Opinie
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula Von der Leyen wygłasza w Parlamencie Europejskim w Brukseli orędzie o stanie Unii Europejskiej, 16 września 2026 / autor: PAP/EPA/RONALD WITTEK
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula Von der Leyen wygłasza w Parlamencie Europejskim w Brukseli orędzie o stanie Unii Europejskiej, 16 września 2026 / autor: PAP/EPA/RONALD WITTEK

WYWIAD

Von der Leyen trochę zmienia język, ale sztywno trzyma się Zielonego Ładu

Agnieszka Łakoma

Agnieszka Łakoma

dziennikarka portalu wGospodarce.pl, publicystka miesięcznika "Gazeta Bankowa", komentatorka telewizji wPolsce.pl; specjalizuje się w rynku paliw i energetyce

  • Opublikowano: 17 września 2026, 11:59

  • Powiększ tekst

Unia Europejska przegrała wiele walk na światowym rynku, a mimo to nie zmienia kursu, lecz z drugiej strony - czego spodziewać się, skoro w Brukseli są ciągle ci sami urzędnicy, którzy wymyślali i pisali przez lata kolejne ekodyrektywy - mówi Anna Łukaszewska-Trzeciakowska, była minister klimatu i środowiska.

Anna Łukaszewska-Trzeciakowska, była minister klimatu i środowiska w rządzie Zjednoczonej Prawicy / autor: materiały prasowe
Anna Łukaszewska-Trzeciakowska, była minister klimatu i środowiska w rządzie Zjednoczonej Prawicy / autor: materiały prasowe

Agnieszka Łakoma: Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wygłosiła orędzie o stanie Unii, ale wydaje się, że pomysłów na rozwiązanie głównych problemów jak utrata konkurencyjności czy droga energia zabrakło. Za to ma być więcej unii w Unii. Jak Pani ocenia to orędzie?

Anna Łukaszewska-Trzeciakowska: - Von der Leyen znów mówi o ratowaniu europejskiego przemysłu, ale nie zaproponowała odwrotu od polityki klimatycznej, która winduje koszty dla europejskich gospodarek. ETS pozostaje, Zielony Ład pozostaje, cel 90 proc. redukcji emisji do 2040 r. pozostaje – mimo że Komisja sama przyznaje, że to droga energia niszczy konkurencyjność Europy. Dla przemysłu Polski  oznacza to dalszą presję kosztową i konieczność finansowania bardzo drogich inwestycji. Nie wystarczy mówić o atomie, deregulacji i konkurencyjności, jeżeli nie idzie za tym zasadnicza reforma ETS i tempa dekarbonizacji. Komisja zmieniła język, ale nie zmieniła kursu. Szczególne obawy budzi promowana przez Brukselę Unia Oszczędności i Inwestycji, której celem jest uruchomienie prywatnych oszczędności Europejczyków na potrzeby realizacji zielonych priorytetów UE. Coraz częściej wygląda to tak, jakby zamiast ograniczać koszty własnej polityki, Bruksela szukała nowych sposobów finansowania jej pieniędzmi obywateli zgromadzonymi w funduszach, produktach inwestycyjnych i systemach oszczędnościowych. Fatalnie brzmi też oczekiwanie, że nowy wieloletni budżet będzie bardziej scentralizowany i więcej punktów i funduszy będzie rozdzielać Komisja - nie kraje wpłacające.  Europejczycy oczekują przede wszystkim ochrony wartości swoich oszczędności i tańszej energii, a nie kolejnych mechanizmów finansowania coraz droższych projektów unijnych nowymi unijnymi podatkami i oszczędnościami zwykłych ludzi.

Ostatnie miesiące roku będą wyjątkowo gorące, bo szefowa Komisji będzie chciała ostatecznie w grudniu zamknąć negocjacje z rządami w niezwykle ważnych kwestiach, które zdecydują o tym, w jakim kierunku pójdzie Unia w kolejnych latach. Z jednej strony budżet na lat 2028-34, z drugiej reforma ETS-u, a do tego unia oszczędnościowo-inwestycyjna i energetyczna. Czy Komisja Europejska przeforsuje swoje pomysły?

Z tych wszystkich kwestii budżet jest na pewno priorytetem i to bardzo trudnym do przeforsowania dla Brukseli, bo wymaga jednomyślności. A tu opinie są bardzo podzielone. Z naszego, polskiego punktu widzenia szczególnie ważne jest zapewnienie sprawiedliwego podziału funduszy z uwzględnieniem potrzeb państw naszej części Europy. Równocześnie projekt nowego budżetu pokazuje presję na dalszą centralizację unijnych finansów i większą rolę Komisji w decydowaniu o kierunkach wydawania pieniędzy. Bruksela chce również nowych zasobów własnych UE, czyli nowych strumieni dochodów powiązanych m.in. z ETS, CBAM, dużymi przedsiębiorstwami i wyrobami tytoniowymi. Komisja chce mieć większy budżet, więcej własnych dochodów i większy wpływ na  politykę w państwach członkowskich - to prosta droga do federalizacji i europejskiego superpaństwa. Trzeba z tym walczyć, tak jak walczyć o to, by odrzucony został mechanizm warunkowości, który również jest tam zaszyty. Komisja Europejska już nam pokazała, jak potrafi używać tego mechanizmu jako narzędzia wpływu na decyzje rządów wybory obywateli i karania tych, które nie spełniają dowolnych unijnych oczekiwań. Nie możemy dopuścić do powtórki sytuacji z blokadą pieniędzy, która objęła KPO w czasach naszego rządu. W normalnych warunkach negocjacje w sprawie nowego budżetu mogłyby jeszcze trwać w przyszłym roku, ale obawy o zmianę kursu politycznego w kilku krajach w wyniku przyszłorocznych wyborów są tak duże w Brukseli, że presja na domknięcie wszystkiego w grudniu rośnie. Komisja Europejska zdaje sobie sprawę, że w przyszłym roku może być w fatalnej sytuacji.

Choć budżet to najważniejsza kwestia i wiadomo, ze Komisji Europejskiej łatwo nie będzie przekonać kraje członkowskie, skoro nawet Niemcy mają wątpliwości, to jednak „po drodze” jeszcze jest bardzo ważna – szczególnie dla Polski – reforma systemu handlu emisjami. Bruksela zapewnia, że doprowadzi do spadku kosztów energii i pozwoli przemysłowi odzyskać konkurencyjność. Ile w tym propagandy, a ile prawdy?

Z tej szumne zapowiadanej przez Ursulę von der Leyen reformy ETS nie zostało wiele. Właściwie zasadniczy pomysł złagodzenia tego systemu sprowadza się do utrzymania dłużej puli darmowych uprawnień do emisji CO2 i wolniejszego wycofywania uprawnień z rynku. Nie ma więc żadnego mechanizmu, który pozwoliłby urealnić cały system, tak aby przemysł europejski na nowo stał się konkurencyjny na zewnątrz. I jakby tego było mało, jeszcze pojawiła się koncepcja, by unijny przemysł stał się zeroemisyjny już w 2045 roku! Od pozornych zmian w systemie sytuacja wielu sektorów, na które ETS wpływa najbardziej, się nie poprawi.

Gdy kilka dni temu niemiecki europoseł Liese przedstawił propozycje dotyczące zmian w ETS, to właściwie skupił się na tym, ile i kiedy uprawnień do emisji będzie dostępnych. A tymczasem ich ceny są bardzo wysokie. Czy można je obniżyć?

Na tym właśnie polega cały problem z tą reformą – nie ma w niej w ogóle mowy o usunięciu przyczyn problemu, jakim są bardzo wysokie ceny uprawnień do emisji CO2. A przypomnijmy, że teraz tona kosztuje około 85 euro, a 10 lat temu – było to kilka euro. To pokazuje, jak bardzo wzrosły koszty tego systemu. Nie ma jednak żadnej propozycji, która doprowadziłaby do ograniczenia gry spekulacyjnej na rynku uprawnień, nie ma planu wykluczenia z niej instytucji finansowych, które nastawione są na zyski. Brakuje przepisów dotyczących ceny maksymalnej, czy choćby tzw. korytarza cenowego dla pozwoleń na emisję. W związku z tym w ogóle nie można mówić o korzyściach z reformy ETS-u, ani tym bardziej szansach na obniżenie cen uprawnień. Problem wiec pozostanie.

Czy Unia ma zatem w ogóle szanse na nowo stać się konkurencyjna, o czym mówiła szefowa Komisji w orędziu?

Same zapowiedzi nie wystarczą, by poprawić konkurencyjność. Skoro nie likwidujemy jednej z głównych przyczyn problemu wysokich kosztów energii czyli ETS, to kolejne strategie niewiele wnoszą. Plan Made in EU, by promować produkcję na bazie europejskich produktów, czy Industrial Act nie pomogą. Unia utraciła zdolność do konkurowania; chyba, że wewnętrznie: silniejsze unijne gospodarki jak Niemcy będą zjadać słabsze, takie jak Polska czy inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej. Europa zamknęła się w wieży z kości słoniowej, choć świat za zewnątrz funkcjonuje inaczej. Musimy korzystać z importu, ale ma problemy z wyeksportowaniem swoich towarów, bo są za drogie. A są drogie, bo koszty produkcji są zbyt wysokie. Dlatego dochodzi do kuriozalnych sytuacji, zamiast produkować na miejscu i sprzedawać za granicę, wiele przedsiębiorstw musi przenosić swoją działalność poza Unię. Jeśli władze unijne pomimo protestów rolników przepchnęły umowę o wolnym handlu z krajami Mercosur i zgodziły się otworzyć rynek, to wcale nie znaczy, że w zamian europejskie koncerny motoryzacyjne będą tam eksportowały miliony  samochodów. Szybko okaże się, ze na przykład Volkswagen w Ameryce  Południowej uruchomi produkcję skierowaną na tamtejszy rynek, bo koszty będzie miał niższe a więc i ceny aut. A jednocześnie oznaczać będzie, że w Brazylii czy Argentynie Volkswagen będzie oferował miejsca pracy, płacił podatki i przyczyni się do tam rozwoju gospodarczego, a nie w Europie. Unia przegrała wiele walk na światowym rynku, a mimo to nie zmienia kursu, ale z drugiej strony czego spodziewać się, skoro w Brukseli są ciągle ci sami urzędnicy, którzy wymyślali i pisali przez lata kolejne ekodyrektywy.

W Europie koncerny motoryzacyjne - w ramach realizacji polityki klimatycznej - muszą przejść na produkcję elektryków, co wiązało się kosztami. A po tym, jak ostatnio VW ogłosił dodatkowe zwolnienia 50 tysięcy ludzi, Bruksela uznała, że wizja czystego transportu stanowi problem, więc ma być skorygowana, i to już w najbliższych miesiącach. Czy w związku z tym może dojść do zniesienia zakazu sprzedaży nowych samochodów spalinowych w 2035 roku?

Samo wprowadzenie zakazu było skandaliczne, a teraz są próby złagodzenia, ale gdyby został wycofany, to dla von der Leyen byłoby całkowitą porażką. Choć od początku było wiadomo, że dyrektywą można zmusić do firmy do produkcji elektryków, ale nie można zmusić ludzi, by je kupowali. Na dodatek okazało się, że europejskie samochody są bardzo drogie, a chińskie o wiele tańsze. Nic dziwnego, że Europejczycy chętniej je kupują. A efekt jest taki, że skoro zakup elektryków w wielu krajach jest dotowany, to te dotacje nie wspierają europejskich, ale chińskie koncerny motoryzacyjne. Mimo że problem jest poważny, to urzędnicy w Brukseli mówią: „nic nie szkodzi” i proponują nakaz zakupu elektrycznych aut służbowych. I nie przejmują się tym, że dla wielu firm będzie to dodatkowy wydatek i w wielu z nich te elektryki nie spełnią wymaganych potrzeb. Choć nakazowe przejście na zeroemisyjny transport jest nieracjonalne, to Komisja Europejska i cała Unia ma i tak iść w tym kierunku. Na marginesie też warto przypomnieć, że sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa elektryki w ogóle się nie sprawdzą, a elektrycznymi autobusami nie da się przeprowadzić ewakuacji ludności.

Komisja Europejska pomimo ewidentnych porażek, gdy chodzi o proponowane strategie czy polityki, jednak chce mieć więcej kontroli nad państwami unijnymi i kolejnymi obszarami. Stąd pomysły unii bankowej i oszczędnościowo-inwestycyjnej, ale także energetycznej. I jeszcze w tym roku ma rozstrzygnąć się kwestia nadzoru nad inwestycjami w wielkie transgraniczne sieci energetyczne. Czy pomysł centralnie sterowanych „prosto z Brukseli” inwestycji, które dotyczą bezpieczeństwa energetycznego, ma jakikolwiek sens?

Uważam, że cała ta koncepcja to jeden wielki skandal. I dziwi mnie, że polscy posłowie w komisji ITRE w Parlamencie Europejskim tego nie zablokowali. Jak ktoś z Brukseli ma skutecznie zarządzać przepływem energii w całej Unii? Ale w tle są olbrzymie pieniądze, bo nie tylko chodzi o to, że urzędnicy nam zaplanują, gdzie są potrzebne nowe połączenia sieciowe. Oni też mają przejąć część pieniędzy, jakie są gestii krajowych operatorów sieci – czyli także polskiej spółki PSE. Bo za przesył energii sieciami najwyższych napięć miedzy krajami ich operatorzy pobierają opłaty. I jeśli Komisja Europejska przeforsuje ten słynny Pakiet Sieciowy, to pieniądze z tych opłat częściowo trafią do niej. I nie będzie ważne, czy na przykład polski operator będzie potrzebował pieniędzy na własne plany inwestycyjne, bo urzędnicy w Brukseli uznają, że znacznie ważniejsze jest wybudowanie wielkiej linii – interkonektora między Hiszpanią i Portugalią. Zatem jeśli na przykład nasz operator zarobi na przesyle energii z Ukrainy do Zagłębia Ruhry, to znaczną część tych pieniędzy i tak trzeba będzie oddać do Brukseli. Te pomysły oznaczają zabranie nam kompetencji w zakresie bezpieczeństwa energetycznego. Jeśli rząd je poprze, to przyczyni się do utraty niepodległości i suwerenności przez nasz kraj.”

Rozmawiała Agnieszka Łakoma

»» Odwiedź wgospodarce.pl na GOOGLE NEWS, aby codziennie śledzić aktualne informacje

»» O bieżących wydarzeniach w gospodarce i finansach czytaj tutaj:

Unijny kraj skasuje system kaucyjny?

Grupa Kęty przejmuje międzynarodowego potentata

Herbert Gabryś: Nie wolno odejść od węgla

»»Będzie kryzys naftowy? – oglądaj „Piątkę wGospodarce” w telewizji wPolsce24

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych