Opinie

ONZ / autor: Pixabay
ONZ / autor: Pixabay

Klimatolodzy oszukują nas od dekad

Marek Siudaj

Marek Siudaj

Redaktor zarządzający wGospodarce.pl

  • Opublikowano: 8 marca 2019, 10:54

    Aktualizacja: 8 marca 2019, 11:23

  • Powiększ tekst

Badania klimatyczne to współczesna wersja osławionego Raportu Rzymskiego. Tamten też został stworzony przez naukowców i też był kompletnym łgarstwem

Szanowni państwo – proponuję, abyście wyjrzeli za okno. Jeśli nie ma tam pustyni, jeśli widzicie gdzie niegdzie jeszcze śnieg, jeśli nie ma tam wyschniętych kikutów drzew, w rzekach i jeziorach jest woda, jeśli widzicie to wszystko, to macie do wyboru – albo uznać, że Wasz kłamie, albo przyznać, że naukowcy to jednak idioci. Innego wyjścia nie ma.

Tomasz Wróblewski, prezes Warsaw Enterprise Institute, przypomniał w swoim wpisie na Twitterze już zapomniane proroctwo klimatologów z końca lat 80-tych. Wiem, nikt w Polsce nie miał wtedy głowy do klimatu, ale na Zachodzie pracowite naukowe trutnie już tworzyły modele zmian klimatycznych, absolutnie zgodne z najnowszymi wynikami badań, nie do podważenia, które wskazywały jedno – idzie katastrofa!

W tekście zalinkowanym we wpisie jest mowa mniej więcej o tym, że jakiś mądrala w 1989 roku powiedział, że jeśli do 2000 roku nie zmienimy gospodarki, to w ciągu 30 lat zaczną się katastrofy, lądy będą tonąć, a ludzie wymierać.

To proroctwo przypomniało mi całkiem niedawną „prognozę”, ogłoszoną przez inne grono „naukowców”, z ONZ, wedle którego mamy znowu nieco ponad dekadę na powstrzymanie zmian klimatu, bo inaczej „będzie źle”. Tutaj graniczną datą jest 2030, ale reszta wedle schematu – jeśli „nic nie zrobimy”, to będzie „źle, a może nawet gorzej”.

Ten schemat jest znany od dawna. W roku 1968 – data ma znaczenie, to apogeum „rewolucji” na Zachodzie – powstał Klub Rzymski, który parę lat później opublikował absolutnie naukowy, podparty badaniami i obserwacjami raport, z którego wynikało, że jak się nic nie zmieni, to wyczerpią się zasoby a ludzie zaczną ginąć z głodu. Oczywiście, była to wyssana z palca bujda, która jednakże dobrze się sprzedawała. Co sprytniejsi szybko to zauważyli i od tego czasu mamy ekspansję „ruchów ekologicznych”, z których część zmieniła się w ruch „walki z ociepleniem klimatu”, co doprowadziło do owej wiekopomnej prognozy z 1989 roku.

Wprawdzie od tamtego roku wiele się zmieniło, wyszły na jaw fałszerstwa, związane z danymi o grubości pokrywy na Antarktydzie, poza tym naukowcy zorientowali się, że pod wodą i pod lodem trwa aktywność wulkaniczna, o której nie mieli zielonego pojęcia (i dalej nie mają, ale udają, że jest inaczej), ale nadal trwa walka ze złą gospodarką, która już nie ociepla, ale jednak zmienia klimat, co prowadzi m.in. do częstszych katastrof naturalnych.

To jest mój ulubiony argument zwolenników „ocieplenia” – że kiedyś nie było tylu katastrof, powodzi, tajfunów itd. Zawsze mnie to bawi. W tym roku można było przeczytać, że USA zmagają się z „niespotykanym atakiem mrozu” w postaci wiru polarnego. Ów niespotykany atak mrozu poprzednio miał miejsce w 2014 roku. Nie jest wcale niespotykany, na dodatek strasznie utrudnia wciskanie Amerykanom kitu o ociepleniu klimatu (stąd w USA jest mowa o „climate change”).

Czytam obecnie książkę o historii Bagdadu, z której wynika, że ogromne, niszczące miasto powodzie miały miejsce co kilkanaście lat. Tyle że wtedy w Europie nikt o tym nie wiedział, bo nie było mediów. Aby móc porównać liczbę katastrof, trzeba byłoby prześledzić kroniki (jeśli są), ale wiadomo, że klimatolodzy nie znają się na historii i jej nie lubią – bo zawiera ona m.in. historię Klubu Rzymskiego. Toteż opowiadają te bzdury o ociepleniu klimatu spowodowanym przez działalność ludzką i ostrzegają, ostrzegają, ostrzegają, starając się zrobić wszystko, aby ludzie zapomnieli o wyznaczonych wcześniej datach końca świata, którego nie było. Nie ma specjalnej różnicy między komitetami do spraw klimatu przy ONZ a astrologami - obu tym grupom wierzą pewne części społeczeństwa i obie grupy kompletnie nie wiedzą, co się zdarzy.

Prawda zaś jest taka, że dla wielu osób ten mit klimatyczny stał się sposobem na życie. Wiadomo, że wśród naukowców, podobnie jak gdzie indziej, jest wiele wybitnych postaci oraz cała masa przeciętniaków. Ci przeciętniacy nigdy nie zrobiliby kariery naukowej, nie byliby traktowani jako gwiazdy i nie mogliby zwiedzać świata na koszt innych, gdyby czegoś nie wymyślili. Zmiana klimatu okazała się znakomitym rozwiązaniem – nagle sfera, którą interesowali się tylko rolnicy i specjaliści od ubezpieczeń, zaczęła być modna i zaczęły do niej płynąć ogromne fundusze na badania. Wiadomo, że gdyby uznać, że zmiana klimatu jest od ludzi niezależna, to fundusze zaraz by się skończyły. Nic dziwnego więc, że powstał mit o spowodowanym przez ludzi globalnym ociepleniu, dzięki czemu fundusze wciąż płyną, organizuje się wycieczki na wyspy pacyficzne, które ponoć toną oraz szczyty klimatyczne jak ten w Katowicach. Impreza trwa, biznes się kreci, trzeciorzędni naukowcy mogą błyszczeć w mediach i opowiadać, co im tam mówią modele klimatyczne.

Nie mam złudzeń – „naukowcy” od klimatu będą nas oszukiwać dalej i będą nas dalej straszyć katastrofą. Będą ględzić o pustynnieniu Bliskiego Wschodu, który już dawno zaczął pustynnieć, w czym pomogło m.in. porzuceniu prac nad odwróceniem tego zjawiska. Będą robić wszystko, aby tylko ich prosperity trwało. W końcu – jak mówi stary dowcip o Jasiu, który w PRL wskazał Lenina jako swojego bohatera, a potem usprawiedliwiał się przed prawdziwym idolem – „sorry Winnetou, biznes to biznes”.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych