Opinie

Fot.sxc.hu
Fot.sxc.hu

Czyim ministrem jest Sikorski?

zz zz

  • Opublikowano: 4 czerwca 2013, 09:52

    Aktualizacja: 4 czerwca 2013, 12:00

  • 4
  • Powiększ tekst

Trudno się się nie zdenerwować, czytając informacje na temat wizyty i treści rozmów, jakie przeprowadził w Waszyngtonie polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Powiem krótko: dość usprawiedliwiania innych, by ukryć swoją nieudolność.

Minister Sikorski powiedział:

"W sprawie wiz sekretarz stanu powiedział wszytko, co było do powiedzenia: jasno, dobitnie i myślę, że to stwarza perspektywę, że administracja amerykańska wypełni obietnicę prezydenta Obamy załatwienia tej sprawy do końca jego kadencji".

Z kolei amerykański sekretarz stanu John Kerry powiedział:

"Prezydent USA i ja też osobiście wspieram program ruchu bezwizowego dla Polski. Cała administracja USA wspiera treść projektu ustawy (imigracyjnej) w obecnym kształcie".

Jednocześnie jak podaje depesza PAP John Kerry tłumaczył, że ułatwienie Polakom podróży do USA ma sens z każdego punktu widzenia i, że jest to dobre dla handlu, dla inwestycji, dla promocji kontaktów międzyludzkich.

Po prostu świetnie, o czym zresztą zapewnił sam minister Sikorski mówiąc o "doskonałych stosunkach polsko-amerykańskich".

Cud, miód i sielanka, chciałoby się powiedzieć za ministrem, ale jest "ale". Zastanawia, a dokładniej oburza treść wypowiedzi Sikorskiego. Bo dlaczego polski minister spraw zagranicznych jest zadowolony z tzw. okrągłych słów Kerry'ego, czyli pustych w treści i jeszcze mówi nam Polakom, że jego odpowiednik mówi jasno i dobitnie nam Polakom, że kiedyś sprawę wiz amerykański rząd rozstrzygnie pozytywnie, a ja - znaczy się Sikorski - już swoje w związku z tym zrobiłem i proszę nie mówić mi, że nic nie robię. - W końcu ma się te znajomości nie - dodaje w myślach Sikorski, co wszyscy Polacy rzecz jasna jasno odczytują.

A w czym jest problem? Kiedyś to jasno opisał nieżyjący Jerzy Giedroyć. Jego zdaniem w czasach komunistycznych Polska klęczała przed Moskwą, po zmianach w 1989 roku klęczy w Waszyngtonie i Brukseli. Dlaczego Polskie rządy klęczą? Giedroyć wyjaśnił, że problem tkwi w mentalności kompleksu niższości Polaków, a dokładniej braku wiary, że są kimś, że mają swoją wartość i w braku przekonania, że mają prawo do mówienia nawet dużym i silniejszym "nie", jeśli chodzi o sprawy polskie i Polaków.

W świecie zachodnim dobrego i skutecznego ministra czy premiera poznaje się po tym, co piszą o nim za granicą, a dokładniej, jak źle o nim piszą. Jeśli jest on tam krytykowany, a nawet atakowany, to najczęściej znaczy to, że jego polityka nie podoba się tamtejszym rządom. Wystarczy zobaczyć, co piszą o brytyjskim premierze Davidzie Cameronie, czy o poprzednim i obecnym francuskim prezydencie, nie mówiąc już o Angeli Merkel, którą wszyscy krytykują (Grecy wręcz jej nienawidzą) za pilnowanie przez nią pieniędzy niemieckich podatników.

Premier Donald Tusk i minister Radosław Sikorski chcą być lubiani w Brukseli i w Waszyngtonie, a niektórzy nawet twierdzą, że również w Moskwie. I są lubiani i chwaleni, bo w opinii prasy międzynarodowej, ci polscy politycy nie mają własnej wyobraźni i strategicznych celów i za to właśnie są lubiani, a szczególnie za uległość na sugestie krajów silniejszych. Merkel już nie raz to wykorzystywała, podobnie jak zresztą inni politycy unijni, którzy namawiają Tuska do jak najszybszego wstąpienia Polski do strefy euro, bo im przydałoby się połowę naszych rezerw walutowych na pokrycie długów zaciągniętych przez bankrutujące kraje strefy euro.

Szkoda, że Polacy z ust z Sikorskiego w Waszyngtonie nie usłyszeli ani jednego żalu, ani jednego aktu walki o sprawy polskie. Za to jedynie dowiedzieliśmy się, że Kerry, amerykański sekretarz stanu - przynajmniej pro forma - lubi Polskę. Sikorski cieszy się, że nikomu się nie naraził i krąg jego amerykańskich znajomych nadal go lubi, za to, że był tak miły dla Kerry'ego.

Jacek Strzelecki

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Powiązane tematy

Komentarze