Opinie

www.sxc.hu
www.sxc.hu

Wypas jak w urzędzie!

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, w 2019 roku otrzymał Nagrodę im. Władysława Grabskiego przyznawaną przez Narodowy Bank Polski najlepszym dziennikarzom ekonomicznym w kraju

  • Opublikowano: 27 marca 2013, 13:44

  • Powiększ tekst

Nie tak znowu dawno, podczas raczej luźnej dyskusji, po raz kolejny zetknąłem się z dość kuriozalnym argumentem przeciwko redukcji administracji. Otóż według rozmówcy absolutnie nie można doprowadzić do jakiegokolwiek odchudzenia etatów w administracji rządowej i samorządowej! Dlaczego? Bo doprowadzi to do wpłynięcia na rynek potężnej jak tsunami fali bezrobotnych, a to wykończyłoby kraj do reszty.

 

Paradoksalnie ten argument, choć może wypływać ze szczerej, społecznej troski, mówi nam więcej o obecnej Polsce niż jesteśmy skłonni przyznać. Otóż jeśli przyjmujemy, iż poważna redukcja administracji, czyli mówiąc brutalnie – cięcie etatów w sektorze publicznym – ma doprowadzić do jakiejś tragedii na rynku pracy, to zastanówmy się o czym właściwie to świadczy? Ano o tym, iż nasza biurokracja jest po prostu najdroższym z możliwych programem wielkiego zasiłku dla bezrobotnych.

Logika – skoro przyjmujemy, iż pracownicy administracji, zwolnieni z etatów, będą bezradni na rynku pracy, to jak to świadczy o ich kwalifikacjach? Ano tak, że najwyraźniej są to ludzie (w swej masie) którzy absolutnie nic nie umieją, nie posiadają żadnych pożądanych na rynku pracy kwalifikacji i tym samym pozbawieni zatrudnienia nie zainteresowaliby żadnego pracodawcy.

Nim się Państwo oburzą na taką retorykę zadam pytanie – kiedy ostatnio otrzymali Państwo pomoc, wyjaśnienie, w jakimś urzędzie? No? Słucham?

Sądzę, że poza garstką szczęśliwców miażdżąca większość potwierdzi, iż urzędnik w polskim urzędzie absolutnie nie potrafi niczego obywatelowi wyjaśnić, wytłumaczyć czy (nie daj Bóg!) pomóc w wypełnieniu jakiegoś przekomplikowanego druczku. Nie. Urzędnik jest panem, petent – kmiotem. Ileż razy w urzędach słychać, że jakieś okienko jakiegoś druku jest źle wypełnione, ale już na pytanie „jak w takim razie je wypełnić?” pada (wersja kulturalna) – „nie wiem”, albo (wersja bezczelna) – „to Pan/Pani powinna wiedzieć, ja nie od tego tu jestem”. Znamy to? Znamy.

Oczywiście – wiemy, że nie od tego są urzędy, by (wzorem USA) móc tam załatwić każdą administracyjną sprawę, u wykwalifikowanego urzędnika, który wyjaśni, podpowie, wytłumaczy lub wręcz sam wypełni kolejny papier. Nie. W Polsce urzędy działają jako przechowalnie dla krewnych, pociotów i znajomych powiązanych lub skoligaconych z tym lub tamtym ważnym człowiekiem tej czy innej władzuni. ZUS jest tu bodaj najbardziej jaskrawym przykładem (choć zasługuje na unieśmiertelnienie w oddzielnym tekście) – w obecnym Sejmie RP nie ma ani jednej partii, która postulowałaby likwidację tego tworu. Wszyscy wiemy zresztą dlaczego, a jak kto nie wie – już spieszę wyjaśnić. Otóż tenże ZUS to znakomity łup polityczny dla działaczy niskiego szczebla (szczeble wyższe mają do wzięcia spółki skarbu państwa). Po wygranych wyborach szufla! Od dyrektora do portiera zapełniamy organ swoimi ludźmi. A że to horrendalne kwoty łupione z naszych kieszeni? A kogo to obchodzi.

Żeby była jasność – nie twierdzę, iż każdy urzędnik jest niewykwalifikowany. Skądże – sam znam wielu urzędników dobrze przygotowanych do pracy i wykonujących ją sprawnie. Stanowią oni jednak mniejszość i zagadnięci, sami narzekają na otaczających ich biurokratów „plączących się pod nogami”, nic nie potrafiącymi zrobić poza zaparzeniem kawy (a i to nie zawsze i na wyraźne polecenie), utrudniającymi pracę i często – zajmującymi wyższe, lepiej płatne stanowiska przy zerowych kwalifikacjach. Dlaczego w Polsce jeden komputer obsługuje dwóch urzędników? Bo trzeci jest na chorobowym.

A dane są bezlitosne. W mojej rodzinnej Gdyni po upadku stoczni największym pracodawcą był urząd miejski. Potem się to zmieniło, choć i tak tylko i wyłącznie dzięki rozmaitym programom dla firm, subsydiowanym, oczywiście, z budżetu miasta. Ale w wielu, wręcz większości, innych polskich samorządów jest podobnie – urzędy miast, gmin, województw i powiatów… do wyboru, do koloru!

Co więcej – rozumiałbym przenoszenie coraz większych kompetencji na samorządy, wręcz to pochwalam. Jednak nie w sytuacji, gdy wprost proporcjonalnie do przenoszenia odpowiedzialności na samorządowców następuje rozrost administracji rządowej. To jest doprawdy historyczny akt zamiany żelaza w złoto, no – tyle, że z naszych podatków.

Czy widzę rozwiązanie tej sytuacji, światełko w tunelu? Na ten moment nie – brak siły i woli politycznej, również u opozycji, by sytuację zmienić. Lewiatan biurokracji trwa, władze się zmieniają, karuzela kręci się dalej, a kieszeń podatnika jak nie miała dna, tak wciąż tego dna nie ma.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych