Opinie

fot. Facebook
fot. Facebook

Donald Trump versus bad hombres

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, w 2019 roku otrzymał Nagrodę im. Władysława Grabskiego przyznawaną przez Narodowy Bank Polski najlepszym dziennikarzom ekonomicznym w kraju

  • Opublikowano: 2 lutego 2017, 10:50

    Aktualizacja: 3 lutego 2017, 12:27

  • 1
  • Powiększ tekst

Prezydent USA Donald Trump nie zwalnia tempa w czynieniu Ameryki ponownie wielką. Po odcięciu publicznego finansowania dla organizacji aborcyjnych, zakazie wjazdu dla (wybranych) muzułmanów, realnej likwidacji programu Obamacare etc. rusza z programem budowy muru na granicy ze Stanami Zjednoczonymi Meksyku i zapowiada - jeśli Meksyk zań nie zapłaci Stany wyślą na terytorium swojego południowego sąsiada wojsko by załatwić sprawy z "bad hombres".

Wbrew histerycznemu jękowi przeciwników nowego prezydenta nie chodzi tu o najazd na Meksyk przy użyciu wszystkich możliwych rodzajów sił zbrojnych jak w Iraku czy Afganistanie, lecz skoordynowane operacje niewielkich grup wojsk specjalnych wycelowane w konkretne kartele narkotykowe, mające na celu ograniczenie ich działań lub przynajmniej ich zaburzenie.

Nie zmienia to faktu, że ostatnie dni to okres gorącej, werbalnej wojny między konserwatywną częścią USA a Meksykiem i "liberalnymi" czyli lewicowymi komentatorami w Stanach. Wojna która kompletnie fałszywie stawia akcenty, ukazując Trumpa i USA jako brutalnego hegemona i Meksyk jako poszkodowaną przezeń pannicę.

Nic bardziej mylnego i należy chyba wreszcie wyraźnie pokazać jak wygląda rzeczywistość.

Do opinii publicznej coraz szerszym strumieniem spływają informacje o wynikach badań wokół wyborów prezydenckich. Potwierdzają one tezę, którą stawiałem (bez dostępu do danych, opierając się, przyznaję, jedynie na intuicji) jeszcze przed elekcją. Mianowicie - iż program szerszej kontroli nielegalnych imigrantów z Meksyku i deportacja tych, którzy popełnili przestępstwa lub są członkami gangów nie tylko nie zrazi do Trumpa elektoratu legalnie przebywających w USA Latynosów, lecz wręcz przeciwnie - zachęci ich do głosowania właśnie na tego kandydata. I rzeczywiście - jak pokazują badania "latinos" oddali swe głosy właśnie na legendarnego miliardera aniżeli byłą pierwszą damę. Dlaczego? Dlatego, iż mamy do czynienia w tym wypadku z ludźmi ciężko pracującymi na swoje utrzymanie i przyszłość dla swoich dzieci. I to niestety właśnie ci ludzie w pierwszej kolejności padają ofiarą przemocy ze strony gangów i karteli narkotykowych, oni właśnie a nie zamożni celebryci, mieszkający na strzeżonych osiedlach, odgrodzeni od reszty społeczeństwa wysokimi murami okalającymi ich wille i kordonem uzbrojonych po zęby ochroniarzy. To właśnie ci zwykli "folks" są żywotnie zainteresowani tym aby ich dzieci mogły spokojnie żyć i by oni sami nie żyli w lęku przed przemocą ze strony gangów składających się z ludzi przebywających w USA nielegalnie.

Drugą stroną medalu jest nadaktywność władz Meksyku, która zeszkliła się najmocniej w osobach byłych prezydentów tego kraju. "Nie będę płacił za żaden j**y mur!" - mówi jeden i "odwołuję wizytę w USA" mówi drugi. Oczywiście cały "postępowy" świat staje za nimi murem, nadając sytuacji jeszcze więcej kuriozalnej śmieszności. Tymczasem człowiek racjonalny zauważy, iż ci akurat ludzie mają jak najmniejsze prawo do wypowiedzi na ten temat, bowiem to oni, ich poprzednicy, podwładni i administracja którą kierowali w dużym stopniu odpowiada za to, iż Meksyk stał się jednym, wielkim ganglandem. To oni odpowiadają za to, iż sporą częścią kraju realnie zarządzają narkotykowe kartele, prawo jest niczym, policja, niestety często także ta federalna, jest na usługach przestępców, odkrywane są masowe mogiły osób, które padły ofiarą przemocy, zaś najwyżsi urzędnicy w kraju pozorują walkę z przestępcami jedną ręką, zaś drugą - za plecami - przyjmują od karteli sowite łapówki. Powiem więcej - zapewne gdyby w Meksyku funkcjonował normalny system sprawiedliwości to obaj wypowiadający się mieliby najprawdopodobniej potężne zarzuty natury karnej, o ile już nie odsiadywaliby długich wyroków, ciężko bowiem uwierzyć by tak ogromne zepsucie państwa i korupcja odbywały się bez ich wiedzy.

Stąd zdecydowane ruchy ze strony nowej administracji prezydenckiej w USA wydają mi się zrozumiałe, choć faktem jest, iż gdyby zwykli Amerykanie i Kanadyjczycy po prostu wzięli się w garść i przestali ćpać, to Meksyk nie miałby problemu z kartelami (a przynajmniej nie byłby on tak dotkliwy) zaś graniczny mur także byłby sprawą o wiele bardziej dyskusyjną.

Nie jestem zwolennikiem administracji Donalda Trumpa, wręcz jeśli chodzi o sprawy Europy Środkowej i Wschodniej to patrzę na nią ze sporym niepokojem, a najważniejszy test nowego prezydenta w tej sprawie właśnie następuje, jest bowiem Trump przecież testowany obecnie przez Rosjan, którzy swoim rakietowym ostrzałem cywili na wschodniej Ukrainie mówią mu "sprawdzam!". Nie zmienia to jednak faktu, iż sytuacja na linii USA-Meksyk nie jest wcale tak oczywista jak starają się nam to wmówić komentatorzy. Pamiętajmy o tym następnym razem gdy załamiemy ręce nad "dyktaturą trumpizmu".

Powiązane tematy

Komentarze