Opinie

fot. www.freeimages.com
fot. www.freeimages.com

AFERA FRANKOWA: Czy frankowa pułapka może okazać się groźna dla depozytów i lokat złotowych Polaków?

Janusz Szewczak

Janusz Szewczak

polski analityk gospodarczy, nauczyciel akademicki i publicysta, poseł na Sejm VIII kadencji

  • Opublikowano: 25 stycznia 2015, 21:21

    Aktualizacja: 25 stycznia 2015, 21:36

  • 12
  • Powiększ tekst

Depozyty i lokaty polskich ciułaczy w bankach, które udzielały na wielką skalę hipotecznych kredytów we franku szwajcarskim, stały się dziś zakładnikiem tego franka.

Faktycznie i realnie to nasze złotowe oszczędności - depozyty i lokaty - są na obecną chwilę, tym skutecznym zabezpieczeniem kredytów frankowych. Może więc rodzić się całkiem uzasadnione pytanie, zwłaszcza w świetle nowych informacji, w tej tzw. aferze frankowej, dotyczących faktu, że owe banki żadnych franków nie kupowały, nie pożyczały, a nawet manipulowały tą niewielką posiadaną ilością szwajcarskiej waluty. Pytanie, czy aby na pewno nasze złotowe depozyty i lokaty są w pełni bezpieczne?

Jest bezspornym faktem, że kilka dużych banków działających w Polsce, zarówno polskich, jak i zagranicznych, które uczestniczyły w procederze udzielania kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich, na kwotę blisko 40 mld CHF czyli dzisiaj równowartości ok. 160 mld zł, w ogóle franków nie posiadały, nie pożyczały lub miały wyłącznie śladowe zabezpieczenia w tej walucie. Zabezpieczenia często poza oficjalnym bilansem bądź w dość wątpliwych tzw. instrumentach pochodnych, czyli de facto trudno lub w ogóle nieweryfikowalne.

Ponoć częstym zjawiskiem w minionych latach, jak twierdzi jeden ze znanych bankowców Jan Krzysztof Bielecki był fakt, że banki kupowały franki na jeden dzień rano, by sprzedać je jeszcze tego samego dnia. Czyli kredyt walutowy udzielony na 30 lat przez bank był zabezpieczony jednodniowym zabiegiem, w gruncie rzeczy trikiem. Codziennie dług był rolowany, krocząco.

Regułą wręcz jest, że w bilansach tych banków po stronie pasywów nie było widać jednoznacznych, znaczących pozycji w szwajcarskiej walucie, zwłaszcza gdy wielkość udzielonych kredytów walutowych we CHF dla jednego banku sięgała często od 15 do nawet 30 mld zł. Można więc sądzić, że zdecydowana większość tzw. kredytów walutowych we CHF była i jest finansowana głównie zobowiązaniami wobec klientów tych banków czyli depozytami i lokatami w złotych. Istnieją też podejrzenia, że banki pożyczały tak naprawdę frankowiczom polskie złote uzyskane w ramach naszych depozytów złotowych, a jedynie w umowie z klientami zapisywały równowartość we CHF. Czyli banki wykorzystywały nasze złotówki, by pożyczyć te złotówki kredytobiorcom frankowym, zapisując w swych umowach kredyt frankowy, a później nawet przyjmując do kasy prawdziwe franki. Istnieje również opinia, którą jednak należałoby sprawdzić, funkcjonowania pomiędzy bankami udzielającymi kredytów we franku tzw. „oscylatora frankowego” czyli wzajemnego, ciągłego pożyczania i odstępowania sobie zabezpieczenia frankowego, co przecież nie jest całkiem nowym zjawiskiem w Polsce.

Swoją drogą kredyt walutowy na mieszkanie we franku w pewnych sytuacjach stosowany w Polsce bardziej przypomina swoistą opcję walutową niż normalny kredyt, na których to opcjach walutowych, tak wiele polskich firm, w tym również wielkie spółki górnicze poniosły tak gigantyczne straty i o które procesy toczą się do dnia dzisiejszego. Skoro może być tak, że owe banki nie kupowały, ani nie sprzedawały żadnych franków, to wydaje się, że główną pozycją finansującą ten proceder były i są nadal depozyty polskich ciułaczy.

Ma więc całkowitą rację i sporą przenikliwość bloger Karioka z Salonu 24, który stwierdza, że „system bankowy III RP wali się wraz z III RP”. W pełni uzasadnione wydaje się być jego stwierdzenie, że „Chciwość kredytobiorców i banków połączona z brakiem efektywnego nadzoru KNF oraz katastrofalnymi skutkami rządów PO-PSL powoduje, że dziś faktycznym problemem jest dalsze, normalne funkcjonowanie systemu bankowego w Polsce.

Kredyty hipoteczne, denominowane we frankach szwajcarskich, zaciągane masowo przez Polaków, mających limitowaną zdolność kredytową, to dziś problem, nie tylko ich, ale także wszystkich Polaków, którzy trzymają swoje oszczędności w bankach”. A, to może oznaczać, że możemy mieć całkiem poważny problem, nie tylko z płynnością, ale i wypłacalnością kilku dużych, zarówno zagranicznych, jak i polskich banków, a co za tym idzie ze stabilnością polskiego sektora bankowego, który według zaklęć, zarówno przewodniczącego KNF Andrzeja Jakubiaka, jak i prezesa NBP Marka Belki miał być wręcz teflonowo „odporny i stabilny na wszelkie zawirowania”.

W te zapewnienia z pewnością nie uwierzyli międzynarodowi spekulanci walutowi, którzy z pewnością przetestują w najbliższym czasie, zarówno polskiego złotego, jak i nasze rezerwy walutowe. Mimo, że od 2006 do 2014 roku banki działające w Polsce, dzięki niezwykle życzliwej nad Wisłą władzy i instytucjom nadzoru miały prawdziwe eldorado, a ich zyski netto przekroczyły 100 mld zł, to najwyraźniej było im tego za mało i postanowiły w ramach wielce toksycznego produktu pospekulować jeszcze na FX CHF. Jeśli to się potwierdzi, mielibyśmy do czynienia z olbrzymią aferą, podobną do tych, które miały miejsce w USA w latach 2007-2008, które stały się początkiem wielkiego kryzysu finansowego i w wyniku którego wielkie amerykańskie banki płacą dziś wielomiliardowe odszkodowania swym oszukanym i wprowadzonym w błąd klientom.

Co prawda z odsieczą bankom już idzie wybitny specjalista od finansów redaktor „Gazety Wyborczej” Maciej Samcik, który robi przysłowiowy szpagat na dwunastnicy, udowadniając na siłę, że banki, które udzielały kredytów bankowych, jakieś jednak zabezpieczenia w CHF mają, bo mogły pożyczać na rynku walutowym od swych central zagranicznych, czy korzystać z tzw. swapów walutowych. Wydaje się jednak wielce wątpliwe, by 20-30-letnie kredyty walutowe we franku szwajcarskim były finansowane krótkoterminowymi pożyczkami na 3 czy 6 miesięcy.

Małe dzieci mogą wierzyć w świętego Mikołaja, a duże dzieci w zapewnienia redaktora Samcika. Co by nie mówić - w bilansach banków, które tak zaszalały z kredytami walutowymi w CHF dla blisko 600 tysięcy Polaków pozycje denominowane w obcych walutach w tym we franku, nie są widoczne. Zaś ze sprawozdań bankowych wynika, że bank finansuje udzielone kredyty, głównie w oparciu o depozyty klientów. Dopiero dogłębne śledztwo i to dopiero w nowym składzie KNF-u mogłoby dać odpowiedź czy mieliśmy do czynienia z dobrze zaplanowaną akcją i tzw. „skokiem na kasę”, co bardziej naiwnych Polaków. Rządowy zaś pomysł wicepremiera Janusza Piechocińskiego, iż w ramach pomocy frankowiczom zaproponuje on im tanie pożyczki w złotych, można uznać, albo za kabaret, albo za naigrywanie się z ich trudnej sytuacji.

Niewątpliwie skala zagrożeń, jakimi są dziś kredyty hipoteczne denominowane we frankach szwajcarskich i brak zabezpieczeń walutowych lub ich niewystarczający poziom ze strony banków, które je udzielały, jest niesłychanie poważna. Może ona bowiem uderzyć niezwykle destrukcyjnie, w tak chwalony przez obecne władze system bankowy III RP, ale przede wszystkim w miliony Polaków lokujących swoje ponad 560 mld zł swoich oszczędności w bankach działających nad Wisłą.

Źródło: wPolityce.pl

Powiązane tematy

Komentarze