Opinie

fot. Facebook
fot. Facebook

Prof. Chazan kontra reszta świata

Luiza Dobrzyńska

Luiza Dobrzyńska

Luiza Dobrzyńska jest pisarką, prowadzi blog "Stara Panna i Morze".

  • Opublikowano: 5 lipca 2014, 13:28

  • 33
  • Powiększ tekst

Od jakiegoś czasu cała Polska pasjonuje się sprawą profesora Chazana, który odmówił usunięcia niemal sześciomiesięcznej patologicznej ciąży. Jedni go chwalą – że kieruje się sumieniem, inni chętnie by go rozstrzelali. Media są generalnie po stronie tych drugich. NFZ zdecydował się nawet nałożyć pieniężną karę na jego szpital. Żeby to ta instytucja była równie chętna do uczciwego płacenia za procedury medyczne co do ściągania grzywien, byłoby dobrze. Tymczasem sprawa wcale nie jest tak jednoznaczna, jak by się wydawało.

Co to jest „sześciomiesięczny płód”? Nie używajmy eufemizmów, jest to niemal w pełni rozwinięty mały człowiek. Jeśli w tym momencie nastąpi przedwczesne rozwiązanie, taki wcześniak ma duże szanse na przeżycie i ratuje się go wszelkimi dostępnymi metodami. Wtedy jest to DZIECKO. Przypominam, że dwie pielęgniarki kilka lat temu dosłownie zlinczowano medialnie za fotografie z takimi wcześniakami. Bo to ludzkie istoty i czyjeś dzieci. Natomiast w momencie, gdy jest to z jakiegoś powodu wygodne dla matki i lekarzy – tym bez klauzuli sumienia – mamy do czynienia nie z dzieckiem, tylko z płodem, a więc czymś co nie ma praw ani znaczenia.

W tym konkretnym przypadku dziecko urodziło się makabrycznie zniekształcone i było wiadome, że się takie urodzi. Dlatego zresztą kobieta chciała przerwać ciążę, o którą wcześniej nota bene długo zabiegała. Lekarz robiący cesarskie cięcie oznajmił dramatycznie, że prof. Chazan powinien je zobaczyć, wtedy odeszłaby mu chęć na wszelkie sumienie. Osobiście raczej wątpię. Profesor wiedział, jakie ono się urodzi, był na to gotów i oferował tej kobiecie wszelką pomoc, w tym hospicyjną.

Ale po co to wszystko? Przecież można było dokonać tej późnej aborcji. Skoro dziecko się mamusi nie podobało... Poza tym jest beznadziejnie uszkodzone i umrze. Być może cierpi. Cierpi również matka – no, w to ośmielam się wątpić, skoro domagała się, by lekarz pokroił je żywcem jak kurczaka na potrawkę. W każdym razie skupmy się na razie na dziecku. Nie było takie jak rodzice by chcieli, to fakt. Więc to ma być podstawa do aborcji. A jeśli medycyna pozwoli w przyszłości na uzyskanie metodą badania płynu owodniowego dokładnego portretu mającego się urodzić dzidziusia? Już słyszę:

  • Nie, ono takie brzydkie... Jak to, będzie miało krzywe nóżki? Usuwamy i próbujemy raz jeszcze.
  • Ależ skąd, przecież mówimy o zdrowej ciąży i zdrowym płodzie! – zakrzyknie ten i ów. Zatem powodem jest choroba. Może więc wprowadzimy planową likwidację chorych noworodków, jak w Sparcie. Co za różnica, trzeci miesiąc, szósty czy dziewiąty? I tak mamy do czynienia z tym samym nieproduktywnym osobnikiem, który budzi wstręt swym widokiem, duuużo kosztuje i wkrótce umrze. Po co go trzymać? W szpitalach, hospicjach i domach prywatnych umiera wiele tysięcy beznadziejnie chorych ludzi. Czerniak mózgu, stwardnienie boczne zanikowe, mukowiscydoza, progeria, pląsawica Huntingtona, choroba Altzheimmera, anemia aplastyczna, przewlekła białaczka limfatyczna, martwicze zapalenie powięzi – do wyboru, do koloru. No więc co? Pozabijajmy ich wszystkich, bo są nieproduktywni, kosztowni, cierpią i przykro na nich patrzeć. Zatem najlepiej ustalmy, że już po potwierdzenia ostatecznej diagnozy lekarz powinien wręczać choremu zestaw do samodzielnej eutanazji razem z dokładną instrukcją obsługi. Inaczej trzeba go ukarać grzywną lub odebrać uprawnienia. Coś mi to przypomina. Za nowożytnych czasów też był taki ustrój, który nie znosił ludzi chorych, a już nie daj Bóg upośledzonych. Czy to ma wrócić? A może jeszcze powołamy komisję, której zadaniem będzie decydowanie, kto może żyć, a kto ma umrzeć, bo i tak nic z niego nie będzie? Przestańmy się oszukiwać i weźmy pełna odpowiedzialność za nasze decyzje. Nie chowajmy się tchórzliwie za pięknymi słówkami. Przerywanie życia jest zabijaniem i nie próbujmy tego wykręcać do góry podszewką. Kto ciekawy, niech obejrzy w internecie zdjęcia embrionów i trochę na ten temat poczyta. Jeśli toto nie jest dzieckiem, to nie wiem, czym jest. Larwą muchy? Niemożliwe, skoro w USA za zabójstwo kobiety w ciąży odpowiada się jak za dwa zabójstwa. W Polsce walczy się o wprowadzenie tego samego prawa. Ergo, dziecko chciane jest dzieckiem i odpowiada się przed sądem za jego zabicie, nawet gdy jest ono w fazie embrionalnej. Dziecko nie chciane natomiast jest nowotworem, który należy wyciąć i cześć pieśni. Nieodparcie nasuwa się tu skojarzenie z opowiadaniem Philipa K. Dicka „Przedludzie”. W tym opowiadaniu prawodawcy poszli dalej, tworząc pojęcie „aborcji poporodowej” – tak określano „usunięcie” dziecka poniżej dwunastu lat. Dopiero w tym wieku były prawnie uważane za ludzi. Może dojdziemy i do tego?

Nie jestem bez serca. Nie jest tak, że pomijam tu kwestię kobiety noszącej płód i znoszącej później coś tak bolesnego jak poród. Żadna nie powinna być do tego zmuszana, dlatego rozumiem te, które usuwają ciążę pochodzącą z gwałtu. W ich przypadku każde rozwiązanie będzie złe i dlatego trzeba wybrać takie, które jest obciążone najmniejszą traumą dla ofiary przestępstwa. Trzeba taką ciążę traktować jako poważne zagrożenie dla zdrowia i życia matki, bo w istocie jest ona takim zagrożeniem. Współczuję też każdej przyszłej matce, która dowiaduje się o wadzie rozwojowej u swego malucha. Jednak to coś co grozi każdej kobiecie decydującej się na dziecko. Nie tylko takiej, co jest w ciąży. Rozważmy dwa przypadki: A) Kobieta dowiaduje się, że urodzi dziecko w jakiś sposób „uszkodzone” B) Zdrowe dziecko miesiąc po porodzie ulega wypadkowi i zostaje nieuleczalnym kaleką W przypadku A gros respondentów odpowie, że kobieta ma prawo zabić takie dziecko W przypadku B będą oburzeni, że ktoś o tym w ogóle wspomniał.

Dlaczego taka różnica w pojmowaniu? Bo płodu nie widać i nie słychać, a już urodzone niemowlę płacze, ssie i moczy pieluszki? Nie oszukujmy się. TO JEST TO SAMO DZIECKO! Postrzegamy je inaczej, bo tak nas nauczono w imię wygody współczesnego życia, którego bardzo nie lubimy sobie komplikować. Bo wszystko ma być dokładnie tak, jak sobie wymarzymy pod wpływem telewizyjnych reklam – wszystko jedno, co mówią o tym już nie księża, a prawa biologii, które przecież znamy. Wiemy więcej niż w czasach, gdy uważano że dziecko „dostaje duszę” dopiero w momencie narodzenia. Żadna religia nie ma tu nic do rzeczy, to czysta nauka. Biolodzy i medycy wiedzą, kiedy rozwija się układ nerwowy, a nawet najprostszy z nich reaguje na bodźce, jest zdolny do odczuwania i cierpienia, przejawia spontaniczność. Czemu to konsekwentnie ignorujemy? Czy tylko dlatego, że ludzki embrion nie jest w stanie – na razie! - przeżyć poza organizmem matki?
Organy państwowe nakładają kary na lekarzy. Na jednych za to, że doprowadzili do czyjejś śmierci, choć przecież studiowali medycynę, więc wszystko musi się im udawać - jak w serialach. A na drugich za to, że nie chcieli zabić kogoś, kto według naszych ustaw nie ma prawa głosu. Łatwo się w tym pogubić. Czy lekarz to ktoś, kto walczy o życie, czy ktoś, kto przerywa „niepotrzebne istnienia”? Zwolennikowi aborcji na życzenie zaleciłabym asystowanie przy tych tak zwanych „zabiegach”, przy wyciąganiu z brzucha kobiety ukształtowanych już rączek, nóżek i reszty. To makabryczne widowisko. Powinna zostać utworzona odrębna specjalizacja w tym kierunku, bo trzeba mieć do tego twarde serce i odporną psychikę. Jeśli już prawo dopuszcza aborcję, niech wykonują ją jacyś „aborcjoniści”, nie lekarze, bo ich rolą jest zupełnie coś innego. A do usunięcia płodu nie trzeba całych studiów, więc zysk byłby obustronny.

Dyplom lekarza można uzyskać, jeśli się ciężko pracuje. Patent na wypisanie takowego ma odpowiedni wydział Akademii Medycznej. Jednak póki co nie ma na świecie instytucji, wydającej dokumenty uprawniające do życia - po uprzednim zbadaniu, czy ubiegający się o taki certyfikat osobnik nikomu nie wadzi i nie budzi w nikim odrazy. I osobiście wolałabym, żeby tak zostało.

Powiązane tematy

Komentarze