Informacje

Dyskretny urok „Bentleya”

Wojciech Surmacz

Wojciech Surmacz

Redaktor naczelny wGospodarce.pl i Gazety Bankowej

  • Opublikowano · 17 maja 2015, 16:15

    Aktualizacja · 19 maja 2015, 13:44

  • 10
  • Tagi: afera biznes Bronisław Komorowski IPN ludzie polityka prawo Prezydent Pro Civili sąd SKOK Wołomin Warszawa Wojskowe Służby Informacyjne WSI
  • Powiększ tekst

W warszawskim sądzie ruszył proces w sprawie „Pro Civili”, matki wszystkich afer III RP, z którą łączy się Bronisława Komorowskiego. Na ławie oskarżonych zasiadł człowiek przedstawiany w mediach, jako szef wszystkich szefów. To Piotr P. pseud. „Bentley”, kapitan WSI aresztowany niedawno za skok na kasę w Wołominie.

Ta historia jest prosta, bo ma proste przesłanie: o miłości do ojczyzny. O tej miłości nie trzeba mówić tylko ją realizować. Tak mówił dwa lata temu do kamery, wystrojony we frak Piotr P. podczas uroczystej premiery superprodukcji „Bitwa Warszawska 1920”, której był producentem. Oficer Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI), w cywilu zwany „Bentleyem” (od marki ekskluzywnego samochodu, którym do niedawna jeździł), recenzując swój film wyjawił życiowe credo. Zawsze bowiem kochał ojczyznę ale raczej o tym nie mówił, wolał działać... Jego ojczyzna nazywa się Polska Rzeczpospolita Ludowa. Na miłości do niej zbił prawdziwą fortunę. Problem w tym, że to miłość toksyczna, a pieniądze brudne.

Proces Piotra P. ruszył po cichu i bez zbędnego rozgłosu. Kapitan WSI pojawił się w warszawskim Sądzie Okręgowym 24 kwietnia 2015 roku. „Siwiejący 52-letni mężczyzna w okularach, ubrany był w jasną marynarkę w kolorze khaki i czarną koszulę. Sprawiał wrażenie rozbawionego całą sytuacją.” - relacjonowała pierwszą rozprawę „Gazeta Wyborcza”, która jako jedyna podała informację o rozpoczynającym się procesie z udziałem P. (sygn. akt nr XVIII K 180/14).

Prokurator oskarżył go o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która w ramach fundacji Pro Civili mogła wyprowadzić za granicę nawet 400 mln zł. Z całej masy mniej lub bardziej tajnych dokumentów, zeznań świadków i relacji dziennikarzy wynika, że jest to jedna z najbardziej mrocznych afer w historii III RP. Można powiedzieć, że to matka wszystkich polskich afer, bo fundacja „Pro Civili” do spółki z WSI kontrolowały całą przestępczość zorganizowaną w Polsce po 1989 roku. To właśnie tę aferę opisuje Wojciech Sumliński w swojej najnowszej książce pt. „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”. To właśnie w tej sprawie grasuje od lat „seryjny samobójca”, który według wyliczeń Sumlińskiego, ma już na sumieniu 17 osób... - W maju będzie się sporo w tej sprawie działo. Proces jest jawny, każdy może wejść na salę rozpraw. Z dostępem do akt też nie powinno być problemu – twierdzi prokurator Przemysław Nowak, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Historia kontrolowana

Jednak wbrew prokuratorskim zapewnieniom, prowadzący sprawę sędzia Andrzej Krasnodębski, blokuje nam dostęp do akt. Najpierw do redakcji dociera z sądu informacja, że źle sformułowaliśmy wniosek - chociaż był napisany poprawnie. Kilka dni później sędzia - bez uzasadnienia - kategorycznie odmawia nam dostępu do akt sprawy afery „Pro Civili”. Decyzja zaskakująca, bo trzy inne redakcje - „Newsweek”, „Polityka” i „Gazeta Wyborcza” - czerpią informacje z tych akt pełnymi garściami. Przy czym trzeba przyznać, że przedstawiają całą sprawę bardzo selektywnie i tendencyjnie. W ich narracji postać Bronisława Komorowskiego w kontekście afery „Pro Civili” praktycznie nie istnieje. P. zaś jest kreowany na w sumie sympatycznego gangstera, którego agenturalna przeszłość w zasadzie nie ma znaczenia. Mało tego, kapitan WSI zaczyna być używany do wybielania postaci Bronisława Komorowskiego. „Jego nazwisko zostało nawet użyte w kampanii prezydenckiej przez polityków prawicy do nietrafionego ataku na prezydenta Komorowskiego” - pisze o P. „Wyborcza”

Jednocześnie w relacjach mediów głównego nurtu na temat przekrętów P., na coraz dalszy plan schodzi SKOK Wołomin. Ta afera jest już ewidentnie wygaszana, chociaż to przecież w tej sprawie kapitan P. usłyszał sześć miesięcy temu prokuratorskie zarzuty i został osadzony w areszcie. Wszyscy „dziennikarze śledczy” biorą teraz na tapetę aferę „Pro Civili”, w sprawie której wszystkie postępowania zostały umorzone lub zawieszone ponad 12 lat temu. Warszawska prokuratura postanawia odkurzyć ponad 200 tomów akt „Pro Civili”, wznowić śledztwo i skierować sprawę do sądu. Tak się składa, że mniej więcej w tym samym czasie Wojciech Sumliński opublikował książkę, w której ujawnił kulisy afery „Pro Civili”, obszernie opisując niebagatelną rolę jaką odegrał w tym gigantycznym przekręcie Bronisław Komorowski.

Niezły gryps

Ale akurat o Piotrze P. Sumliński pisze zaskakująco mało. W sumie w jego książce pada tylko jedno zdanie: „Znajomy grubych ryb, na dziś nie do ruszenia”. Za to media głównego nurtu prześcigają się w „donosach” na „Bentleya”. „Newsweek” publikuje o tajemniczym kapitanie WSI całą serię artykułów, pisząc w jednym z nich, że P. jest „tak ważny jak prezydent i premier razem wzięci”. Zestawiając te rewelacje z faktami opisanymi w słynnym „Raporcie WSI”, przygotowanym przez Komisję Weryfikacyjną pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza, można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z szefem wszystkich szefów, przy którym takie legendy polskiej mafii, jak „Masa”, „Pershing” czy „Nikoś” wyglądają jak chłopcy na posyłki.

Gdyby policzyć pieniądze, które przepadły w przekrętach oficjalnie przypisywanych organizacji przestępczej, na której czele stoi rzekomo „Bentley” (m.in. afery w fundacji „Pro Civili”, Ursusie, Hydrobudowie Gdańsk, czy SKOK-u Wołomin), wyszłoby lekką ręką około 1 mld zł. Zaś rozmach z jakim żyje kapitan P. (luksusowa rezydencja w Nieporęcie, bentley, helikopter, wystawne przyjęcia, na które tłumnie przybywają elity rządzące) ewidentnie wskazuje, że mamy do czynienia z człowiekiem niezwykle majętnym.

Jakby tego było mało, kilka tygodni temu do mediów trafiają przecieki z aresztu w Międzyrzeczu, w którym siedzi P. Podobno tamtejsza straż więzienna przechwyciła grypsy oficera WSI, kierowane do Bronisława Komorowskiego, w których gangster instruuje prezydenta co ma robić w kulminacyjnym punkcie trwającej kampanii wyborczej. Informacja praktycznie nie do sprawdzenia, przekazywana między dziennikarzami pocztą pantoflową, zamienia się w plotkę, która błyskawicznie rozchodzi się wśród polityków i – co najważniejsze - działa na wyobraźnię. Wszyscy się niby z tego śmieją, uznając za kompletną bzdurę, ale tak naprawdę łykają tę miejską legendę i w duchu zaczynają się solidnie bać kapitana „Bentleya”.

I wszystko wskazuje na to, że słusznie się boją, bo Piotr P. to nie jakiś tam „ojciec chrzestny”, który idzie po trupach do celu. To wyrafinowany oficer służb, który potrafi z zimną krwią ogrywać najważniejsze osoby w państwie. Do pełnienia takiej roli został przecież świetnie przygotowany przez system, w którym zakochał się bez pamięci.

Romantyczny komunista

Z akt personalnych kapitana Piotra P., zarchiwizowanych w Instytucie Pamięci Narodowej wynika, że urodził się 13 października 1963 roku w Stawiszynie (woj. kaliskie). Wychowywał się w rodzinie robotniczej (ojciec malarz – tapeciarz, matka bez zawodu). W liceum chodził do klasy humanistycznej, romantyczna dusza - maturę pisał z języka polskiego i wychowania muzycznego (temat pracy: „Związek muzyki z literaturą na wybranych przykładach dzieł pisarzy, poetów i muzyków romantyzmu i post romantyzmu”).

W październiku 1981 roku zasilił szeregi Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, rok później był już członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i zdawał egzamin na kierunek polityczny na słynnym „Zmechu”, czyli Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych im. Tadeusza Kościuszki. Nie zdał, dostał dwie dwóje - z wychowania fizycznego i historii. Wtedy Polska ludowa po raz pierwszy wyciągnęła do niego pomocną dłoń. Wojskowa komisja egzaminacyjna uznała bowiem, że Piotr P. choć na „Zmech” się nie zakwalifikował, to starczyło mu punktów, by dostać się do Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych im. Stefana Czarneckiego w Poznaniu.

Wyznanie wiary

P. studia skończył z wyróżnieniem i wiódł w armii żywot oficera politycznego aż do 27 lutego 1988 roku. Wtedy to ppor. Piotr P., instruktor młodzieżowy w Jednostce Wojskowej 2707 z Żagania, idąc za głosem serca, napisał coś na kształt wyznania wiary, adresując je bezpośrednio do gen. bryg. Zbigniewa Rozbickiego, dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego. W swoim piśmie prosił o przeniesienie z korpusu oficerów politycznych do korpusu oficerów Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW)...

„Zostać oficerem zdecydowałem się w trudnym dla naszego narodu momencie w 1980 roku. Decyzję powyższą podjąłem z chęci czynnego przeciwstawienia się zaistniałej sytuacji, określenia swego stanowiska wobec nieustannych prób zwalczania i zniesławiania socjalizmu, władzy ludowej i partii” - pisał w swoim podaniu ambitny żołnierz. „Sądzę, że jako oficer WSW mógłbym głębiej i z większym pożytkiem przyczynić się do umacniania siły i autorytetu wojska w społeczeństwie, wykorzystując zdobyte doświadczenie z pracy w aparacie politycznym” - uzasadniał swoją prośbę P.

Generał Rozbicki prośbę rozpatrzył pozytywnie i pchnął młodego podporucznika prosto w objęcia gen. Edmunda Buły - legendarnego szefa WSW, który zasłynął z tego, że na początku lat 90. skopiował archiwa wojskowych służb i wysłał do Moskwy, a potem rozkazał wszystko spalić na terenie jednostki wojskowej w Mińsku Mazowieckim.

W czasie gdy w Polsce dokonywała się transformacja ustrojowa, czyli na przełomie lat 1988-89, Piotr P. ukończył Kurs Przekwalifikowania Oficerów Kontrwywiadu Wojskowego w korpusie bezpieczeństwa i prewencji wojskowej o specjalności kontrwywiadowczej. W „Opinii Specjalnej” po ukończeniu kursu napisano o P.: „Nie wymaga kontroli. Dobrze przygotowany do podjęcia pracy. Nadaje się na oficera obiektowego Kontrwywiadu Wojskowego”.

Świeżo upieczony agent trafił prosto do Szefostwa WSW, lądując w Oddziale III Zarządu I - sekcja W17, zajmująca się zwalczaniem dywersji ideologicznej. Jego bezpośrednim przełożonym był płk. Marek Wolny, który podlegał płk. Aleksandrowi Lichockiemu. Ostatnia adnotacja w aktach osobowych Piotra P. pochodzi z 31 sierpnia 1990 r. (zgodnie z ustawą IPN ma prawo posiadać i udostępniać dokumenty tylko do tej daty). Wtedy P. trafił do Sztabu Generalnego. W nazwie stanowiska widnieje tylko zapis: „dyspozycja szefa”. Jest też ocena jego pracy: „Bardzo dobrze wszedł w ochraniany obiekt”.

Oficer na prawicy

Dalsze losy oficera P. można odnaleźć w „Raporcie WSI”. Piotr P. w latach 1991-1996 był oficerem KW WSI, w latach 1992-1995 zajmował się tzw. osłoną obiektową Wojskowej Akademii Technicznej. Równolegle zajmował się niezwykle wyrafinowaną inwigilacją polskiej prawicy, działając w porozumieniu ze swoimi byłymi szefami – płk. Aleksandrem Lichockim oraz płk. Markiem Wolnym. Wojskowe Służby Informacyjne wzięły wtedy pod lupę najsilniejsze ugrupowania prawicowe w Polsce (m. in. Porozumienie Centrum, Ruch Odrodzenia Polski). Agenci WSI szukali haków na liderów tych partii, obejmując totalną inwigilacją m.in. Lecha Kaczyńskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Jana Olszewskiego czy Jana Parysa.

Jednym z najlepszych i najskuteczniejszych w tej materii agentów był podobno Piotr P. Potrafił się zaprzyjaźniać i wkradać w łaski polityków prawicy, wchodząc w posiadanie najbardziej wrażliwych informacji na ich temat, które w przyszłości mogły posłużyć do skutecznego hakowania.

Według informacji tygodnika „Newsweek”, pochodzących prawdopodobnie z akt sprawy „Pro Civili”, P. odszedł ze służby w 1995 r. Podczas wywiadu z psychologiem stwierdził ponoć, że jego odejście ma związek ze zmianą rządu. Ale jego przełożony miał zeznać, że P. odszedł ze służby „na podstawie informacji komórki bezpieczeństwa wewnętrznego WSI”. Zaś w jego pożegnalnej opinii napisano: „Ze swoim doświadczeniem operacyjnym i uzdolnieniami organizatorskimi może być bardzo przydatny do pracy poza wojskiem na stanowiskach kierowniczych”.

Mózg operacji

Po takim namaszczeniu Piotr P. bez większych problemów został przewodniczącym Rady Nadzorczej fundacji „Pro Civili”, która była de facto źródłem wszelkiego zła, do dziś panoszącego się w polskiej gospodarce. W „Raporcie WSI” P. określany jest mianem „mózgu” wszystkich operacji na linii „Pro Civili” - Wojskowa Akademia Techniczna, których celem było wyprowadzanie ciężkich milionów z Polski za granicę. Według ustaleń Centralnego Biura Śledczego (CBŚ) i warszawskiej prokuratury pieniądze te trafiały do spółek zarejestrowanych na Cyprze.

Z kolei Wojciech Sumliński w „Niebezpiecznych związkach Bronisława Komorowskiego” sugeruje, że część środków z afery „Pro Civili” mogło trafić do Szwajcarii na konta założone w Coutts Banku, którego szefem był Peter Vogel, słynny „kasjer lewicy”. Poszlaką, na którą wskazuje Sumliński jest fakt, że ostatni prezes fundacji „Pro Civili” Wiesław Bruździak został szefem ochrony w Coutts Banku. Sugestię Sumlińskiego może z kolei uwiarygadniać fakt, że Peter Vogel w wywiadzie, którego udzielił w czerwcu ubiegłego roku „Gazecie Bankowej” oraz tygodnikowi „wSieci” otwarcie przyznał, że znajdował się w strefie zainteresowań WSI. Szwajcarski bankier ujawnił też, że spotkał się z Bronisławem Komorowskim w jego biurze poselskim i wciągnął przyszłego prezydenta na słynną „listę Vogla”.

PRZECZYTAJ WYWIAD Z PETEREM VOGLEM: "Spalony bankier"

Co prawda Peter Vogel od razu zastrzegł, by nie wyciągać z tego zdarzenia zbyt daleko idących wniosków, bo Komorowski nie był jego klientem. Ale przecież wcale nie musiał nim być, żeby móc rozmawiać o sprawach szczególnie mu bliskich, czyli o Wojskowych Służbach Informacyjnych i fundacji „Pro Civili”.

Zbyt wiele zbiegów okoliczności pojawia się w tej historii, by móc całkowicie wykluczyć, że za tym spotkaniem „na szczycie” nie stał na przykład kapitan Piotr P. Jak było naprawdę pewnie się nigdy nie dowiemy. Tak samo jak nie dowiemy się gdzie są pieniądze WSI. Bo, że istnieją to pewne jak amen w pacierzu. W przeciwnym wypadku P. nie byłby dziś tak rozbawiony na sali sądowej. Swoją drogą, ciekawe dlaczego pozwolił się zamknąć? Odpowiedź na to pytanie możemy usłyszeć już na kolejnej rozprawie - 22 maja o godzinie 10:00, w sali nr 303 warszawskiego Sądu Okręgowego przy Al. Solidarności 127. No chyba, że oskarżony znowu będzie zagadkowo milczał. Tak, czy inaczej warto przyjść, żeby chociaż zobaczyć, jak wygląda kapitan „Bentley”, urastający właśnie do rangi największego bossa w historii III RP.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ O AFERZE PRO CIVILI I SKOK WOŁOMIN: "Wołomińskie Służby Inwestycyjne"

Komentarze