Opinie

USA / autor: www.sxc.hu
USA / autor: www.sxc.hu

Biden nie musi oznaczać końca

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, w 2019 roku otrzymał Nagrodę im. Władysława Grabskiego przyznawaną przez Narodowy Bank Polski najlepszym dziennikarzom ekonomicznym w kraju

  • Opublikowano: 9 listopada 2020, 15:20

    Aktualizacja: 9 listopada 2020, 15:22

  • Powiększ tekst

Choć po zwycięstwie kandydata Demokratów, Joe Bidena w mediach pojawiały się dość alarmistyczne informacje co do przyszłości stosunków PL-USA nie muszą się one sprawdzić. Utrzymanie dobrych relacji i sojuszu strategicznego będzie jednak wymagało po stronie polskiej precyzji i zdecydowania

Relacje między Polską a USA od lat pozostawały raczej na dobrym poziomie, jednak administracja Trumpa wniosła je na nowy poziom. Zacieśniono współpracę gospodarczą i tę w materii bezpieczeństwa. Nie tylko dlatego, że USA mają w tym interes - Polska posiadała już na wejściu atuty, które potrafił docenić Republikański prezydent: niezmiennie płacimy duże składki na NATO, a od 2015 roku realizujemy w regionie projekty strategiczne, takie jak Trójmorze (i, szerzej, Fundusz Trójmorza), zmiana wektorów transportowych z poziomych na pionowe jak również wzmacnianie tzw. Wschodniej Flanki NATO. Wyrazy sympatii Trumpa Polska przyjmowała więc z dużym entuzjazmem, jednak, należy zaznaczyć, entuzjazm ów niekiedy przybierał formy irracjonalne, i nie wykorzystywaliśmy możliwości gdy na innych fortepianach niż amerykański, realnie zamykając sobie opcje manewru.

Dziś gdy prezydentem zostanie Joe Biden publicyści i komentatorzy wpadli niejako w panikę. Wieszczona jest międzynarodowa izolacja Polski. Nasz kraj, wskutek konfliktu z UE, Federacją Rosyjską i odrzuceniem technologicznych ofert Chin ma teraz zostać sam, na łasce Niemiec i Rosji, gdy amerykański sojusznik odwróci się do nas plecami.

No nie. Pobudzająca wyobraźnię, efektowna wizja, ale nie.

Amerykanie swoje tradycje polityczne czerpią z dwóch źródeł - pierwszym jest Imperium Romanum, którego historia jest wśród amerykańskich elit analizowana bardzo wnikliwie. Drugim jest dziedzictwo Imperium Brytyjskiego, od którego, między innymi, USA przejęły podejście do polityki zagranicznej. A w tej nie ma niezmiennych sojuszy, są jedynie niezmienne interesy. Chwilowo działa to na naszą korzyść.

Amerykanie mają bowiem w regionie duże interesy i inwestycje. Polska kupuje od USA gaz, realizuje też korzystny dla USA projekt Trójmorza. Owszem, w ten ostatni projekt pragną zaangażować się (czytaj - przejąć go) Niemcy, jednak na obecną chwilę to Polska jest wiodącą siłą inicjatywy. Podpisujemy też kolejne umowy dotyczące obrony, nie będące bynajmniej jedynie ciepłymi deklaracjami, lecz kontraktami dotyczącymi dużych kwot. A mało jest rzeczy, które Amerykanie tak cenią i honorują jak umowa biznesowa. Mamy więc nadal do zrobienia biznesy ze Stanami, jednak będzie to teraz znacznie trudniejsze. Co nie oznacza, że niemożliwe.

Nowa, Demokratyczna administracja z pewnością będzie bardziej liberalna obyczajowo, spodziewać się więc należy nacisków na polski rząd w kwestii ustępstw w takich sprawach jak LGBT czy aborcja. Nasz kraj będzie też musiał się ścigać na oferty dla USA z Niemcami, którzy przed kilkoma tygodniami przedstawili już opcję na nowe otwarcie dla Ameryki.

Scenariusz w którym USA robi kolejny reset w stosunkach z Federacją Rosyjską, pozostawiając ten obszar Europy w strefie wpływów Kremla jest, oczywiście, bardzo prawdopodobny, ale nie jest scenariuszem jedynym. Trójmorze to projekt młody ale realny i większy niż pojedynczy podmiot jakim jest Rzeczpospolita.

Wszystko to jednak wymaga od Polski dużej precyzji i gruntownego przemyślenia naszych celów w polityce międzynarodowej. Proste brnięcie w wytyczonym przez dużego sojusznika nurcie może tu nie wystarczyć. Moment jest odpowiedni - z szansy warto skorzystać.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych