Opinie

www.sxc.hu
www.sxc.hu

Unijna polityka niskich płac

Adam Gwiazda

Adam Gwiazda

Ekonomista i politolog, pracownik naukowy Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Autor publikował w polskiej prasie oraz w polskich i zagranicznych periodykach naukowych.

  • Opublikowano: 22 sierpnia 2013, 10:32

  • Powiększ tekst

Kryzys gospodarczy stał się pretekstem dla Komisji  Europejskiej i innych organów Unii Europejskiej do  narzucania krajom członkowskim polityki niskich płac. Jest to dziwne podejście do zwalczania skutków kryzysu gospodarczego, gdyż niskie płace nie sprzyjają pobudzaniu gospodarek krajów UE. Na odwrót, przyczyniają się do spadku popytu i przedłużania recesji gospodarczej.

Jest rzeczą charakterystyczną, że kwestie regulacji płac zostały zarówno w Traktacie z Maastricht obowiązującym od 1 listopada 1993 roku jak również w Traktacie Lizbońskim wyłączone z prerogatyw wspólnotowych. W tekście tego ostatniego traktatu  została utrzymana w Art.2 klauzula mówiąca o tym, że Wspólnota wprawdzie wspiera i uzupełnia działania państw członkowskich w sferze polityki społecznej, ale ” wsparcie” to  nie ma zastosowania do wynagrodzeń. Jednak w 2009 roku zarówno Komisja Europejska jak i Europejski Bank Centralny oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy  zmusiły rząd Grecji od obniżenia o 25% płac w sektorze publicznym jak również do obniżki płacy minimalnej. W rok później te same instytucje wywarły skuteczną presję na Rumunię, gdzie doszło do  przyjęcia nowego kodeksu pracy, który zwiększył m.in. elastyczność płac czyli w praktyce ich obniżki. W następnym roku Komisja Europejska  wymusiła  reformę systemu indeksacji płac na Belgii, gdzie tempo wzrostu jednostkowego kosztu siły roboczej było znacznie wyższe niż w takich krajach jak Francja, Holandia i Niemcy. W ostatnich latach Komisja Europejska coraz silniej naciska także na rządy pozostałych  krajów członkowskich UE, aby obniżały płace w celu zwiększenia konkurencyjności ich gospodarek.

Pewnym paradoksem jest fakt, że najsilniejsza presja wywierana jest nie na władze dużych  państw członkowskich takich jak Niemcy, Francja czy Włochy, lecz na władze mniejszych państw, w tym szczególnie na kraje najbardziej zadłużone. Od 2011 roku Unia Europejska stara się nadzorować nie tylko proces ograniczania długów i deficytów publicznych w krajach członkowskich, lecz także  chce narzucić swój nadzór nad  kształtowaniem się płac. W niektórych krajach UE, takich jak Niemcy, Włochy, Austria, Dania, Szwecja i Finlandia brak jest ustawowego, minimalnego wynagrodzenia za godzinę pracy i sprawy te regulują w tych krajach układy zbiorowe, branżowe lub regionalne. Jednak w większości tych  krajów obowiązują ustawowe wynagrodzenia minimalne za godzinę pracy. I tak przykładowo w 2011 roku wynagrodzenie to wynosiło w Luksemburgu 10,15 euro za jedną  godzinę pracy, Holandii 8,74 , Belgii 8,58, Wielkiej Brytanii 6,91, Irlandii 8,65, Francji 9,00, Hiszpanii 3,89, Portugalii 2,92, Grecji 4,28, w Polsce 1,85, w Czechach 1,.82 w  Słowacji  1,82, na Węgrzech 1,61, w Rumunii 0,93 i w Bułgarii 0,71 euro.

Z kolei w tym samym roku przeciętna, miesięczna pensja , według danych Eurostatu, była najwyższa w Wielkiej Brytanii (13 090 złotych wg kursu 1 funt=  5.00 zł ). Dla porównania przeciętna pensja brutto w Niemczech wynosiła 10 155 złotych, w Hiszpanii  8669 zł, w Czechach 4115 zł i w Polsce 3320 złotych (wg ówczesnego kursu 1 euro = 4,15 zł). Wysokość pensji w ujęciu nominalnym oczywiście niewiele mówi o jej sile nabywczej. Należy ją więc porównać z cenami najtańszych produktów codziennego użytku w danym kraju (głównie artykułów żywnościowych i takich podstawowych kosmetyków, jak pasta do zębów, mydło i szampon do włosów). Wartość takiego koszyka podstawowych 21 produktów wyniosła w Wielkiej Brytanii 254, 3 zł, w Niemczech 182,5 zł, w Hiszpanii 225,9 zł, w Czechach 150,2 zł i w Polsce 147 złotych. Oznacza to, że za przeciętną pensję brutto Polak, którego wynagrodzenie za pracę było w tym roku ponad trzykrotnie niższe niż Niemca, mógł kupić tylko 22,6 takich koszyków, natomiast Niemiec aż 55,6. Bardziej przemawia, przynajmniej do zmotoryzowanych mieszkańców porównywanych krajów fakt, że Polak mógł za swoją pensję kupić tylko 568 litrów benzyny, a Niemiec aż 1457, a Brytyjczyk najwięcej, bo 1857 litrów (dla porównania Hiszpan 1394 a Czech 653 ). Brytyjczyk musiałby najkrócej pracować, bo tylko 5,4 miesiąca, aby uzbierać na kupno Skody Octavii Active 1,2 TSI. Niemcowi zajęłoby to 7 miesięcy, Hiszpanowi 7,6 , Czechowi 16,5, a Polakowi aż 18,6 miesięcy, pomimo że cena tego auta jest niższa w naszym kraju (61,800 zł) niż w Anglii i Niemczech ( odpowiednio 70150 i 71 540 zł) czy w Czechach (67 800 zł).

Podobne porównanie można by przeprowadzić na przykładzie innego, bardziej potrzebnego  niż samochód  dobra trwałego użytku, jakim jest mieszkanie. Cena 50 metrowego mieszkania w Warszawie wynosiła średnio 415 tysięcy złotych, a w Berlinie znacznie  mniej, bo 380 tys, w Pradze 456 tys. w Madrycie 780 tys, a w Londynie aż 1 milion zł. Jednak aby zaspokoić swoje marzenia o własnym M-3 Brytyjczyk ze średnią pensją musi odkładać 6,4 lat, Hiszpan 7,5, Czech 9,2, Polak aż 10,4, a Niemiec tylko 3,1. Niewielką  więc pociechą jest fakt, że w okresie ostatnich 18 lat pensje w naszym kraju wzrosły pięciokrotnie a ceny w sklepach nieco ponad trzykrotnie, skoro  przeciętnie zarabiający Polak może sobie pozwolić na mniej niż mieszkańcy wielu innych krajów UE.

Jeżeli nasili się ingerencja Komisji Europejskiej w politykę płacową państw członkowskich, to można się raczej spodziewać równania płac w dół aniżeli w górę. Wprawdzie płace teoretycznie są wyjęte spod kompetencji Brukseli, ale w ostatnich latach stały się częścią składową „wspólnej polityki gospodarczej” ukierunkowanej na kontrolę deficytu finansów publicznych krajów członkowskich, w ramach której wywierana jest presja, aby zapewnić  umiar płacowy. W praktyce oznacza to wywieranie przez Komisję Europejską coraz silniejszej presji na siłę nabywczą pracowników wszystkich krajów członkowskich UE. Ci ostatni znajdują się także pod presją przeprowadzanych w ich krajach restrukturyzacji, które  prowadzą do wzrostu bezrobocia. Dlatego też wiele europejskich związków zawodowych nie walczy już od pewnego czasu o podwyżki płac, lecz przede wszystkim o utrzymanie zatrudnienia na dotychczasowym poziomie. Wielu też pracowników, także nie zrzeszonych w związkach zawodowych, zgadza się na wydłużenie czasu pracy przy tej samej płacy, co w praktyce oznacza zmniejszenie kosztu pracy. Koszty te, liczone jako udział płac w PKB i w wartości dodanej przedsiębiorstw, od kilku lat maleją, ale zatrudnienie w wielu branżach niestety nie rośnie. Trudno przewidzieć, kiedy ta niekorzystna dla pracowników tendencja ulegnie odwróceniu. Z pewnością jednak nie pomoże w przezwyciężeniu tej niekorzystnej tendencji obecna, unijna polityka ukierunkowana na zapewnienie „umiaru płacowego”, w której, podobnie jak w prawie europejskim, nie przewiduje się  równania płac w górę, lecz raczej w dół.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych