Opinie

Lech Wałęsa, zdjęcie z lutego 2016 r., z pobytu w Wenezueli, fot. PAP/EPA/MIGUEL GUTIERREZ
Lech Wałęsa, zdjęcie z lutego 2016 r., z pobytu w Wenezueli, fot. PAP/EPA/MIGUEL GUTIERREZ

„Kwity na »Bolka«” to też miliardy złotych strat dla Polski i Polaków i wielkie afery gospodarcze

Janusz Szewczak

Janusz Szewczak

polski analityk gospodarczy, nauczyciel akademicki i publicysta, poseł na Sejm VIII kadencji

  • Opublikowano: 20 lutego 2016, 14:25

  • Powiększ tekst

Teatr marionetek III RP właśnie odsłania swoje ponure kulisy, zaczynają się toczyć koronowane głowy. Gdyby nie kompromaty w rękach i teczkach generała Kiszczaka i jego kolegów być może nie byłoby tylu wielkich oszałamiających karier ojców założycieli, twórców i heroldów tzw. transformacji, prywatyzacji i gigantycznych afer z przełomu lat 80. i 90.

Być może nie byłoby takiej skali rabunkowej wyprzedaży polskiego majątku narodowego. Brak społecznej wiedzy o uwikłaniu i „trzymaniu” na prezydenta Lecha Wałęsę oraz wszechwładzy służb, w pierwszych rządach III RP premiera Tadeusza Mazowieckiego i premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego miał decydujący wpływ na gigantyczne ówczesne afery takie jak: rublowa - wyceniana na 15 bln starych złotych, paliwowa – 2 bln zł, papierosowa – 15 bln zł, kantorowa i alkoholowa po 15 bln zł, FOZZ – 10 bln zł, Art B – 6 bln zł, składów celnych – 3 bln zł czy tzw. afera z elektroniką tzw. „trzy dni dla Warszawki”, czyli pociągi pełne sprzętu elektronicznego stojąc pod Warszawą czekały na zwolnienie z cła.

Wicepremierem i ministrem finansów w obu rządach w latach 1989-1991 był – tak popierany przecież przez prezydenta Lecha Wałęsę – prof. Leszek Balcerowicz. Łącznie kosztowało to polskie państwo blisko 75 bln starych złotych, co dziś odpowiadałoby kwocie ok. 75 mld zł. Gdyby wiedza i prawda o Lechu Wałęsie była znana na przełomie lat 80. i 90., być może nie byłoby ani rządu Mazowieckiego ani rządu Bieleckiego, a pewnie i takich ministrów jak Czesław Kiszczak, Ireneusz Sekuła, Marcin Święcicki czy Aleksander Bentkowski.

Być może afera FOZZ nie nabrałaby takich rozmiarów i nie zostałaby zamieciona pod dywan. Nie mówiąc o tym, że kosztowała ona życie prezesa NIK-u Waleriana Pańko czy kontrolera Izby Michała Falzmanna. To przecież wówczas z ludzi domagających się prawdy i zaprzestania rabunku majątku narodowego, nazywanego dla niepoznaki prywatyzacją, robiono wariatów i nazwano „oszołomami”, pogardzano nimi i eliminowano ich z życia publicznego.

To właśnie owe kwity na Lecha Wałęsę i jemu podobnych, ojców założycieli III RP były alibi, a jednocześnie gwarancją bezpieczeństwa i spolegliwości wielu działań dla tzw. rządów „gdańskich aferałów” i ludzi służb oraz tzw. uwłaszczenia nomenklatury. Były przykrywką dla haseł „pierwszy milion trzeba ukraść” oraz „majątek narodowy jest wart tyle, ile ktoś chce za niego dać”, czyli prywatyzacji za „przysłowiową złotówkę”.

Gdyby była wiedza o uwikłaniach prezydenta Lecha Wałęsy na początku lat 90., byłaby pewnie i normalna lustracja, inny układ personalny, w tym zwłaszcza w sektorze bankowym i finansowym i znacznie mniej afer i wielomiliardowych strat.

Mniej podejrzanych, skandalicznych i naruszających prawo afer prywatyzacyjnych, w tym również z ludźmi starych i nowych służb w tle, jak choćby słynna prywatyzacja warszawskiego Polkoloru na rzecz Witolda Kubiaka, której dokonał ówczesny szef resortu przekształceń własnościowych Janusz Lewandowski, któremu dzielnie pomagał wówczas Andrzej Halicki, dzisiejszy prominentny poseł PO.

Teczki z szuflady gen. Czesława Kiszczaka mają więc nie tylko polityczny i historyczny wymiar, ale również ten wymierny: finansowy i gospodarczy, i to idący w dziesiątki miliardów złotych, rozkradzionych i bezpowrotnie straconych dla polskiego państwa i Polaków.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych