcie europejskich stóp procentowych nie wytrąciło zatem słowackiej gospodarki ze ścieżki zrównoważonego i względnie dynamicznego wzrostu. Słowacja weszła jednak do strefy euro w momencie kiedy zaczynał się tam trwający do dziś kryzys. Ponadto Słowacy przyjęli wspólna walutę w warunkach silnie przewartościowanego kursu konwersji korony do euro, co w pierwszym okresie samo w sobie działało niejako studząco na gospodarkę. Słowacja póki co zatem nie stanowi przykładu na podstawie którego można by wyciągać daleko idące wnioski. Z pewnością ciekawie będzie obserwować Słowację oraz np. Estonię czy Łotwę funkcjonujące w strefie euro w normalnych (nie-kryzysowych) warunkach koniunkturalnych. Wydaje się, że dopiero wówczas traktować będzie można doświadczenia tych krajów jako adekwatny dla Polski „eksperyment”.
Wprowadzenie euro oznacza poprawę warunków prowadzenia biznesu poprzez redukcję ryzyka kursowego. Pozostawanie poza strefą naraża gospodarkę na nadmierne wahania kursowe, co może stanowić barierę w rozwoju. Z drugiej strony jednak zmienny kurs czasem okazuje się pomocny. Kurs polskiej waluty wykazuje się w ostatnim czasie stabilnością. Jeśli jednak zmiany kursu następują, tendencja jest taka, że złoty umacnia się w okresach lepszej koniunktury, osłabia się zaś kiedy pojawiają się zawirowania na rynkach, a gospodarka słabnie. Kurs złotego działa zatem jak klasyczny amortyzator koniunktury, łagodząc wahania cykliczne. Nie jest to oczywiście reguła i mechanizm na którym możemy zawsze polegać, jednak w ostatnich latach w Polsce tak właśnie było. Wahania kursu w istocie pomagały w stabilizowaniu gospodarki.
Zasadniczy argument, który w mojej opinii nie pozwoli na szybkie wprowadzenie euro w Polsce ma jednak charakter polityczny. Aby wejść do strefy euro konieczne jest gruntowne przygotowanie strukturalne gospodarki. W żargonie ekonomistów określa się to jako konwergencję realną. Nie chodzi tu o proste spełnienie kryteriów z Maastricht, ale o stworzenie trwałych fundamentów dla wzrostu gospodarczego i zapewnienia stabilności makroekonomicznej. Polska gospodarka jest pod tym względem nieuporządkowana i nieprzygotowana do przyjęcia euro. Szanse na raptowną zmianę takiego stanu rzeczy są zaś niewielkie. Patrząc na poczynania rządu, widać jak trudno w polskich warunkach politycznych przeprowadzić niezbędne reformy strukturalne. W mojej ocenie politykę gospodarczą w Polsce przyrównać można bardziej do administrowania niż faktycznego rządzenia z dalekosiężną wizją w tle. I wszystko to w warunkach komfortowej stabilności politycznej, ponieważ od sześciu lat w Polsce rządzi ten sam gabinet. Krytycznie oceniając poczynania rządu nie dostrzegam jednocześnie żadnej sensownej alternatywy na krajowej scenie politycznej zdolnej do przeforsowania w bliskiej przyszłości głębokich reform i przygotowania gospodarki do pomyślnego funkcjonowania w unii walutowej. Jeśli na horyzoncie nie widać reform – przestańmy marzyć o szybkim zastąpieniu złotego przez euro.
POLECAMY wSklepiku.pl: "Gospodarka i polityka makroekonomiczna strefy euro w latach 2008-2010"
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.