Opinie

Fot. PAP/EPA/NARONG SANGNAK
Fot. PAP/EPA/NARONG SANGNAK

Boisz się puczu?

Maria Szurowska

Maria Szurowska

Dziennikarka "Gazety Bankowej"

  • Opublikowano: 31 maja 2014, 12:47

  • Powiększ tekst

A stanu wojennego, godziny policyjnej, wojskowych z karabinami na każdym skrzyżowaniu, tłumienia protestów, aresztowań? Zupełnie niesłusznie! Newsy z Tajlandii brzmią dramatycznie, oprawa graficzna sugeruje rozlew krwi, ambasady nie polecają podróży do Syjamu, a dla Tajów to dzień jak co dzień – pucz? No i co? Raz na jakiś czas się zdarza.

Pogrzeb, czy wesele?

Zdjęcie autorstwa Dario Pignatelli'ego przedstawiające roześmianą Tajkę „strzelającą selfie” z żołnierzem junty (bo to chyba już junta) najlepiej obrazuje nastroje panujące w Syjamie. Tło – uzbrojeni żołnierze, w strojach maskujących, dzierżący wielkie karabiny stanowi element poważny, wręcz złowrogi. Pierwszy plan – roześmiana Tajka, w kolorowych okularach, traktująca żołnierzy jako atrakcję, z którą warto cyknąć fotkę. I rzeczywiście – z jednej strony żołnierze aresztują protestujących, byłych ministrów, członków rządu i opozycji, a z drugiej let's shopping, let's party – wraz z odpływem przerażonych ministerialnymi bajkami o rozlewie krwi turystów ceny spadły nawet o 70 proc. Być teraz na wakacjach w Bangkoku to wygrać los na loterii – tanio, mało turystów, a toczące się walki polityczne to całkiem wdzięczne przedstawienie.

Ordnung muss sein

Tajski pucz ma być odpowiedzią na miesiące niepokojów politycznych. Od listopada na spieczonych słońcem syjamskich ulicach stoją protestujący, w geście sprzeciwu wobec obecnych elit rządzących. Skoro w sposób pozamilitarny do zgody i względnego ładu doprowadzić nie można, wniosek jest tylko jeden – porządek w kraju musi zaprowadzić wojsko.

Dla Tajów nie jest to nowe rozwiązanie. Od kiedy w 1932 roku wspólnymi siłami obalono monarchię absolutną (oczywiście przy pomocy puczu wojskowego), wojsko musiało upominać kłótliwych mieszkańców krainy wodospadów aż 11 (ten jest dwunasty) razy, z czego pierwszy raz praktycznie w rocznicę rewolucji a.d. 1932. Najdłuższy okres bezpuczowy w najnowszej historii kraju odnotowany był w latach 1991-2006. 15 lat bez wojskowej interwencji, sielanka? Nie, w tamtym czasie problemy ekonomiczne skutecznie powstrzymywały wojsko od przeprowadzenia udanego przewrotu.

Wojsko przyzwyczaiło się zjawiać w „gorących” politycznie momentach. W latach 1932-1973 interwencje były „konieczne” na tyle często, iż w efekcie przez większość czasu w sercu półwyspu Indochińskiego panowała wojskowa dyktatura.

Dyktatura, czy to wojskowa, czy cywilna to najczęściej spotykany finał kiepskiej jakości demokracji. Z narodowo-historycznej autopsji znamy sanacyjny Przewrót Majowy 1926. Jakby go nie oceniać, jedno jest pewne – do demokracji nie doprowadził. Podobnie jak każda junta w Tajlandii – w konsekwencji nie prowadzi do stabilnych, demokratycznych rządów. A wręcz przeciwnie, może demoralizować. Częste przewroty powodują u rządzących strach przed przeprowadzeniem reform, szczególnie tych które mogą nie spodobać się wojsku. Z drugiej strony w rządzących jest świadomość krótkotrwałości ich rządów, przez to nie planują długofalowo, nie myślą o konsekwencjach jakie mogą przynieść ich decyzje za parę lat.

Stracone szanse

Przez swoją specyficzną metodę rozwiązywania konfliktów Syjam bardzo dużo traci. Wieść o niestabilności politycznej w dzisiejszych czasach rozprzestrzenia się z prędkością łączy internetowych siejąc strach wśród turystów na całym świecie. A Tajlandia z turystów żyje i to w całkiem pokaźnych niemal 17 proc. (udział w PKB wypracowany przez turystykę). Wielu naukowców zajmujących się kwestią azjatyckiego kryzysu 1997 roku, tajskie załamanie upatruje właśnie w niestabilnej sytuacji politycznej. Nie było komu pilnować polityki monetarnej, dbać o geopolityczne interesy, a gospodarka gnała do przodu na złamanie karku.

Przez brak konkretnej wizji, brak wskazania kierunku w którym piękna Tajlandia miałaby podążać, rozwija się o wiele wolniej niż miałaby szansę. Zwracając uwagę na wielki potencjał drzemiący w syjamskiej gospodarce, którego ułamek mieliśmy okazję obserwować w latach 1985-1997 (to właśnie wtedy ukuto określenie „Azjatyckie Tygrysy”), a od lat widzimy na przykład na podążającym za silnym wodzem Tajwanie.

Niby śmiesznie. Bo przecież ten pucz wygląda zupełnie inaczej niż to, co maluje nam się w głowach, kiedy myślimy o wprowadzeniu wojskowej dyktatury. Poza tym w kraju, gdzie wojsko przejmuje władzę częściej niż zmienia się rząd w standardzie europejskim, kolejny coup d'état wywołuje więcej uśmiechu niż powagi. Jednak bardziej strasznie. Żart jest dobry na raz, w przypadku Syjamu każde kolejne zawirowanie na już i tak rozchwianej scenie politycznej to kolejna, zupełnie niepotrzebnie zmarnowana szansa na zbudowanie silnej gospodarki.

Co jednak trzeba oddać tajskiej generalicji – mają przepiękne mundury. Ale lepiej, aby prezentowali je na paradach, nie w juncie.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych