
Jak płacimy za darmowe dotacje?
Polacy godzą się na unijne absurdy, ponieważ z UE można dostać darmowe pieniądze. Tylko czy rzeczywiście są one darmowe? I czy rzeczywiście najpotrzebniejszą rzeczą dla Polaków są kampanie i szkolenia, na których dzieci uczą się tego samego co na zwykłych lekcjach w szkole?
Bartosz Marczuk w „Rzeczpospolitej” rozwiewa mit dotyczący bezpłatności unijnych środków:
Przede wszystkim w dużej części to my sami finansujemy unijne wydatki. Polska płaci co roku kilkanaście miliardów złotych składki. Co więcej, znaczna część pieniędzy, która do nas trafia, wraca z powrotem na Zachód. Resort rozwoju regionalnego wyliczył, że jest to 61 eurocentów z każdego euro. Zachód nie płaci nam „za darmo", też korzysta na naszej gospodarce stojącej dla niego otworem.
Zamiast na tak „przydatne” projekty warto byłoby wydać te pieniądze chociażby na wsparcie gmin, które wprowadzają u siebie Kartę dużej rodziny.
Marczuk wspomina też o innym aspekcie unijnych dotacji:
Darmowy pieniądz zawsze demoralizuje. (…) W tej sytuacji są właśnie urzędnicy. Nie mają ekonomicznej motywacji, by wydać jak najlepiej środki, zabrane nam wcześniej w formie podatków. Stąd wniosek, że do wspólnego budżetu powinno trafiać jak najmniej oraz że trzeba urzędnikom patrzeć na ręce. Bo jeśli będą nadal poza kontrolą, to gotowi są nam zafundować kampanię informacyjną o tym, ile godzin trwa doba.
Ten problem będzie tylko narastał. Urzędnicy będą wydawać, de facto nasze, pieniądze na coraz bzdurniejsze projekty.
rp.pl/mww