WYWIAD
Anna Łukaszewska – Trzeciakowska: Nie ma ani jednego ani drugiego
Jeśli Bruksela nie wyrzuci nastawionych na zysk instytucji finansowych w systemu handlu emisjami, nie ustali ścieżki cenowej dla uprawnień do CO2 i nie pozwoli na dekarbonizację przemysłu w tempie realnie możliwym, to będzie co raz gorzej i na powrót do konkurencyjności nie ma szans - mówi Anna Łukaszewska – Trzeciakowska, była Minister Klimatu i Środowiska
Agnieszka Łakoma: Jesteśmy w szczególnym momencie, bo władze unijne po ponad dekadzie przekonywania nas wszystkich, jak świetna jest polityka klimatyczna, teraz muszą konać w niej zmian. Czy Bruksela otworzyła rzeczywiście oczy na fatalne skutki wielu decyzji, czy po prostu presja – zwłaszcza przemysłu jest tak silna? Więc nie ma wyjścia i musi coś zaproponować.
Anna Łukaszewska – Trzeciakowska: Te propozycje Komisji Europejskiej to efekt przede wszystkim presji ze strony przemysłu, a nie przemyśleń. A to dlatego, że Komisja bardzo niechętnie przyznaje, że się pomyliła. Niestety też nie wierzę, że decydenci są przekonani do dokonania faktycznych zmian w polityce klimatycznej. bo przecież to oni sami ją stworzyli. I zapewniali, że jest korzystna, bo zapewni rozwój i dobrobyt. Choć nie ma ani jednego ani drugiego, to kurs będzie utrzymany. A warto też pamiętać, ze stoją za nim potężne siły – lobby tak europejskich firm branży OZE jak i chińskich potentatów. Jeśli komuś wydaje się, że Chiny nie mają wpływu na podejście władz unijnych, to nic nie rozumie.
Ale formalnie władze w Brukseli walczą z wielkim deficytem w handlu z Chinami, nakładają cła na chińskie samochody i straszą kolejnymi. Zatem wydaje się, że nie ulegają Pekinowi.
- To wszystko tylko jedna strona medalu. Druga jest taka, że najbardziej na koncepcji i realizacji energetycznej transformacji w Europie zyskują Chiny, bo to z tego kraju pochodzą komponenty do paneli słonecznych i wiatraków, samochodów elektrycznych, niezbędne metale i minerały ziem rzadkich. I dla Chin najlepiej byłoby, by zielona polityka Unii trwała jak najdłużej, bo to ich gospodarka zyskuje najbardziej, a nie państw unijnych – szczególnie z naszej części kontynentu. Jest jeszcze jeden aspekt polityki klimatycznej, o którym szczególnie rzadko mówi się. To Europa Zachodnia zarabia przede wszystkim na handlu emisjami czyli słynnym EU ETS. Rozwinięte czyste technologie i w dużej mierze dokonana już dekarbonizacja tam powodują, że zwyczajnie mają za dużo uprawnień do emisji CO2. I chętnie je sprzedają takim państwom jak Polska, gdzie gospodarka opiera się na tradycyjnym ciężkim przemyśle. Kupując te uprawnienia sami ponosimy koszty, a jednocześnie finansujemy Europę Zachodnią. Dlatego tak widoczny jest rozdźwięk miedzy podejściem do polityki klimatycznej i ETS Hiszpanii, Holandii czy Szwecji a Polski, Czech czy Słowacji.
Czyli biorąc to pod uwagę, nie ma szans na urealnienie polityki klimatycznej. Czy skończy się na lekkiej korekcie? Choć według medialnych doniesień Komisja Europejska ma imponująca listę pomysłów i programów lista pomysłów?
- To będzie tylko lekka korekta i pudrowanie rzeczywistości, by zapobiec szybkiej upadłości tradycyjnego przemysłu. Tym bardziej, że już opór wobec radykalnych zmian obserwujemy nie tylko w kilku stolicach, lecz także w samym Europarlamencie. Posłowie Socjalistów, Zielonych i grupy Renew Europe mówią, że sprzeciwią się jakimkolwiek planom urealnienia kursu klimatycznego i domagają się utrzymania ścieżki odejścia od paliw kopalnych. I choć propozycje Komisji są daleko niewystarczające, by poprawić sytuację przemysłu i doprowadzić do spadku cen energii, to część Parlamentu Europejskiego jeszcze będzie chciała je osłabić w czasie głosowań nad zmianami w prawie. Niestety dla nas grupa Renew Europe raczej chce bronić interesu północnej Europy i starej Unii, zaś Socjaliści i Zieloni żyją w swoim świecie zielonych jednorożców i domagają się jeszcze zaostrzenia polityki i szybszej redukcji emisji.
Wiele słyszymy już o wsparciu dla przemysłu. Więcej darmowych uprawnień, dłużej pozostaną na rynku i utrzymany ma być Fundusz Modernizacyjny także po 2030 roku. Uprawnienia w ogóle mają być na rynku także po 2039 roku, więc teoretycznie wolniejsza dekarbonizacja. Ale czy faktycznie?
- Oczywiście każda ulga w wymaganiach i obowiązkach wynikających z polityki klimatycznej i ETS jest dla przemysłu dobra. Ale nie w tym rzecz. Bo długofalowo niewiele się zmieni. Te Brukseli pomysły nie dotykają kwestii zasadniczej czyli likwidacji przyczyn problemów i kryzysowej sytuacji wielu branż. Jeśli nie wyrzuci nastawionych – co oczywiste - na zysk instytucji finansowych w systemu handlu emisjami i nie ustali ścieżki cenowej dla uprawnień do CO2 i nie pozwoli na dekarbonizację przemysłu w tempie realnie możliwym, to będzie co raz gorzej i na powrót do konkurencyjności nie ma szans. Najkrócej te wielkie pomysły Brukseli można podsumować: tak: za mało i za późno, zaś leczymy objawy a nie przyczyny.
Komisja Europejska proponuje m.in. Program ETS Investment Booster z 400 milionach uprawnień, o które będą mogły ubiegać się przedsiębiorstwa, a po 2030 roku Bank Dekarbonizacji Przemysłu. Zatem na pewno pochwali się, że ratuje jednak przemysł.
- Jednak to kolejny dowód, że Komisja Europejska walczy ze skutkami decyzji, jakie sama podjęła i narzuciła na kontynencie innym. Ale nie walczy z przyczynami problemu. To tak jakby chorego na zapalenie płuc leczyć paracetamolem a nie antybiotykami. Praprzyczyną jest polityka klimatyczna. Koncepcja była taka, że z Unii rozleje się na cały świat i to z Unii będą na cały świat szły wiatraki i panele, a firmy unijne będą liderami w ich produkcji. Ale tak się nie stało. Nie sprawdziła się też koncepcja globalnego ETS-u, bo Bruksela liczyła, że inne kontynenty też ten podatek od emisji wprowadzą. Teraz próbuje więc znaleźć sposób na złagodzenie problemów, ale proponuje kurację objawową. Tak długo jak ETS będzie obowiązywał w obecnej formie, a wskaźniki redukcji emisji i wymogi budowy OZE będą nierealne, tak długo problemy gospodarcze Europy nie znikną i nie ma szans na tanią energię. Ciągle europejski przemysł będzie droższy i nie zwiększy eksportu przy wysokich kosztach. A na dodatek kraje Europy Centralnej i Wschodniej pozostaną najbardziej obciążone polityką klimatyczną i przez to wspierać będą Zachód Europy.
Od polskich polityków często słyszymy, że jednak Komisja Europejska uwzględnia nasz postulaty w zakresie polityki klimatycznej. Powstaje więc wrażenie, że sytuacja naszego przesyłu tradycyjnego wcale tak zła nie jest i radykalne reformy ETS-u nie są konieczne. Jak Pani to ocenia?
- Jestem zaskoczona by nie rzec zaszokowana ogólnie dobrym samopoczuciem niektórych członków rzędu i części mediów gdy chodzi o politykę klimatyczną Unii. Także dziś przeczytałam na jednym z portali, że polski rząd jest bardzo zadowolony z proponowanych przez Brukselę zmian. A skoro tak, to w ogóle trudno liczyć, ze Warszawa podejmie jeszcze jakikolwiek starania o faktyczną reformę ETS-u czy innych celów i wymagań klimatycznych. Gdy inne stolice maja krytyczne podejście i walczą, u nas – spokój. A ze względu na skale kraju, wydatków i kosztów, to polski rząd powinien najgłośniej domagać się urealnienia unijnych planów. Zupełnie jakby nie rozumiał, że te wszystkie propozycje naprawcze Komisja Europejska sformułowała tak, by to przemysł i gospodarki Europy Zachodniej na nich zyskały i w konsekwencji by odbyło się to kosztem gospodarki i obywateli krajów naszej części kontynentu. Kraje jak Niemcy, Francja, Hiszpania zyskają. Jeśli na tydzień przed publikacją ostatecznych propozycji przez Komisję Europejską czytamy o zadowoleniu polskich polityków, to musi szokować.
Komisja Europejska liczy, ze to półrocze będzie przełomowe gdy chodzi o reformę polityki klimatycznej i nowy budżet na lata 2028-34. Wygląda na to, że bardzo się spieszy, by unijni przywódcy wszystko przynajmniej w ogólnych założeniach zaakceptowali. Czy odniesie sukces?
- Mamy wrażenie silnego przyśpieszenia, a powód to wybory w 2027 roku nie tylko w Polsce i Francji ale i innych krajach. Komisja będzie próbowała wszystko dopchnąć kolanem, bo w przyszłym roku krajobraz polityczny Europy może się radykalnie zmienić. Ursula von der Leyen zapowiedziała ponoć nawet, że będzie trzymać szefów rządów na grudniowym szczycie Rady tak długo, aż wszystko zaakceptują. Pozostaje mieć nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek i tego fatalnego planu budżetowego przynajmniej kilka krajów nie zaakceptuje. I nie mówię tu o Polsce, bo na sprzeciw obecnego rządu nie można liczyć, ale bardziej na Słowację i Czechy. Jeśli budżet będzie taki, jak chce Bruksela i przeforsuje jedynie lekką korektę polityki klimatycznej, to szykujmy się na wyprowadzenie sztandaru. Tak jak wyprowadzono sztandar PZPR prawie cztery dekady temu, tak będziemy mogli wyprowadzić polską flagę – symbol niepodległości naszej ojczyzny.
Rozmawiała Agnieszka Łakoma
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.